piątek, 20 listopada 2009

"Kraina chichów" i zapach psiego ucha.


Najbardziej lubię poranne chwile, tuż przed świtem. Wtedy już nie śpię, ale jeszcze nie całkiem się obudziłam. To taki cudowny stan przejściowy. 
W wygrzanym tunelu pod kołdrą panoszy się rozkoszne ciepełko. Miarowy psi oddech i zapach rozgrzanego władkowego ucha rekompensuje brak przestrzeni do przeciągania. Łaciaty zagarnia zwykle połowę łóżkowej powierzchni ;) 
No, niech zagarnia jak najdłużej, to przywilej rozpieszczonego domowego futrzaka :)   Jeśli jeszcze składa się tak cudnie, że nie jest to dzień pracy, to te pyszne chwile można przedłużyć ,aż do zdecydowanego psiego ziewnięcia, domagającego się porannego spacerku.



Dzień idealny mógłby właśnie tak się zaczynać. Potem , po psim spacerze, czerwona herbatka pu -erh, lekkie śniadanko i książka. 
Przerwy w czytaniu na spacery i przerwy w spacerach na czytanie. Drobne przekąski, kieliszek dobrego czerwonego wina, fotel, kocyk, herbatka. Tym razem już czarna , mocna najlepiej w filiżance, a obok na spodeczku wiśniowe konfitury. Troszeczkę, dla smaku. Taaaak.
Dziś prawie tak było :))) Skończyłam czytać "Krainę Chichów" Jonathana Corrolla. Lubię książki o książkach  i wielbicielach książek. Po pierwszym rozdziale ta na taką wyglądała, ale to złuda. To książka o największym marzeniu każdego pisarza. Większość z piszących ma poczucie misji. Tworzą z potrzeby własnej duszy. Chcą opisywać, pokazywać , intrygować. Oczekują od czytelników uznania , a przynajmniej zainteresowania.
W " Krainie Chichów" pisarz tworzy realne postacie, daje i odbiera im życie. Pisząc po mistrzowsku zyskuje zdolność tworzenia rzeczywistości. Czyż to nie próżne? Bardzo. A jakie kuszące;)
Dobrze się czytało.
Za oknem już ciemno. Codzienna rzeczywistość krzyczy brudnymi garnkami w zlewie i stosem ubrań do prania. Cóż, miłe dni nie byłyby tak miłe ,gdyby ciągnęły się bez końca. Przyjemne docenia się wyłącznie na tle nieprzyjemnego, inaczej robi sie nudno;)

poniedziałek, 16 listopada 2009

Sobotnie wyklejanki


Chandra ma się świetnie, nic nie pomaga. Zrezygnowana sobotnią noc spędziłam z klejem i nożyczkami. Też nie pomogło, ale przynajmniej coś zrobiłam;)

Herbaciarkę :





Serwetnik:









Przybornik na karteczki i długopisy:







Jeżeli po dobroci nie udało mi się zwalczyć mojego podłego nastroju postanowiłam zadać mu cios ostateczny, na zasadzie klin klinem .  
Poszłam zapisać się do dentystki. Wszystko udało się doskonale. Nie zastałam jej w gabinecie ;) Jutro też pójdę. Może jakimś cudem ma dłuższy urlop ;)))


