niedziela, 30 sierpnia 2009

Są !

Nareszcie słoneczko bez upału, wolny niedzielny poranek, spacer w lesie , ach jak cudownie jest mieć las pięć minut za osiedlem:) I nareszcie są! Pokazały się! Pierwsze ,wyczekiwane, nieduże, ale jakie cudownie brązowiutkie. Najbardziej lubię je zbierać. Marynowane , duszone , albo w zupce - też lubię, ale zbieranie to największa frajda:))))





I jeszcze kozaczek, ach...


niedziela, 23 sierpnia 2009

Małe przyjemności



Jestem trochę smutna, trochę zmartwiona, mocno zabiegana. Doszłam do wniosku,że coś mi się należy.Postanowiłam sprawić sobie drobne przyjemności.
Tak więc powstał nowy bukiet na stół, zrobiłam gruntowne pourlopowe porządki na balkonie, co pozwala mi na chwile wytchnienia w balkonowym fotelu.
Narobiam się , co prawda, ale nie umiem odpoczywać, kiedy wokół atakują mnie uschłe kwiatki.
Na zdjęciu widać spustoszenia w fioletowych surfiniach, ale już biedulki ładnie odbijają.


No i jeszcze kupiłam sobie nowe skorupki:)
W ograniczonej ilości, ponieważ po pierwsze są z całkiem innej bajki, niż kompletowana przeze mnie ostatnio porcelana, po drugie jak już coś kupuję, to ma być to rzecz użyteczna, a nie zbieracz kurzu.
Zakupiłam zatem bolesławickie: cukiernicę, kubasek z uszkiem na sól, pojemnik na mąkę ziemniaczaną i malutki talerzyk, trudno powiedzieć do czego, ale nie mogłam się opanować;)
Szukając zupełnie czego innego przypadkiem trafiłam do sklepu firmowego "Bolesławca" na ul. Prostej w Warszawie. Potrzebowałam dużego hartu ducha, żeby wyjść z tego sklepu tylko z tym , z czym wyszłam.



Wbrew wszelkim przeciwnościom i czasowym ograniczeniom mam zamiar zabrać się za pudełko na serwetniki. Właściwie muszę się zabrać, bo jest już przyobiecane.
Skoro już sprawiam sobie przyjemności , to zamieszczam jeszcze psie wspomnienie lata, czyli mini fotoreportaż pod tytułem: "Gdzie jest Władek?"






środa, 19 sierpnia 2009

Lubię

Lubię jesień.
Tę wczesną z obfitością owoców , warzyw i kwitnącą nawłocią, ale lubię również tę późną listopadową, kiedy w długie chłodne wieczory zapalam świece i znajduję czas na chwile z książką w miękkim fotelu, czy też na porzucone latem nożyczki , pędzle, klej i serwetki. Jesienne dni przynoszą mi uspokojenie i wyciszenie. I choć w tym roku wraz ze wszystkimi odcieniami złota i obfitością, jesień niesie mi troski, nadal ją lubię.
Kiedy stawiałam dziś na stole zebrany dla niej na psim spacerze kolorowy bukiet, obiecała mi ,że postara się być łaskawa:)


czwartek, 13 sierpnia 2009

Tykocin

Rozpoczynając urlop nigdy nie jedziemy bezpośrednio do miejsca, w którym mamy go spędzać. Wymyślamy okrężne trasy i planujemy wycieczki w miejsca , do odwiedzenia których w ciągu roku brakuje czasu lub sposobności. Jeździmy zatem dużo, przeważnie kiepskimi drogami, mijając , zazwyczaj podobne do siebie, miasteczka i wsie. Trochę brudne i zaniedbane, z przypadkową zabudową, w której wyraźnie odbiło się piętno PRL-u. Niejednokrotnie ciekawe zabytki, które w nich przetrwały stoją obok klockowatych pawilonów GS-ów i domów zbudowanych we wszystkich możliwych współczesnych stylach odzwierciedlających gust i zamożność właścicieli.
Wśród małych polskich miast Tykocin jest perełką. Brak mu tylko sławy nadwiślańskiego Kazimierza. Położony nieco na uboczu wynagradza z nawiązką nadłożone kilometry ciekawskim turystom.
W dużej części stara, niska jednorodna zabudowa, czyściuteńkie uliczki i place, perfekcyjnie wypielęgnowane ogródki przy domach. Latarnie, ławeczki, zieleńce , nowe i wyremontowane budynki, nawet kramy na małym rynku, wszystko idealnie pasuje do charakteru całości.

