czwartek, 29 kwietnia 2010

Łucznica, część VI, czyli psy, filc, o filcu, z filcem, filcowo, ufilcowanie itp.;)

Mądrzy ludzie twierdzą, że czas jest pojęciem względnym. Dla mnie niestety jest bezwzględny. Niby dni są dłuższe, a ja mam go wciąż mniej i mniej. Korzystając z praw fizyki relatywistycznej postanowiłam przerwać przerwę, okiełznać ten wstrętny czwarty wymiar czasoprzestrzeni, zatrzymać go na chwilkę i znowu wrócić wspominkami do Łucznicy:)
Podczas zmagań z wełną towarzyszyły nam dwa szczęśliwe psy: Kumpel
 
i Ptyś :)
Bardzo się zaprzyjaźniliśmy, a Kumpel w wolnych chwilach pomagał nam nawet przy szykowaniu runa do filcowania dywanu;)
 
Psy jeszcze się pojawią, a teraz tematy filcotechnologiczne na dziś:
1. odpowiedź na pytanie, kiedy filc jest już całkiem ufilcowanym filcem;)
2. filcowe wzory na filcu;)
3. odpowiedź na pytanie czemu właściwie dywan jest mongolski:)
ad.1
Odpowiedź na pytanie po jakim czasie filcowania, filc staje się już produktem końcowym, z  którym już nic więcej się nie może stać, mimo prania, gniecenia itp. była dla mnie jedną z najważniejszych rzeczy, której dowiedziałam się w Łucznicy. Wcześniej nikt tego nie umiał mi pokazać. Otóż filc końcowy musi być zwarty i nie rozchodzić się między palcami, szczególnie w butach, torbach i kapeluszach. A wyglądać powinien tak jak poniżej, czyli mieć lekko barankową fakturę.

Przy kwiatkach - broszkach, to już kwestia efektu jaki chce się osiągnąć. Filc może być zwarty mocniej lub mniej. Taki ledwo, ledwo ufilcowany filc nazwany jest przedfilcem. Jest luźniutki, ale na tyle zwięzły, że można z niego np. wycinać wzorki, żeby później wyfilcować z nich dosyć precyzyjny rzucik na jaśniejszym tle.
A robi się to tak, czyli
ad.2

Pod folią układamy szablon z papieru, żeby widzieć całą filcowaną powierzchnię i układamy wycięte z przedfilcu wzory.
 
Układamy dachówkowato kolejne warstwy czesanki, układając każdą warstwę w innym kierunku.
 
Po ułożeniu wszystkich warstw całość spryskujemy gorącą wodą z mydłem i filcujemy zwijając i ugniatając do skutku:)

A to już efekt z innymi wzorkami. Po wysuszeniu zszywałyśmy boki i powstawały małe kosmetyczki.
W czasie długiego weekendu będę wypoczywać, to zapowiada się przyjemnie, ale też będę odcięta od internetu, co dla osoby uzależnionej będzie przykre, zatem kolejna przerwa techniczna, cóż. Tymczasem jeszcze na koniec zapowiedziane wcześniej
ad.3
Dywan jest mongolski, ponieważ tak do dziś wyrabia się filc na jurty i dywany w Mongolii (no, powiedzmy, że prawie tak, jak pisałam poprzednio, nie mieliśmy koni;)).
Zapraszam na wyszukany w sieci filmik i kończę z filcowym pozdrowieniem, do następnego razu:)


w poście wykorzystałam zdjęcia robione przeze mnie i Darię
 

czwartek, 22 kwietnia 2010

Łucznica, część V, czyli Galia, kapeluszowa sesja w worku oraz przerwa techniczna:)

Po powrocie z Łucznicy moje ostatnie dni były jak Galia.
In partes tres.
Część pierwsza, czyli dzień właściwy - koszmarny świt, bieg do pracy, praca biegiem, bieg z pracy, zakupy.
Część druga, wieczór - gotowanie, obiad, sprzątanie, pranie, gotowanie 2, porozmawiaj ze mną mamo, etcetera.
Część trzecia - noc czarna z komputerem, wanna, kilka kartek książki, spanie 3 - 4 godziny. Słoń by nie wytrzymał.
Zwalniam tempo. Praca won ( weekend;) ), gotowanie i pranie won, etcetera won, komputer won. Na trochę.
Ale, Panie i Panowie przed przerwą techniczną sensacja, rewelacja!!!
Tylko dla Was jedyna w swoim rodzaju sesja zdjęciowa.
Plener - Łucznica, trawnik przed pracownią wikliny i batiku,
modelka - Ewa, kolekcja - niepowtarzalna suknia z jutowego worka (znaleziona przy okazji pozyskiwania z kątów pracowni juty do rolowania mongolskiego dywanu) oraz komplet kapeluszy ufilcowanych przez najzdolniejsze kursantki.
Zapraszam:)))










Jak widzicie bawiłyśmy się cudnie, a mongolski dywan z poprzedniego posta również miał przerwę techniczną w filcowaniu na czas sesji ;)))
Po przerwie c.d.n. .... 
 