czwartek, 12 listopada 2009

Chandra


Kilka dni temu dostałam od Ani z Jezior "Koleżeńskie wyróżnienie", za które bardzo, bardzo  dziękuję i które sprawiło mi wielką przyjemność. Nie umiem oczywiście umieścić go w swoim blogu. Nie powiem , próbowałam, ale brak czasu nie pozwolił mi na dłuższe walki z komputerem. Przekazuję  je wszystkim dziewczynom, które mnie odwiedzają i równocześnie witam serdecznie barbaratoja w gronie oglądaczy i komentatorów:)))
Czy pisałam już może,że lubię listopad ? Chyba pisałam. Zawsze go lubiłam .
To miesiąc moich imienin , a kiedyś imienin mojego taty.W listopadzie urodziło się moje dziecko i moja młodsza chrześnica. Rozpoczyna  się czas kiedy zaczynam już myśleć o świętach.  W domu jest miło i ciepło, długie wieczory umila blask świec,pachnie ciasto i pieczone mięsko, bo w listopadzie lubię pitrasić. Miesiąc wielu świąt rodzinnych wymusza  spotkania w większym gronie. Pomimo codziennej gonitwy miło znaleźć czas dla bliskich. Bez tego robi się naprawdę szaro , smutno i źle. Jest więc sympatycznie, nawet pies w ostatnich dniach czuje się troszeczkę lepiej:) , a ja mam wielką, rozlazłą i czarną jak deszczowa chmura chandrę..... Okropność.

Skąd się wzięła przynosząc ze sobą zniechęcenie i całkowity brak entuzjazmu do czegokolwiek ? Czyżby jednak zawiniły cyferki w kalendarzu , czy może tylko drobne smutki, deszcz i szaruga? Nie wiem. Po prostu jest :(((
 
Na potężną chandrę konieczne są stosowne środki zaradcze.  
W strugach deszczu wybraliśmy się  na warszawskie Koło poszperać w starociach. Sposób poprawiania nastroju polegający na snuciu się w błocie po targowisku może wydawać się kontrowersyjny;)  Jednak spędziliśmy tam około dwóch godzin, przemokły nam buty i już mieliśmy kierować się do samochodu ,kiedy wśród zmokniętych mebli wypatrzyłam szafeczkę. Ani  specjalnie antyczną, ani też specjalnie drogą, całe szczęście, bo wiedziałam  już od pierwszego spojrzenia , że bez niej do domu nie wrócę:)))  
W drodze powrotnej nabyliśmy preparaty do konserwacji mebli i resztę weekendu poświęciłam na gruntowne czyszczenie i odświeżanie.

Jestem okropnie niecierpliwa , tak więc przy dużej pomocy mojego bardzo, w odróżnieniu, cierpliwego męża :) , w niedzielę wieczorem szafka wisiała już w kuchni:)))

Oto efekt:









Przez chwilę myślałam, o pomalowaniu jej na biało i zrobieniu przecierek, ale szybko porzuciłam ten pomysł. Za bardzo spodobała mi się taka jaka jest teraz:) Zresztą mam takie wrażenie ,że moda na bielenie i przecieranie wszystkiego co popadnie , pomimo tego , że jest sympatyczna , to jak każda moda jest przemijająca. Zresztą w ograniczonym metrażu mieszkania, które w ogóle nie ma nic z rustykalnego charakteru , nawet najładniejsze białe meblowe przecierki mi nie pasują.
Na dowód , że walcząc z chandrą czasem  sięgam również  po klej i serwetki, wklejam zdjęcie dwu z kilku kompletów serwetników, które ostatnio zrobiłam. 
Powstały na dokładne zamówienie, więc serca do nich nie mam, jak do wszystkiego co zrobić muszę , bo obiecałam . Co za przykra natura;))) 



W perspektywie za to większa ilość  wyklejanek, ponieważ nakupiłam różnych "surówek" i kuszą mnie swoimi czystodrewnianymi powierzchniami :)
Myślę jeszcze nad kolejnymi ciosami , jakie mogłabym zadać swojej chandrze. Jak wymyślę to napiszę, a na dziś to tyle ;)))


piątek, 30 października 2009

Halloween




Halloween rozgościło się u nas na dobre. Planowane z wyprzedzeniem zabawy w pubach , gumowe maski i kiczowate stroje straszące w hipermarketach zachęcają do świętowania. Kupujemy dynię , wydłubujemy jej oczy i zęby, wstawiamy do niej świeczkę , i co ?     Nic.      
To tylko lampion, a gdzie duchy?  Są , tylko zapomniane , wzgardzone , niemodne.   A przecież nasze, rodzime, słowiańskie .
Jakże musi im być przykro ...
Zaprośmy je może na ten wieczór słowami wieszcza:

