środa, 24 marca 2010

Kolorowo, koralowo.

Miałam ambitny plan, aby wziąć udział w przedświątecznym kiermaszu. Zasiadłam do pracy, filcowałam, filcowałam i filcowałam. Popołudniami, wieczorami, po trochu, systematycznie.
Nie wezmę udziału w kiermaszu. Nie można iść na kiermasz z dwoma sznurkami korali, bo to bez sensu i szkoda czasu. To co zrobiłam nie doczekało, a to co zostało, Młoda obejrzała, przymierzyła i powiedziała, że nie odda;)) Swoich też nie będę się wyzbywać. Co nieco jest jeszcze przyobiecane na "pożarcie bestiom" z Domu Tymianka, wiszą jeszcze nade mną inne przyobiecania i tak nie pozostaje nic innego jak siadać i filcować dalej.
Nie mam więc specjalnie czasu na pisanie błyskotliwych tekstów. 
Wełna czeka :)
Poniżej zdjęcia tego co zdążyłam obfotografować:)
Korale -








I jeszcze kolczyki -




Świat za oknem wiosennieje, święta za pasem i kilka jajek też wypadałoby wreszcie obkleić nie mówiąc już o myciu okien, porządkach itp. 
Oj, chyba jednak zajmę się filcem;)))

piątek, 19 marca 2010

Dactylopius coccus, czyli post zawierający treści drastyczne

Przepraszam za treść tego posta, ale uznałam ,że wiedza w nim zawarta należy się osobom żyjącym do dziś w nieświadomości.
Od dziś świat już nie będzie taki sam, chociaż przecież powiało wiosną i zrobiło się cieplej. 
W człowieku wraz z odejściem zimy budzi się chęć do zdrowego odżywiania. Przydałaby się oczyszczająco - odtłuszczająca dieta oparta najlepiej na owocowych i warzywnych sokach, jogurtach i innych zdrowych pysznościach. Młoda kupiła dziś sok. W kartonie. Tymbark, bez cukru, w 100% z owoców, pasteryzowany, bez konserwantów, z pomarańczy z dodatkiem czerwonych pomarańczy z Sycylii.
A potem przeczytała sobie przy śniadanku skład.
Zacytuję za opakowaniem:
- sok z pomarańczy (99%) i czerwonych pomarańczy (1%), barwnik - koszenila, aromat.

Młodości towarzyszy nieodłącznie ciekawość. W tym przypadku podsycona dodatkowo odkryciem tajemniczego składnika, z którym pomimo ukończonych niedawno studiów wyższych, w których chemia zajmowała sporo akademickiego czasu, zainteresowana jakoś nie miała bliższej styczności. No, bo skąd niby codzienny wypijacz soku miałby wiedzieć, co to takiego jest, ta tajemnicza koszenila?
W dobie internetu zaspokojenie ciekawości zajmuje tyle czasu, ile potrzeba na kliknięcie myszką. Niestety skutki ciekawości bywają zgubne. Tym razem sok, zarówno wypity, jak i pozostały w kartonie znalazły się w muszli klozetowej.
Ale do rzeczy.
Koszenila, czyli inaczej kwas karminowy lub karmina, lub jak kto woli E 120 jest to dodatek żywnościowy, czerwony barwnik, pozyskiwany z wysuszonych, zmielonych czerwców kaktusowych Dactylopius coccus, żyjących w Meksyku na niektórych rosnących tam gatunkach opuncji. Czerwce należą do nadrodziny pluskwiaków, a robaczki, z których barwnik jest pozyskiwany przypominają nieco mszyce. Dla ciekawskich fotka.