środa, 21 kwietnia 2010

Łucznica, część IV, czyli mongolski dywan

Najstarsze znane wyroby z filcu datowane są na około 500 lat przed naszą erą. Odkryto je na scytyjskich cmentarzyskach w Pazyryku na Syberii. W Azji środkowej od wieków z tradycyjnie wyrabianego filcu robi się jurty, dywany i ciepłą odzież. Technologia jego powstawania  jest od setek lat niezmienna.
Owieczki wprowadza się do rzeki i myje, następnie strzyże  i uzyskane runo rozkłada na płachtach materiału. Potem uderza się je kijami, aby usunąć resztki roślin i nieczystości. Oczyszczone i spulchnione runo rozkłada się naprzemiennie warstwami, skrapia gorącą wodą z mydłem i zwija w wałki, które ugniata się i depcze na wszelkie sposoby przez wiele godzin, zmieniając wielokrotnie kierunki zwojów. Po dniu pracy powstaje np. dywan.
Zrobiliśmy taki:)))
Mongolski dywan był naszą wspólną pracą na zakończenie kursu i napawa nas dumą, chociaż technologia nieco różniła się nam od mongolskiej;)
Nie mieliśmy owieczek i rzeki, żeby je umyć. Nie mieliśmy też koni do pomocy.
Mieliśmy za to ogromny worek baranich kłaków, leżący w jednej z łucznickich pracowni w kącie pod stołem od kilku lat, omijany szerokim łukiem przez kolejne kursy;) Kłaki po wyjęciu z worka wyglądały tak:

Brudne, zbite baranie loki miały dużą zawartość lanoliny, tak twierdziła Annemarie, choć ja widziałam w nich raczej sporą ilość owczych bobków, artystyczna dusza Annemarie kazała jej twierdzić, że jeśli nawet, to będzie się lepiej filcowało i nic nie szkodzi, bo mongolskie owce w rzece na pewno też są niedomyte, a proces będzie zachodził naturalnie i ekologicznie. Faktycznie potem zachodził;)  Widząc na co się porywamy, desperacko zdecydowaliśmy się na babranie w "lanolinie" pełni wiary we własne siły i cud filcowania, który pozwala stworzyć COŚ z kupy starych śmierdzących kłaków;)))
Tak oto przebiegał nasz historyczno-ekologiczny proces twórczy:


Rozłożone na płachtach kłaki okładalismy kijami. O dziwo, pomagało i po dłuższym czasie zaczynały przypominać runo nadające się do filcowania. Na przygotowanych wcześniej stołach rozłożyliśmy bawełnianą płachtę. Do niej przymocowaliśmy folię bąbelkową (trochę nowoczesności koniecznej z braku koni do deptania wałka filcu;) ), na której odrysowaliśmy kształt przyszłego dywanu


 i zaczęliśmy dachówkowato układać pierwszą warstwę runa.

Potem kolejne, wszystkie spryskując gorącą wodą z szarym mydłem,
Po ułożeniu i spryskaniu czwartej warstwy przykryliśmy ułożone runo jutowymi workami, solidnie je wyklepaliśmy i zwinęliśmy w ciasny rulon, który Małgosia postanowiła nowatorsko ubijać szczapami drewna. Annemarie natychmiast zaprotestowała i musieliśmy zgodnie z prastarą procedurą wszyscy na zmianę okładać rulon ramionami nieco się przy tym babrząc. Właściwie nie nieco, ale nawet bardzo :)))

 Potem było ugniatanie nogami


i kolejne zwijania, rozwijania i ugniatania poprzedzone jednak wstępnym wypraniem lekko ufilcowanego już dywanu, bo nie szło wytrzymać ani zapachu, ani widoku wyciekającej z rulonu, pardon, gnojówki, jak i latających wokół nas rojów muszek...