"Czyśćowe duszeczki!
W jakiejkolwiek świata stronie:
Czyli która w smole płonie,
Czyli marznie na dnie rzeczki,
czyli dla dotkliwszej kary
W surowym wszczepiona drewnie,
Gdy ją w piecu gryzą żary,
I piszczy, i płacze rzewnie;
 Każda spieszcie do gromady!
Gromada niech się tu zbierze!
Oto obchodzimy Dziady!
Zstępujcie w święty przybytek;
Jest jałmużna, są pacierze,
I jedzenie i napitek."


Drzwi skrzypią, wiatr huczy za oknem , światło przygasło, pies uciekł do koszyczka pod stół. W domu chłód i słychać stuk , puk ...

" Ciemno wszędzie, głucho wszędzie,
Co to będzie , co to będzie?"


Wiatr ucichł, cisza ,  za oknem zimna mgła, firanka fruwa, talerzyk pękł na stole, płomyczek świeczki zgasł kolejny raz.....


" Czego potrzebujesz, duszeczko,
Żeby się dostać do nieba?
Czy prosisz o chwałę Boga?
Czyli o przysmaczek słodki?
Są tu ciasta, pączki, mleczko
I owoce , i jagodki."


 Zaszumiało , zahuczało, pies pod stołem kładzie uszy, szepty ciche płyną z dali,  głosy jęczą skargi, słowa....


" Gdy nic tobie nie pomoże, 
Idźże sobie precz , nieboże.
A kto prośby nie posłucha,
W imię Ojca, Syna, Ducha,
Czy widzisz Pański krzyż?
Nie bierzesz jadła, napoju?
Zostawże nas w pokoju!
A kysz, a kysz!

Miłego , spokojnego świętowania Wam życzę. Wszyscy możemy być kiedyś zbłąkanymi duchami, dbajmy więc o nie w ich święto ;)))

piątek, 23 października 2009

Za tydzień już listopad...




Po warszawskich Powązkach prowadzą mnie ścieżki wydeptane przez pokolenia. Nie pamiętam numerów alejek i kwater. Znam za to na pamięć mijane od lat drzewa , nierówności chodnika i nagrobki. 



Idąc, czasem opuszczam głowę i przez przymknięte oczy widzę swoje dziecięce botki drepczące u boku ojca.
Na początku lat trzydziestych ubiegłego wieku , kiedy on miał lat kilka, jego drobne kroki towarzyszyły matce i rodzeństwu.
Opowiadał mi jak mama, a moja babcia, zabierała na całodzienną wyprawę z Mokotowskiej na Powązki usmażone wcześniej mielone kotlety w kanapkach z chrupiących bułeczek. A jakie to były bułeczki to już tylko nieliczni pamiętają :))). 
Mały tata odwiedzał wtedy grób swoich dziadków, rodziców mamy.  Moja córka  sprząta dziś ze mną ten sam grób, ale swoich prapradziadków i dziadków. 
Dla mnie to również wizyta u rodziców.    Lubię tam chodzić. 
W migoczących płomykach zniczy ożywają wspomnienia, zawsze te ciepłe i pogodne .

