piątek, 9 lipca 2010

Mundialowo - urlopowo:)

Finał Mundialu i początek urlopu. Jak pięknie:)
To będzie wspaniały niedzielny wieczór.
Obejrzę mecz H 2, a rano w poniedziałek nareszcie nie pójdę do pracy. Cudownie:)
Jakoś tak jest, że w naszym ojczystym języku niektóre zawody i zainteresowania przypisane są wyłącznie panom. Słowo "kibicka" zdecydowanie brzmi głupio. Będąc więc honorowym mężczyzną jestem kibicem. Zapalonym.
Kiedyś nawet grałam:)
Czterdzieści lat temu nikt nie słyszał o kobiecym footboolu grałam więc z kolegami w szkolnej drużynie, wtedy również jako honorowy facet.
Strzelałam nawet gole:) Naprawdę :)
Dziś Mistrzostwa Świata w RPA oglądam z perspektywy fotela krzycząc i gwiżdżąc z wielką przyjemnością zakłócając domowy spokój;) Z tym większą, że nie muszę oglądać zmagań naszej reprezentacji, która oszczędziła wszystkim nam nerwów i na Mundial nie pojechała.
Zwycięzcę wytypuje zapewne Poul, najlepiej zorientowana w mundialowych prognozach ośmiornica , ja obstawiam Holandię, chociaż jeśli wygrają Hiszpanie to również nie będzie mi smutno.
Największym odkryciem Mundialu w RPA, oczywiście prócz potwierdzenia biblijnej prawdy, że pierwsi będą ostatnimi ( patrz Brazylia, Argentyna, Włochy, Francja, Anglia,że już innych nie wspomnę ) są z pewnością wuwuzele.
Cudowny ten sprzęt zagłuszając wszystko i wszystkich porywa do walki nieco ogłuszonych piłkarzy, a oszołomionym sędziom miesza w głowach.
Kiedy pada gol słyszymy donośne: buuuuuuuu, 
kiedy gra jest niemrawa słyszymy dla odmiany - buuuuuuuuuuuuuuuuuu, 
jak sędzia nie widzi, że piłka wpadła do siatki - buuuuuuuuuuuuuuuuuu, 
a jak widzi spalonego lub faul , którego nie było - buuuuuuuuuuuuuuuuuu :)

 *zdjęcie znalezione w sieci
Dziś w kapryśniku  również ostatnie  buuuuuuuuuuuuu, którym ogłaszam blogową przerwę urlopową :)))

niedziela, 4 lipca 2010

Bobe Majse

Lubię czytać.
Ta prosta umiejętność sprawia mi sporo przyjemności i określa rozkład wolnego czasu.
Nie umiem zasnąć bez przeczytania chociaż kilku kartek lub zdań. Czytam w łóżku, łazience, przy jedzeniu (a fe ;)), w fotelu, na leżaku , na działce, na urlopie, na łódce, na trawie, pod namiotem i przed monitorem. Ostatnio blog Bobe Majse.
Czytając kolejne wpisy Oli odkrywam dla siebie nieznane judaika. Kultura żydowska zawsze mnie ciekawiła i intrygowała. 
Z jednej strony dość hermetyczna, pełna odmiennych zwyczajów i świąt, z własnym językiem i kalendarzem, z drugiej bliska , wręcz sąsiedzka, nierozerwalnie złączona z rodzinnymi wspomnieniami wspólnego życia w przedwojennej Warszawie.
Tata opowiadał mi jak z okazji świąt babcia zamawiała u znajomej z Nalewek karpia po żydowsku. Wiele razy też sama próbowała przyrządzić rybę w podobny sposób. Przy okazji kolejnego zamówienia zapytała Pani Zukermanowej o sekret przepisu. W odpowiedzi usłyszała: " Uś, uś Pani Witkowska, żaden sekret ! To tylko te głupie pięć tysięcy lat kultury"
Trudno zaprzeczyć:)))
Podróżując po Polsce, czy nawet w drodze na działkę mijamy charakterystyczną dla żydowskich miasteczek zabudowę rynku, takiego jak  w Żelechowie w powiecie garwolińskim, czy typowe drewniane domki zwrócone frontem do głównej drogi prowadzącej przez Parysów, dziś małej wsi pod Garwolinem, a do II wojny światowej siedziby rabinów, potomków cadyka z Żelechowa.
Piekło holokaustu tragicznie zmieniło losy milionów ludzi, pozbawiło też polskie miasta i miasteczka  kulturowej różnorodności. 
Zdecydowanie warto sięgać do historii, wspomnień i przybliżać kolejnym pokoleniom ciekawą i różnorodną kulturę narodu żydowskiego.
Stojąc w Warszawie na skrzyżowaniu Al. Jana Pawła II i ul. Mordechaja Anielewicza, czy też przytaczając w rozmowach zabawne szmoncesy, łatwo możemy zauważyć jak wiele zostało wokół nas śladów dawnego wspólnego życia.
Dziękuję Bobe Majse za pasję i szalenie ciekawe blogowe teksty.

 *Jeden z obrazów z muzeum w Tykocinie autorstwa Andrzeja Rzepkowskiego