W centrum miasteczka późnobarokowy kościół, z którym sąsiaduje Alumnat założony przez Władysława IV dla weteranów i inwalidów wojennych, obecnie kryjący knajpkę z oknami wychodzącymi na płynącą w dole Narew i sympatyczny hotel.
Dalej świetnie zachowana synagoga stanowiąca wraz z usytuowanym obok Domem Talmudycznym Oddział Muzeum Podlaskiego w Białymstoku i żydowska restauracyjka "Tejsza", gdzie jedliśmy cudownego kurczaka po żydowsku:)


Tykocin ,dziś senny i spokojny, ma imponującą historię sięgającą XV wieku. Był miastem królów i hetmanów. Słynął z jarmarków , a do II wojny światowej był siedzibą drugiej co do wielkości w Polsce ( po Krakowie) gminy żydowskiej.
Według przewodnika zabudowa zachowała dawny charakter miast żydowskich, jest w niej jednak coś co nasuwało mi skojarzenia z duńskimi miasteczkami , które zwiedzaliśmy w ubiegłym roku na Jutlandii. Później doczytałam się ,że w XVII wieku mieszkali i pracowali w Tykocinie osadnicy holenderscy stąd zapewne podobieństwa.
W muzeum prócz starannie zgromadzonych pamiątek dawnego życia tykocińskich Żydów zachwyciły mnie obrazy Andrzeja Rzepkowskiego malowane w mojej ulubionej słoneczno-jesiennej tonacji. Opłacając specjalny bilet mogłam zrobić zdjęcia w muzeum i synagodze, by kilkoma móc się z Wami podzielić.















Kilka migawek z miasta:

środa, 12 sierpnia 2009

Piotruś

Spływy są ulubioną formą rekreacji dla nielicznych pasjonatów. To duży wysiłek nawet dla dorosłych, szczególnie gdy samemu taszczy się cały ekwipunek. Człowiek w wieku lat kilku ma prawo kaprysić, płakać i jęczeć. Piotrek prawo miał, ale z niego nie korzystał. Nie znam drugiego tak pogodnego, ciekawego świata i silnego duchem siedmiolatka.
Po pierwsze wiosłował jak stary. Nie cały czas oczywiście, to zbyt duże obciążenie dla małego dziecka. Kajakiem płynął czwarty raz, tatuś nauczył , ale nauczyć się trzeba chcieć. A on chce.


Po całych dniach uciążliwego płynięcia, gdy tylko znalazł się na brzegu z uśmiechniętą buzią zawierał rozliczne znajomości wśród osób w każdym wieku. Oglądał miejsce biwakowania i przybiegał do nas ze szczegółowymi relacjami.
Wujek zmontował mu leszczynową wędkę, pokazał technikę, wyjaśnił zasady skutkiem czego Piotruś zapewnił nam dwie solidne rybne kolacje.
Dokumentacja połowów poniżej.


Ostatniego dnia płynęliśmy dosyć długi odcinek po jeziorach, złapała nas ulewa,wszyscy przemokliśmy do majtek , zrobiło się zimno i wietrznie.
Po szczęśliwym przybiciu do przystani, w drewnianym barze na polu namiotowym o wdzięcznej nazwie "Sirocco", jakby nie mogło być bardziej po polsku "Wietrzysko", który ma nawet trzy zabudowane ściany, jest w miarę sympatyczny i oferuje od ręki gorącą herbatę, zasiedliśmy przy stołach, a Piotrula pijąc zagrzane w mikrofalówce mleko wygłosił następującą sentencję:

" Siedzę sobie przy stole w barze, jest mi ciepło, piję gorące mleko. Luksus! "

Tak oto kształtuje się młody charakter i jego skala wartości ;)
Jak długo ciotka utrzyma jeszcze pagaj w ręku możesz Piotrze ,póki chcesz, płynąć ze mną na koniec świata :)))
Chociaż post poświęcony jest Piotrkowi, to dwa słowa i jedna fotka o innym dziecku, starszawym co prawda, bo piędziesiątka stuknęła mu jakiś czas temu, a rzecz dotyczy jego skrzyneczki z zabawkami.
Oto spływowe skarby mojego mężusia w jego czarnej skrzyneczce ochrzczonej przez ekipę spływowiczów imieniem "Tilapia" , ponieważ firmowa nazwa "Peli" jakoś do nas nie przemawiała. Igor oczywiście również dysponował własną Tilapią. Faceci pozostają dziećmi niezależnie od tego ile mają lat.