Ekstrakt koszenili to głównie ciemny, czerwony płyn, a po wysuszeniu - proszek. Produkt handlowy barwnika występuje w połączeniu z kationami amonu, wapnia, sodu i potasu, pojedynczo lub w kombinacjach. Może także zawierać materiał białkowy pochodzący z innych owadów. Tak, również z innych owadów, uuuuuuu.....
Jeżeli jeszcze nadal czytacie tego posta to uprzejmie donoszę, że  podczas porannych dogłębnych badań nad pluskwami w soku, dziecko moje doszło do następujących ustaleń. Wyciąg z opisanych wyżej owadów spożywamy pijąc np. soki barwione na czerwono, między innymi zawiera go truskawkowy Kubuś dla dzieci (jak nie wierzycie to możecie sobie iść do sklepu i sprawdzić, albo otworzyć link do firmowej strony z Kubusiami, hehe), niektóre jogurty, coca-cola (koszenila jest jednym z jej "tajnych" składników i ukrywa się w niej pod nazwą E 120), czerwone cukiereczki i żelki, a także raczymy się nim sącząc campari.
Dalsze zgłębianie tematu pozostawiam zainteresowanym i kończąc chciałam zauważyć, ze nie powinniście się, drodzy czytelnicy, wzdragać przy oglądaniu, czy studiowaniu opisów ludów pierwotnych konsumujących z apetytem rozmaite larwy, chrząszcze, mrówki, czy też inne robactwo, zawierające zresztą mnóstwo cennych składników pokarmowych i łatwo przyswajalnych białek (no, może z wyjątkiem chitynowych pancerzyków, z których nie ma specjalnego pożytku), gdyż jak widać wszyscy ze smakiem czynimy to samo.
Smacznego ;)))


Ps.
Od czasu opublikowania tego posta minęło półtora roku. Nie zaglądałam do niego przez cały ten czas, aż do dziś.
I oto okazało się, że aktywne linki w tekście nie przekierowują już na stronę z soczkami Kubuś. Strona w dawnej formie przestała istnieć. Na nowej ślicznej stronie Tymbarku próżno będziecie szukać składu soków, są tam teraz umieszczone jedynie informacje o ich wartości odżywczej, zniknął też z oferty sok pomarańczowy z dodatkiem czerwonych pomarańczy z Sycylii;) Za to na stronie z Kubusiami sok z truskawkami jest, ale składu też nie znajdziecie;))) 
Powyższe fakty pozostawiam bez komentarza, ponieważ każdy może zdecydować sam co kupuje i od którego producenta. 
Wasza zdegustowana kaprysia.
25 sierpnia 2011 r.






niedziela, 14 marca 2010

Marek Kamiński płynie, czyli Zimowa Ekspedycja Wisła i stara masa krytyczna


Panta rhei, czyli wszystko płynie. I życie i Wisła. A po Wiśle od ośmiu dni, w kajaku Marek Kamiński.
Od zerowego kilometra Wisły w okolicach Oświęcimia do przepłynięcia ma 959 km, pokonując dziennie kilkudziesięciokilometrowe odcinki wczoraj dopłynął do Warszawy. Cała nasza rodzina to "zwierzęta wodne", pływać uwielbiamy od zawsze i po wszystkim. Po Wiśle również. Spływ zimowy wymaga specjalistycznego wyposażenia i odporności na zimno. Dla znanego polarnika to prócz wyzwania z pewnością wspaniała przygoda.
Kolejne etapy spływu śledzimy w internecie, pod tym adresem, a wczoraj z aparatami w gotowości, Młoda z ojcem czekali nad Wisłą, a ja podawałam im pozycję Marka Kamińskiego siedząc przed komputerem:)
Liczyliśmy na kilka ujęć z oddali, a Pan Marek widząc grupkę machających mu fanów dopłynął do prawego brzegu, poświęcił chwilę na rozmowę i podziękował za zainteresowanie i doping:))) 



W bezpośredniej rozmowie z moim mężem, sławny i znany, okazał się osobą szalenie sympatyczną i bezpośrednią:)