Przy grobie rośnie potężny kasztanowiec. Spadające każdego roku liście i kasztany dostarczają zajęcia kolejnym pokoleniom, a jest tych liści zwykle kilka solidnych worów. 
Spoceni jak myszy, ładując kolejny worek wspominaliśmy ostatnio jak pewnego roku w towarzystwie ojca kończyliśmy sprzątanie . 
Na wiszącej nad samym środkiem grobu gałęzi dyndało jeszcze kilka opornych liści. Tata był pedantem i burzyło to spokój jego ducha oraz bardzo silne poczucie estetyki. Rzucał w nie więc parasolem. Skutek był łatwy do przewidzenia. Liście wisiały niewzruszone, a obok nich wdzięcznie zawisł parasol. Wysoko to było dosyć. Mój młody, wtedy, i super sprawny  mąż wykazać się musiał małpią zwinnością, żeby parasol odzyskać, co wzbudziło ogólne zainteresowanie licznie zebranej na  cmentarzu gawiedzi.
Co roku ,pewna atrakcja nierozerwalnie związana z dniem Wszystkich Świętych, urozmaica nam wędrówki po cmentarzach.

Kiedyś dostępna jedynie na cmentarzu bródnowskim , dziś wszechobecna. PAŃSKA SKÓRKA - paskudztwo to uwielbiam od małego kajtka, a co gorzej sprzedałam to upodobanie swojemu dziecku. 
Okropnie słodka, oklejająca się po zębach, zawinięta w paskudne papierki, robiona w warunkach, o których nie chcę wiedzieć - cudowna....
Najpyszniejsza ta sprzedawana przy cmentarzu bródnowskim przy bramie głównej ;)
Na Bródno jeździłam z mamą. Tam prócz opisanych powyżej rozkoszy pańskiej skórki, po odwiedzeniu grobów dziadka , babć( dziadek żon miał sześć, ale to całkiem inna historia :)))), oraz pradziadków ( tych z Krochmalnej ) zwykle zmęczone i zmarznięte korzystałyśmy z dobrodziejstw tzw. " Baru pod trupkiem" Przybytek ten położony był bardzo praktycznie vis a vis bramy głównej cmentarza przy ul. Wincentego. Ślad po nim zaginął już wiele lat temu. 
Wyglądał  jak najgorsza praska melina, a serwował prócz wódki na pięćdziesiątki przy ladzie, cieszącej się ogromnym wzięciem, najlepsze na świecie schabowe z kapustą jakie kiedykolwiek zdarzyło mi się jeść w knajpie. Ach.....
Nie żebym przepadała za melinami, ale dawny praski koloryt miał w sobie coś egzotycznego i pociągającego. 
Wystarczyło przejechać tramwajem przez most ,żeby z eleganckich uliczek Starówki w dziesięć minut znaleźć się w innym świecie. 
Trzydzieści lat temu wyprawa na Bazar Różyckiego niosła ze sobą również element ryzyka;) Biada temu, kto wszedł w ciąg położonych jedno za drugim podwórek dzielących praskie kamienice. Z trzeciego się zwykle już nie wychodziło;)
Dziś Praga się zmienia. Stała się modna, zyskała ciekawe centra kulturalne w dawnej fabryce wódek "Koneser", czy  Fabryce Trzciny. Kamienice na Ząbkowskiej, Brzeskiej i Targowej zdobią wyremontowane fasady.
Niezmienne pozostają tylko stare warszawskie cmentarze.



W refleksyjny charakter pierwszych listopadowych dni wplatają się wspomnienia dziecięcych smaków i wrażeń. 
Póki te ciepłe wspomnienia będą żywe, groby nie będą tylko kamiennymi płytami, a świadectwem żywej historii zamykającej przeszłość i przyszłość każdej rodziny.

czwartek, 22 października 2009

Zupa

Kapryszę tu sobie od paru miesięcy. Lubię pisać, a że natura próżna to i publikuję. Miało być o dekoracjach, decoupage, kwiatkach, robótkach i ozdóbkach, a tu zrobił się blogowy nieskładnik.
Po krytycznym przejrzeniu kapryśnikowych "kartek" przypomniał mi się stary szmonces ze zbioru Horacego Safrina :
"Przychodzi zatroskany Żyd do rabina i skarży się :
Ach , Rebe jaki ja mam straszny problem z zięciem! On nie umie pić wódki i nie umie grać w karty!
Nu, to chyba dobrze! odpowiada zdziwiony rabin,

Rebe , jakie dobrze?! On nie umie pić i pije , on nie umie grać i gra!"

