środa, 25 listopada 2009

Listopadowe umilanie


Dni uciekają. Listopad w tym roku jakiś ciepły.  I dobrze. 
Nie ma śnieżnej brei i przenikającego zimna, tylko coraz krótszy dzień przypomina o zbliżającej się wielkimi krokami zimie , która z pewnością, jak to zwykle ma w zwyczaju, nas zaskoczy ;)  
Tymczasem pozostawione na próbę na balkonie pelargonie mają się całkiem dobrze w towarzystwie dyni czekającej na zamianę w zupę.



Długie wieczory należy umilać. Najprostszy sposób umilania to umilanie poprzez dobre jedzonko. Tym razem przepis wypatrzyłam u An-ny z bardzo smakowitego blogu "Waniliowo" choć wcale nie waniliowy , a warzywny. 
Pieczone warzywka z octem balsamicznym, oliwą i rozmarynem. 
Wyglądały tak:



a smakowały pysznie.
Kolejny sposób na umilanie, to umilanie poprzez dobry napitek. Nastawiona we wrześniu morelówka zaczyna powoli dojrzewać. Wykonaliśmy więc próbę przydatności do wypicia.




Wygląda ładnie i zachęcająco, ale musi jeszcze swoje odstać, jak to nalewka.
A teraz ostatni na dziś , podesłany mi  w prezencie przez Ewę , przepis na umilanie jesiennych wieczorów, przeznaczony wyłącznie dla  wielbicieli książek. 
Oto przepis w punktach:
1. wybierz dzień pomiędzy 30 listopada , a 23 grudnia tego roku
2. nie wybieraj niedzieli
3. jeśli wybierzesz sobotę,zarezerwuj sobie czas między godziną 11.00, a 15.00
4. jeśli wybierzesz inny dzień, masz czas od 11.00 do 19.00 
5. pojedź na ul. Dobrą 56/66 w Warszawie, jest tam Biblioteka Uniwersytecka
6. na poziomie -1 czekać tam będzie na ciebie 
CMENTARZYSKO ZAPOMNIANYCH KSIĄŻEK
7. nie kupisz tam książek, możesz je tylko przygarnąć i zabrać do domu
8. na nowy dom będzie tam czekało ponad 30 000 woluminów
9. wchodząc do CMENTARZYSKA ZAPOMNIANYCH KSIĄŻEK dostaniesz wielką   papierową torbę
10. za wejście zapłacisz 30 zł i możesz całą ją zapełnić, ale jeżeli jesteś studentem, emerytem lud przyniesiesz ze sobą 10 książek , które chcesz przekazać komuś innemu zapłacisz 25 zł
11. jeśli uważasz, że to za drogo wybierz się z przyjacielem lub rodziną. Osoba, która będzie brała książki do wspólnej z Tobą torby zapłaci za wejście 5 zł

Do zobaczenia.




piątek, 20 listopada 2009

"Kraina chichów" i zapach psiego ucha.


Najbardziej lubię poranne chwile, tuż przed świtem. Wtedy już nie śpię, ale jeszcze nie całkiem się obudziłam. To taki cudowny stan przejściowy. 
W wygrzanym tunelu pod kołdrą panoszy się rozkoszne ciepełko. Miarowy psi oddech i zapach rozgrzanego władkowego ucha rekompensuje brak przestrzeni do przeciągania. Łaciaty zagarnia zwykle połowę łóżkowej powierzchni ;) 
No, niech zagarnia jak najdłużej, to przywilej rozpieszczonego domowego futrzaka :)   Jeśli jeszcze składa się tak cudnie, że nie jest to dzień pracy, to te pyszne chwile można przedłużyć ,aż do zdecydowanego psiego ziewnięcia, domagającego się porannego spacerku.



Dzień idealny mógłby właśnie tak się zaczynać. Potem , po psim spacerze, czerwona herbatka pu -erh, lekkie śniadanko i książka. 
Przerwy w czytaniu na spacery i przerwy w spacerach na czytanie. Drobne przekąski, kieliszek dobrego czerwonego wina, fotel, kocyk, herbatka. Tym razem już czarna , mocna najlepiej w filiżance, a obok na spodeczku wiśniowe konfitury. Troszeczkę, dla smaku. Taaaak.
Dziś prawie tak było :))) Skończyłam czytać "Krainę Chichów" Jonathana Corrolla. Lubię książki o książkach  i wielbicielach książek. Po pierwszym rozdziale ta na taką wyglądała, ale to złuda. To książka o największym marzeniu każdego pisarza. Większość z piszących ma poczucie misji. Tworzą z potrzeby własnej duszy. Chcą opisywać, pokazywać , intrygować. Oczekują od czytelników uznania , a przynajmniej zainteresowania.
W " Krainie Chichów" pisarz tworzy realne postacie, daje i odbiera im życie. Pisząc po mistrzowsku zyskuje zdolność tworzenia rzeczywistości. Czyż to nie próżne? Bardzo. A jakie kuszące;)
Dobrze się czytało.
Za oknem już ciemno. Codzienna rzeczywistość krzyczy brudnymi garnkami w zlewie i stosem ubrań do prania. Cóż, miłe dni nie byłyby tak miłe ,gdyby ciągnęły się bez końca. Przyjemne docenia się wyłącznie na tle nieprzyjemnego, inaczej robi sie nudno;)

poniedziałek, 16 listopada 2009

Sobotnie wyklejanki


Chandra ma się świetnie, nic nie pomaga. Zrezygnowana sobotnią noc spędziłam z klejem i nożyczkami. Też nie pomogło, ale przynajmniej coś zrobiłam;)