Zimowa Ekspedycja Wisła jest kolejną akcją promującą królową naszych polskich rzek. W wielu miastach, a w tym niestety również w Warszawie, rzeka dzieli miasto zamiast je łączyć. Brzegi Wisły w centrum miasta pozostają zaniedbane  i niewykorzystane. Spływ Wisłą jest dość trudny ze względu na sięgające daleko w koryto rzeki główki i bardzo silny nurt. Jednak miasto oglądane z perspektywy rzeki, warszawskie mosty od dołu ;), piękne dzikie brzegi i łachy pełne ptaków dostarczają niezapomnianych wrażeń.
Wisłą płynęliśmy trzy lata temu, w maju, podczas organizowanej przez Warszawskie Towarzystwo Wioślarskie kajakowej masy krytycznej. Ponad sto kajaków i canoe na rzece to było coś:)



Powyżej w porcie WTW






a tu część grupy na wodzie.

W  latach pięćdziesiątych, mąż mojej siostry, a dziś dziadek kajakarza Piotrusia, razem ze swoim przyjacielem, spłynęli Wisłą do morza własnoręcznie zrobionym kajakiem. Nie było wtedy zapory we Włocławku,  a w Wiśle pływały jeszcze ostatnie jesiotry:)
Och, popływało by się znowu, a tu wiosny ni widu, ni słychu, a że polarnikami to my nie jesteśmy, to przyjdzie cierpliwie poczekać:)

czwartek, 11 marca 2010

Filcowo, kolorowo :)


Ostatnio odebrałam  delikatne sygnały od życzliwych w sprawie zmiany nazwy bloga z kapryśnika na złośliwnik. Pomysł nie jest zły i wart rozpatrzenia, ale dziś dla odmiany i urozmaicenia będzie kolorowo, filcowo-fotograficznie i bez kapryszenia :) 
Filcując porzuciłam kwiatki dla korali. Prawie wszystkie paciorki mają już swoje nowe właścicielki, mnie zostały fotografie i cała głowa nowych pomysłów. 
Zabawa  kolorami trwa, a poniżej ostatnie filcowe wytworki:



W turkusowo żółtym naszyjniku dołożyłam ceramiczny koral, małe turkusy i żółte półszlachetne kamienie, których nazwy nie pamiętam;)




Szaro-różowe korale ze srebrnymi ozdobami i różowymi kamieniami, a w komplecie kwiatkowo-różowe kolczyki


 a tutaj różowy naszyjnik w innym świetle.

 Dla równowagi trochę szarości ze srebrem i onyksami



I jeszcze różowy kwiatek z perełkami

Korale w beżowej tonacji z żółto, pomarańczowo, brązowymi kulkami.

Ciemna noc wokół, nie mam jak zrobić kolejnych zdjęć, następne filcowe wytworki pokażę pewnie w niedzielę.
Jutro czeka mnie trudny, ciężki dzień, który nie przyniesie dobrych wiadomości. Filcowanie to mój odpoczynek i ucieczka od myśli, jutro wieczorem więc pewnie  zrobię znowu coś nowego, a teraz już dobranoc troskom i filcom.

niedziela, 7 marca 2010

Kaprysia w krainie czarów.