Przed ostatnim zwinięciem, mydlenie i wygładzanie
 
a to już  dywan  prawie gotowy
 
jeszcze jedno pranie i już suszenie :)
To już efekt naszej pracy. Piękny, nie piękny, ale ufilcowany, tradycyjny i po gruntownym wyschnięciu będzie leżał na którejś podłodze w łucznickim dworku do wglądu :)))

Jutro posta nie będzie, ponieważ z pewnością macie dosyć mojej upiornej aktywności, ja chwilowo również mam dosyć, ale po przewie oczywiście będą kolejne posty o Łucznicy oczywiście, choćby nikt nie chciał już ich czytać.
Trudno ;)))

Zdjęcia w poście są autorstwa Darii, Sławka i mojego.

wtorek, 20 kwietnia 2010

Łucznica , część III, farbowanie

Dziś farbowanie, zarówno czesanki, jak i wełny. Na początek efekty, potem technologia:)



Powyżej suszenie czesanki, a poniżej ufilcowanej próbki z efektem różnych kolorów i cieniowania.

A teraz technologia:

 
przygotowane związane próbki filcu i dredów do farbowania,


pod okiem Annemarie (na pierwszym planie) robimy roztwory barwników,

 
to już garnek z barwionymi filcakami,
 
tu efekt wstępnego farbowania mojego dreda,
 
po końcowym barwieniu w drugim kolorze, 

dred końcowy :)))

Przy zachowaniu odpowiednich proporcji farby, octu i soli, kolory są trwałe. Stosowaliśmy specjalne barwniki do wełny firmy Durol z Krakowa.
Nie wiedziałam,że wełna nawet gotowana nie będzie się pod wpływem wrzątku filcować, jeśli nie będzie mechanicznie ugniatana i nie dodamy do roztworu żadnych detergentów. Wszystkie kolorowe filcowe wytwory powstały z barwionej przez nas czesanki lub były farbowane po ufilcowaniu.


Ostatnie zdjęcie pokazuje ufilcowane z kolorowych czesanek poszczególne płatki róży, pączek i łodyżkę z przylistkami. Wszystko robione na mokro kilka godzin. Na sucho można uzyskać podobny efekt dużo szybciej, ale nasza Annemarie pogardzała tą metodą i dydłałyśmy na mokro. Tak podobno jest tradycyjnie, a prawdziwa sztuka musi powstawać powoli;) Ja tam za artystkę się raczej nie uważam, raczej za rękodzielniczkę, ale w końcu po to na kurs pojechałam, żeby się słuchać instruktora. Chociaż trochę;)))
C.d.n....... 

Zdjęcia w poście są autorstwa Darii, Sławka i mojego. 

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Łucznica , część II

Dziś pokażę małe co nie co i oprowadzę Was po łucznickich pracowniach. Żądnych oglądania wyfilcowanych przeze mnie cudów zapewne rozczaruję. Większość czasu i naszego zaangażowania poświęciliśmy na opanowywaniu technik, robiąc rozmaite próbki i ćwiczenia.
Zdjęcia próbek będą również, a na początek z wyrobów gotowych torebusia z paskiem i etui na telefon komórkowy.



Po raz pierwszy pracowałam z naszym rodzimym runem, które jest o wiele twardsze od kupowanych w sklepach delikatnych wełenek, ale pozwala też uzyskać bardziej naturalny efekt, zawiera więcej lanoliny i jest bardzo cenione przez prowadzącą kurs Annemarie Frascoli, plastyczkę zafascynowaną historią i praktycznym wykorzystaniem filcu. Jest też znacznie tańsze, kilogram naturalnej czesanki kosztuje ok. 40 zł. Kupić można białą, brązową lub czarną, czyli w naturalnych kolorach owieczek;) Z białej czesanki uzyskiwaliśmy dowolne kolory, farbowaliśmy też gotowe wyroby, ale to temat na osobny post:)))
Baranie kędziorki wykorzystane przy robieniu torebki, nie filcują na całej długości włosa i dzięki temu mogłam zrobić z nich frędzelki. Nauczyłam się wreszcie uzyskiwać z filcu kształty przestrzenne bez konieczności zszywania boków:) Tak zrobione jest etui i torebka, tak zrobić można buty, kapelusz, dowolny pokrowiec itp.
Równolegle z naszym odbywał się kurs ceramiki i batiku. Farbując wełnę korzystaliśmy z pracowni wikliny, ponieważ tam była duża wanna do płukania i paprania. Obfotografowałam również pracownię tkacką i naszą filcownię:)
Tak wyglądała pracownia tkacka:





Tak ceramiczna: 



  Tu suszy się niewykorzystana glina

a to ceramiczny diabełek

Pracownia batiku:



i na koniec nasza sala konferencyjna przerobiona na filcownię i dostosowana do polewania gorącą wodą z mydłem;)


 
zdjęcie zrobione przez Sławka
Niebawem c.d.n...:)))