Herbaciarkę :





Serwetnik:









Przybornik na karteczki i długopisy:







Jeżeli po dobroci nie udało mi się zwalczyć mojego podłego nastroju postanowiłam zadać mu cios ostateczny, na zasadzie klin klinem .  
Poszłam zapisać się do dentystki. Wszystko udało się doskonale. Nie zastałam jej w gabinecie ;) Jutro też pójdę. Może jakimś cudem ma dłuższy urlop ;)))


czwartek, 12 listopada 2009

Chandra


Kilka dni temu dostałam od Ani z Jezior "Koleżeńskie wyróżnienie", za które bardzo, bardzo  dziękuję i które sprawiło mi wielką przyjemność. Nie umiem oczywiście umieścić go w swoim blogu. Nie powiem , próbowałam, ale brak czasu nie pozwolił mi na dłuższe walki z komputerem. Przekazuję  je wszystkim dziewczynom, które mnie odwiedzają i równocześnie witam serdecznie barbaratoja w gronie oglądaczy i komentatorów:)))
Czy pisałam już może,że lubię listopad ? Chyba pisałam. Zawsze go lubiłam .
To miesiąc moich imienin , a kiedyś imienin mojego taty.W listopadzie urodziło się moje dziecko i moja młodsza chrześnica. Rozpoczyna  się czas kiedy zaczynam już myśleć o świętach.  W domu jest miło i ciepło, długie wieczory umila blask świec,pachnie ciasto i pieczone mięsko, bo w listopadzie lubię pitrasić. Miesiąc wielu świąt rodzinnych wymusza  spotkania w większym gronie. Pomimo codziennej gonitwy miło znaleźć czas dla bliskich. Bez tego robi się naprawdę szaro , smutno i źle. Jest więc sympatycznie, nawet pies w ostatnich dniach czuje się troszeczkę lepiej:) , a ja mam wielką, rozlazłą i czarną jak deszczowa chmura chandrę..... Okropność.

Skąd się wzięła przynosząc ze sobą zniechęcenie i całkowity brak entuzjazmu do czegokolwiek ? Czyżby jednak zawiniły cyferki w kalendarzu , czy może tylko drobne smutki, deszcz i szaruga? Nie wiem. Po prostu jest :(((
 
Na potężną chandrę konieczne są stosowne środki zaradcze.  
W strugach deszczu wybraliśmy się  na warszawskie Koło poszperać w starociach. Sposób poprawiania nastroju polegający na snuciu się w błocie po targowisku może wydawać się kontrowersyjny;)  Jednak spędziliśmy tam około dwóch godzin, przemokły nam buty i już mieliśmy kierować się do samochodu ,kiedy wśród zmokniętych mebli wypatrzyłam szafeczkę. Ani  specjalnie antyczną, ani też specjalnie drogą, całe szczęście, bo wiedziałam  już od pierwszego spojrzenia , że bez niej do domu nie wrócę:)))  
W drodze powrotnej nabyliśmy preparaty do konserwacji mebli i resztę weekendu poświęciłam na gruntowne czyszczenie i odświeżanie.

Jestem okropnie niecierpliwa , tak więc przy dużej pomocy mojego bardzo, w odróżnieniu, cierpliwego męża :) , w niedzielę wieczorem szafka wisiała już w kuchni:)))

Oto efekt:









Przez chwilę myślałam, o pomalowaniu jej na biało i zrobieniu przecierek, ale szybko porzuciłam ten pomysł. Za bardzo spodobała mi się taka jaka jest teraz:) Zresztą mam takie wrażenie ,że moda na bielenie i przecieranie wszystkiego co popadnie , pomimo tego , że jest sympatyczna , to jak każda moda jest przemijająca. Zresztą w ograniczonym metrażu mieszkania, które w ogóle nie ma nic z rustykalnego charakteru , nawet najładniejsze białe meblowe przecierki mi nie pasują.
Na dowód , że walcząc z chandrą czasem  sięgam również  po klej i serwetki, wklejam zdjęcie dwu z kilku kompletów serwetników, które ostatnio zrobiłam. 
Powstały na dokładne zamówienie, więc serca do nich nie mam, jak do wszystkiego co zrobić muszę , bo obiecałam . Co za przykra natura;))) 



W perspektywie za to większa ilość  wyklejanek, ponieważ nakupiłam różnych "surówek" i kuszą mnie swoimi czystodrewnianymi powierzchniami :)
Myślę jeszcze nad kolejnymi ciosami , jakie mogłabym zadać swojej chandrze. Jak wymyślę to napiszę, a na dziś to tyle ;)))