Porządnie pisany blog powinien trzymać się przyjętej konwencji.

Mój się nie trzyma. Kaprysie są grymaśne i niekonsekwentne.
I tak oto kręcą mi się po postach ,a to wampiry, a to zielone stworki i jeszcze jakieś rogaliki. Trudno. Były rogaliki będzie i zupa.

Nie moja. Nie jestem taka zdolna i twórcza kulinarnie, niestety .
Zupa jest dziełem Małgosi i zasługuje na własne miejsce w kapryśniku.  
Wspaniały smak i aromat dały jej duszona cebulka i świeży imbir.




Oto przepis użyczony przez autorkę tego zupnego poematu :

Udusić na maśle trzy cebulki, dodać trochę wywaru warzywnego, dynię, jeden "ludzik" obranego imbiru i dusić razem do miękkości. Potem zmiksować i już gotowe.
Drobny ptysiowy groszek i kleksy z kwaśnej śmietany dopełniają wykwintny smak całości.
Pysznie smakuje i rozgrzewa. Smacznego !

wtorek, 13 października 2009

Trochę zgryźliwości


Mam dziś zjadliwy nastrój i jestem zaniepokojona.
Pod koniec zeszłego tygodnia NASA ostrzelała księżyc. Podobno w poszukiwaniu wody.
Metoda badawcza polegająca na odpaleniu rakiety w kierunku naturalnego satelity Ziemi zupełnie nie przemawia do mojego humanistycznego pojmowania nauki.
Skoro nie wiemy nawet, czy na księżycu jest woda, to skąd mamy wiedzieć, czy jednak nie ma tam, jeśli nie jakiejś formy życia, to choćby ukrytych magazynów należących do zielonych stworków z odległych galaktyk ?!
A jeśli będzie odpowiedź Księżyca , to co wtedy ?!
Kolejna wiadomość, która wprawiła mnie w zdumienie to pokojowa nagroda Nobla dla sympatycznego skądinąd prezydenta USA. Barack Obama otrzymał pokojowego Nobla za to , że nie rozmieści tarczy antyrakietowej w Europie Wschodniej. Podążając tym tropem proponuję przyznać nagrodę Pulitzera dowolnemu dziennikarzowi Super Ekspresu lub Faktu, a najlepiej kilku dziennikarzom, za zaniechanie publikowania artykułów, na czym wszyscy skorzystamy.
Przykładów można mnożyć więcej np. z pewnością na nagrodę z dziedziny medycyny zasługuje NFZ za działania skutkujące zamykaniem szpitali, co znacznie poprawi statystyki samowyleczeń itd.
Z wiekiem robię się coraz bardziej zgryźliwa i zdegustowana otaczającym nas światem.
"Atak" NASA na księżyc przypomniał mi rozmowę sprzed lat.
Moja serdeczna szkolna przyjaciółka po ukończeniu weterynarii "objęła" wraz z mężem lecznicę w zapadłej zamojskiej wsi. Zobaczyłyśmy się jakiś rok później. Powiedziała mi wtedy: " Nie wierzę w bakterie. Ty też nie wierz. To wszystko o czym nas uczą to lipa i bujda. Krowie robi się TAKIE RZECZY w otwartym brzuchu w najbrudniejszej z brudnych obór, a potem to wszystko się goi na niej bez żadnych antybiotyków. Bakterii nie ma."
Nadmienić tu należy, że moja przyjaciółka od lat jest wziętym specjalistą i ma na koncie uratowany niejeden zwierzęcy żywot.
A jeżeli żartują również inni specjaliści i poważni naukowcy od galaktyk i mikrobów przekonując nas , że zielonych stworków nie ma ?
Siedząc wieczorem przed telewizorem kupuję wraz z większością populacji informacyjną papkę spreparowaną specjalnie na nasz użytek. Potem biegają mi po głowie zielone stworki uganiające się za bakteriami.
Należałoby wstać z fotela, wyłączyć telewizor, wyjąć serwetki, nożyczki oraz klej i zająć się wyklejankami po uprzednim gruntownym wymizianiu psa, co też niniejszym udaję się czynić.
Na księżyc też później zerknę, tak na wszelki wypadek ;)))