 
zdjęcie znalezione w sieci
Lubię bajki i bardzo kusiła mnie perspektywa obejrzenia disneyowskiej "Alicji w krainie czarów"  w reżyserii Tima Burtona, autora "Gnijącej panny młodej" w dodatku w 3D.
Zapowiadało się wyjątkowo mrocznie i atrakcyjnie trójwymiarowo.
Zazwyczaj tak bywa, że duże oczekiwania trudno spełnić, ale po kolei.
Film to film i scenariusz wcale nie musi być dokładnie wierny literackiemu oryginałowi, z tym że wolę jak jest. Alicja w wieku lat dziewiętnastu, no powiedzmy, niech sobie będzie, za to, dołożony przez scenarzystkę ( Linda Woolwerton) na koniec rozlew krwi to już lekka przesada;)  Być może to zabieg konieczny, bo inaczej milusińscy nie byliby dostatecznie zainteresowani. Takie czasy;)  Za to możliwości jakie daje technika cyfrowa zaowocowały pięknymi  bajkowymi obrazami świata na dnie króliczej nory.
To największy atut filmu, gorzej z poprzewracaną do góry nogami fabułą i tempem akcji. Jakoś mi się nieco miejscami dłużyło. Co do aktorów to Johnny Deep dobry jest zawsze, nawet z czerwonymi włosami i dziwnym makijażem;), ale ja jestem stronnicza, bo bardzo go lubię. Mia Wasikowska w roli Alicji trochę mało wyrazista i coś podejrzanie zapatrzona w Deepa, Helena Bonham Carter (Królowa Kier) wyglądała jak by była postacią cyfrową, o wiele bardziej podobała mi się w Potterze jako Beatrix, a głos gąsienicy , czyli Absolema należący do Snapa nieco mnie rozbawił.
Zdaje się,że zrobiliśmy błąd wybierając wersję bez polskiego dubbingu, bo podobno jest świetny i sporo dodaje filmowi, ale po nocy grali tylko wersję z napisami, a nam ten kinowy wypad przyszedł do głowy nieco późno.
Podsumowując przytoczę znowu  (kiedyś już przytaczałam:)) jeden ze szmoncesów ze zbiorku Horacego Safrina " Przy szabasowych świecach ", w którym sławny rabin z Żółkwi, Cwi Chajes, przysłuchiwał się kazaniu młodego rabina z Brna. Po zakończeniu przydługiej oracji Chajes podszedł do młodego kaznodzieji, uścisnął mu dłoń i powiedział:
"Najbardziej błyskotliwym punktem pańskiego kazania był bez wątpienia pański cylinder."
We wczorajszym seansie najbardziej błyskotliwym punktem filmu były okulary 3D ;))) 
W sumie oglądało się sympatycznie, a przy okazji zatęskniłam za literackim oryginałem i koniecznie muszę sobie do niego wrócić.

czwartek, 4 marca 2010

Umm, pa pa, 8 marca !


Niebawem 8 marca. Z dziwnych lutowo - marcowych świąt wolę już chyba Walentynki. Jak ktoś ich nie akceptuje, to nie obchodzi i już, a jeśli ma ochotę to może sobie uczcić.
Kartka od wielbiciela, kwiatek, serduszko - nawet sympatycznie.
Za to przez większość mojego życia "Międzynarodowego Dnia Kobiet" nie dało się nie obchodzić.
Perspektywa święta kojarzącego się nierozerwalnie ze zdechłym tulipanem lub sterczącym goździkiem do dziś powoduje, że ciarki chodzą mi po plecach.
Najbardziej upokarzający 8 marca był moim udziałem w roku 1983, kiedy to pracując w państwowej instytucji wraz ze wszystkimi zatrudnionymi tam paniami, zostałam ustawiona w długą kolejkę i po półgodzinnym czekaniu pisemnie pokwitowałam odbiór kwiecistej kartki pocztowej z niezdarnie nagryzmolonymi oficjalnymi życzeniami.
Feministką nie jestem, tulipany dostawać lubię ( byle ładne i dużo;)), ale co to za święto, Dzień Kobiet i do czego nam ono jeszcze jest potrzebne ?
Prawa wyborcze mamy już od dość dawna, równouprawnienie na całej linii i co nam z tego? Zyskałyśmy prawo pracy na dwóch etatach: domowym i zawodowym. Mężczyźni nam przez to nieco zniewieścieli, za to prowadzić dom niewielu się nauczyło;) Dzieci za nas na razie też raczej nie urodzą, chociaż urlop tacierzyński już mają. Ach, to nasze urzędnicze słowotwórstwo:)
Od okrągłego stołu mija już 21 lat, a Dzień Kobiet ma się nadal nieźle. Wzbogaciły go  manify urozmaicone happeningami, a wraz z nami świętują jeszcze w Albanii, Algierii, Azerbejdżanie, Białorusi, Bośni i Hercegowinie, Brazylii, Burkina Faso, Kamerunie, Chinach, Kubie, Włoszech, Laosie, Kazachstanie, Kirgistanie, Macedonii, Mołdawii, Mongolii, Czarnogórze, Rumunii, Rosji, Serbii, Tadżykistanie, Ukrainie, Uzbekistanie, Wietnamie i Zambii :)))
Tak więc, by ulubionej  "świeckiej tradycji" stało się zadość:

WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO TOWARZYSZKI W DNIU NASZEGO ŚWIĘTA ;)

środa, 3 marca 2010

Wiosna, smutki i PIT-y


Powiało wiosną. Etatowi przepowiadacze straszą ,że tylko na chwilę. Może i dobrze.  Nie lubię wiosny . Irytują mnie roztopy, brudne czarne ulice pełne śmieci, wichury i rażące słońce. Ba, nie lubię nawet małych zielonych rachitycznych, obrzydliwych  listeczków na krzakach i drzewach. Wiosenne przesilenie wyzwala  wszystkie uśpione z dawna dolegliwości, złości i zniechęcenia. Wiosnę akceptuję dopiero w połowie maja, kiedy kwitną bzy, konwalie i fiołki. Słońce już nie razi w oczy , ale świeci z wysoka i grzeje, a liście nabierają soczystej zieloności i normalnych rozmiarów. W powietrzu czuć już wtedy obietnicę lata, a temperatura nie przekracza 25 stopni, bo przecież upały w Warszawie są nie mniej koszmarne jak śnieżyce. Szukając tematu do narzekań na pogodę można zawsze liczyć niezawodnie. Mróz, śnieżyce, breja, roztopy, wichury, ulewy, upały, do wyboru do koloru. Z reguły zawsze jest beznadziejnie;) 
Wraz z wiosennym powiewem wiatru wróciły zwielokrotnione jesienne troski. Jak ja nie lubię tego roku. Wszystkie sprawy trudne , które mogą mieć obrót lepszy lub gorszy układają się jak najgorzej. Jeśli wokół jest szaro, a w duszy czarno, to trudno znaleźć jakąś pociechę.
Takim słodkim miodkiem dla znękanej duszy jest możliwość zaglądania do "Domu Tymianka" Tam zawsze czeka słodka, psia mordysia, uroczy koci portret, krótkie, świetnie pisane , a zarazem pełne ciepła, literackie teksty.
"Domowi Tymianka" w tym roku również nie brakuje trosk i smuteczków, chociaż w publikowanych na blogu słowach można je łatwo przeoczyć, bo sprytna Ori chowa je głęboko pomiędzy wersami wesołych wierszyków i pogodnymi opisami psiego i kociego życia.
Wkrótce wszyscy musimy rozliczyć własne podatki. Warto pamiętać o możliwości przekazania 1% podatku na rzecz  organizacji pożytku publicznego. Taką organizacją jest również Fundacja Międzynarodowy Ruch na Rzecz Zwierząt - Viva, której aktywną członkinią jest Ori.
Mój 1% wędruje w tym roku na rzecz Domu Tymianka, a wszystkich kochających zwierzaki i korzystających z dobrodziejstw zaglądania do tymiankowego blogu zachęcam do spółki:) 
Jeśli można zrobić coś fajnego, to najczarniejsze chmury trochę się nad nami rozsuwają, a jak komuś szczęście sprzyja to też warto się nim troszkę podzielić. Czyż nie jest  przyjemniej bezinteresownie dawać, niż dostawać, nawet najwspanialsze prezenty?

Oto pełne dane potrzebne do wpisania w druku PIT:

Fundacja Międzynarodowy Ruch na Rzecz Zwierząt - Viva! 
KRS: 0000135274  ,  cel szczegółowy: Tymianek

A na koniec wstrętne czarne chmurzysko z za którego prześwieca jednak jakiś promyczek i kilka uficowanych kuleczek na korale. Mięciutka wełna , to nie to samo co psie ucho, ale też jest przyjemna do głaskania;)