Dla zainteresowanych kolejno umieszczone w cudownie szczelnej i wodoodpornej Tilapii znajdują się:GPS, telefon komórkowy , scyzoryk, solarna ładowarka do wszystkiego :) ,aparat foto,lornetka, czołówka, obok nieodłączna maczeta, w środku akumulatorki i pokrowczyki różnych maści.
Tu jeszcze jedno słowo pochwały dla Piotrka. Tylko raz miał powiedziane : "Nie ruszaj maczety, bo to niebezpieczne." Ani razu więcej jej nie tknął. To naprawdę wyjątkowy młodzieniec. Za lat kilka niewielu rówieśników zdoła mu dorównywać na każdym polu.

wtorek, 11 sierpnia 2009

Rospuda - ciąg dalszy

Wspólnie z Igorkami młodszymi od nas razem o około 40 kg ( a lat 15 ,każde z osobna, trudno powiedzieć co dla nas gorsze ) zrobiliśmy blisko 1000 zdjęć. Wrzucam dziś jeszcze kilka mieszanego autorstwa, bo siłą rzeczy , te na których jesteśmy my, robili oni i na odwrót:)) Osobny post poświęcę najmłodszemu członkowi wyprawy.
Mój cioteczny wnuk ( o matko , jak to brzmi) zasłużył sobie na własną dokumentację udziału w pierwszym życiwym poważnym spływie.

Tak płynęliśmy, gdy świeciło słoneczko ,

a tak jak nie świeciło.


Tak biwakowaliśmy ,




a tak odpoczywaliśmy.



c.d.n...

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

Jestem

Jestem, jestem. Niestety już po urlopie. Zdecydowanie nie jestem typem pracocholika. Na im dłuższy czas uda mi się uciec z Warszawy, tym trudniejszy jest dla mnie powrót do codzienności. Pierwszy dzień w pracy po urlopie, ufff. Jedno , co miłe to spotkania z sympatycznymi współpracownikami, z niesympatycznymi też się spotkam , ha takie życie. Zaległości cała góra. Od prozaicznie pracowych, przez domowe, do towarzyskich.
Ilość wiadomości zawodowych , prywatnych i blogowych do przeczytania przekracza moje umiejętności czytania ze zrozumieniem w czasie ograniczonym jednym, czy dwoma wieczorami. Ale przeczytam, na pewno kiedyś przeczytam ;) i systematycznie zamierzam nadrobić opóźnienia i zaniechania.
Warszawę zastałam nieco pustawą, a mimo to zakorkowaną, dla człowieka z lasu to poważny szok.
Wrażenia urlopowe ,w większości pozytywne, opiszę w "odcinkach".Na początek pewnie Rospuda. Decoupage na miesiąc poszedł w kąt, nie robiłam dosłownie nic, nawet będąc na działce. Co gorzej jakoś nie bardzo mam ochotę za coś się zabierać.

No to na początek : Rospuda



Piękna, różnorodna , chwilami zmuszająca nawet stare wygi do solidnego wysiłku. Niestety zbyt rozreklamowana. Skutek : sobotnio-niedzielne spływy pewnych siebie amatorów z puszkami piwa w rękach i kilkoma następnymi w pokaźnych brzuchach. Puszki później oczywiście lądują w krzakach i wodzie, zresztą często razem z właścicielami. Na rzekach o łagodnej i wyrozumiałej naturze ,takich jak Krutynia, czy Wda to męczące i irytujące. Na Rospudzie niebezpieczne.
Mówi się człowiekowi : "Płyńcie do prawej", za chwilę wbija kajak po lewj w solidny pień i zaczyna nabierać wody. Mówi się: "Proszę nie wysiadać , w tym miejscu jest głęboko" Wysiadł oczywiście,wody ma po uszy i wyciągaj teraz takiego barana, a to nie proste , bo nurt jest tak pokaźny,że trudno utrzymać się na nogach. Właściwie może nie warto było wyciągać;)
Problem z Rospudą jest taki,że w najpiękniejszych miejscach trzeba uważnie wiosłować i sterować, a nie robić zdjęcia.
Na szlaku Rospudy zapomnijcie o przyzwoitych stanicach, nawet na polach namiotowych zalegają góry śmieci, których nikt nie wywozi, wodę mieliśmy zawsze ze sobą, bo pomp na polach też nie ma.WC w 80 % miejsc zastępowała nam saperka i wykopany nią dołek. Dwa chlubne wyjątki : gospodarstwo agroturystyczne przed mostem w Kotowinie i urocze pole namiotowe w Jaśkach, również przy gospodarstwie agroturystycznym. Władze gminne chyba się mszczą na Rospudzie za brak możliwości budowy autostrady przez jej bagna. A bagna są wspaniałe, zapierające dech w piersiach...




Przepłynięcie bagiennego odcinka zabrało nam cały dzień, potem jeszcze jeziora Rospuda, Necko, Białe i Studzieniczne skąd braliśmy kajaki dla części spływowiczów. Najwięcej wrażeń dostarczył górny odcinek rzeki z kamiennymi mieliznami, głazami w nurcie przegradzanym kilkakrotnie przez zwalone drzewa czychające za ostrymi zakrętami. Nie dało się odłożyć wioseł i spokojnie poopalać , o nie.





Ale były i chwile wytchnienia..




...i chwile burzowej grozy zakończone solidnym deszczem





c.d.n...