poniedziałek, 12 października 2009

Rogaliki z wiśniami i psie smutki.




Rogaliki zostały upieczone. Mama robiła je z lukrem gotowanym "do piórka", ja posmarowałam je rozmąconym jajkiem i posypałam drobnym cukrem trzcinowym. Ładnie się przypieka i nie jest tak słodki jak lukier.
Do ciasta cukru nie daje się wcale. Za to bardzo słodkie są wiśniowe konfitury robione w proporcji : 1 kg wiśni na 1 kg cukru. Bez nich nie wyobrażam sobie jesieni i zimy. Łyżeczka, dwie do gorzkiej herbaty umili każdy zimny wieczór :)

Są też wspaniałym nadzieniem do rogalików ze śmietanowego ciasta.




Przepis na ciasto:

2 szklanki mąki , 2,5 dkg drożdży , pojemnik gęstej śmietany , 20 dkg masła, troszkę soli , jedno jajko.

Do przesianej mąki wkruszam surowe drożdże, dodaję miękkie masło i śmietanę, solę, siekam składniki nożem jak przy kruchym cieście, potem zagniatam i dosyć cienko wałkuję.
Rozwałkowane ciasto kroję na szerokie pasy, później w trójkąty.
U podstawy każdego trójkąta nakładam trochę konfitury. Zawijam rogalik i zlepiam końce.
Smaruję roztrzepanym jajkiem i posypuję cukrem trzcinowym.
Piekę na blaszce wysmarowanej masłem w temperaturze ok. 200 stopni C przez 15 - 20 min. do zrumienienia.






To łatwe ciasto i zawsze się udaje . Można do niego dodać gałki muszkatałowej i zrobić z niego paszteciki do czerwonego barszczu z mięsnym lub grzybowym nadzieniem.
Zwykle jednym z głównych domowych zjadaczy smakołyków jest nasz łaciaty Władzio. Teraz , kiedy pies jest chory i smutny, dostaje silne leki i nie interesują go nawet ciasteczkowe zapachy z kuchni, mnie też rogaliki nie smakują jak zwykle :(


Jesień w tym roku postanowiła dać się nam we znaki, ale wbrew wszystkiemu my się z Władziem jej nie damy.

niedziela, 11 października 2009

Post osobisty, czyli trochę historii.


Szkolne lekcje historii często zieją nudą. Moje ziały.

Nauczycielka cytowała na nich z pamięci kolejne rozdziały niezbyt udanego podręcznika.
Upadek Cesarstwa Rzymskiego , czy wojna rosyjsko - japońska były dla znudzonych uczniów zlepkiem odległych zdarzeń i dat.
I oto, niespodziewanie w jesienny deszczowy wieczór, podczas porządkowania papierów, które zostały po moim tacie , historyczne wydarzenia z przed ponad stu lat stały się bliskie na wyciągnięcie ręki.
W pudle wypełnionym pocztówkami i listami , pośród widokówek przesyłanych z wakacyjnych wyjazdów znalazłam kilkanaście kartek pocztowych pisanych ręką mojego dziadka w latach 1903 - 1906. Dziadek w wieku lat dwudziestu , jako poddany carski został wcielony do rosyjskiego wojska.
Stacjonował w Odessie , później w Spasku nad Morzem Japońskim , a potem w oblężonym przez wojska japońskie Chabarowsku.
Stamtąd też przesyłał kartki pocztowe do swoich rodziców mieszkających w Warszawie na ulicy Krochmalnej.
Pełni obaw o zdrowie i życie syna czekali na wiadomości , a równocześnie razem ze wszystkimi warszawiakami cieszyli się ze sromotnej klęski carskiej floty pod Cuszimą.
Wojna się skończyła, dziadek wrócił do Warszawy, ożenił się , po latach urodził się mój tata , ja , moja córcia.
Kolejne
zawieruchy dziejów wplatały się w losy rodziny tworząc historię , która oglądana z perspektywy pokoleń staje się bliska i osobista.

Poniżej kilka lepiej zachowanych kartek z widocznymi datami i stemplami:




Nie mam pojęcia jakim cudem te pocztówki przetrwały późniejsze wojny i burzliwe koleje losu mojej rodziny. Zapewne zachował je dziedziczony z pokolenia na pokolenie głęboko zakorzeniony wstręt do wyrzucania pamiątek.
To , że mogę dać do przeczytania mojej córce kartkę pisaną podczas wojny rosyjsko - japońskiej przyprawia o zawrót głowy.


Dziś już dziadkowe kartki wracają na honorowe miejsce w pudełku, a ja idę uczcić rodzinne znalezisko pysznymi rogalikami.
Zawsze muszę znaleźć sobie jakieś zajęcie, nawet na niedzielny wieczór, cóż - taki los łakomczuchów. Aha , przepis na rogaliki jest mojej babci , więc to będą historyczne rogaliki z wiśniową konfiturą w cieście śmietanowym :)))
Zdjęcia i przepis następnym razem , bo albo pieczenie , albo pisanie.


piątek, 2 października 2009

Jesień




Wiatr
Największy elektroluks świata
Wszystkie drzewa

z liści poomiatał
I baluje w pustej altanie.

Spadły liście

Posnęły wiewiórki,

Ciała drzew

Dostały gęsiej skórki,

Można sprawdzić, panowie i panie
.


Uciekają z ogrodów dziewczyny,
Wjechaliśmy w hrabstwo Aspiryny,

Wjechaliśmy dość zdecydowanie.

Wszystko razem biorąc, krótka mowa:

Najpierw deszczyk,

Potem krzyż
I głowa
I w łóżeczko, panowie i panie.



A w łóżeczku
( Jeśli grypa letka )
Całkiem miło:

Książeczka,
Gazetka,

Albo słodkie kimanie-drzemanie.

Jeśli tylko radio nam nie trzeszczy

I symptomów nie ma zbyt złowieszczych,

To jest bosko , panowie i panie.


Ludwik Jerzy Kern


I jeszcze coś do łóżeczka : szarloteczka i debiutancka naleweczka z moreli :)

Oto przepis, który znalazłam i wypróbowuję :

1 kg moreli, 1 litr spirytusu, 1 kg cukru, 0,5 szklanki brandy, 0,5 szklanki wody, pół laski wanilii

Dojrzałe i słodkie morele umyć, osuszyć, wydrylować i pokroić na ćwiartki.
Dodać wanilię i 5 rozkruszonych
pestek morelowych. Zalać spirytusem, postawić w słonecznym miejscu na 4 - 6 tygodni, od czasu do czasu potrząsając słojem. Zlać nalew, przecedzić i odstawić do ciemnego pomieszczenia.
Pozostałe morele zasypać cukrem i trzymać do czasu rozpuszczenia się cukru ( co parę dni wstrząsać słojem). Następnie zlać syrop, połączyć z nalewem oraz brandy. Owoce przepłukać wodą, odcisnąć i dodać do nalewki.
Nalewkę odstawić na miesiąc do sklarowania, następnie przefiltrować. Odstawić w ciemne, chłodne pomieszczenie na co najmniej jeden miesiąc. Im dłużej stoi , tym podobno lepszy aromat i smak :-)