poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Zabawa w lubię

Agnieszka z Kapryśnych Inspiracji zaprosiła mnie do blogowej zabawy w "Lubię":) Zasady są takie:
Trzeba -
1. Napisać przez kogo zostało się zaproszonym.
2. Wymienić 10 ulubionych rzeczy
3. Zaprosić kolejne 10 osób i powiadomić je w komentarzach o zaproszeniu do zabawy
ad. 1 
Napisałam i bardzo dziękuję Agusiu, ponieważ zmobilizowałaś mnie do napisania kolejnego posta, a coś mi ostatnio pisanie idzie jak po grudzie:)
ad. 3
Zapraszam:

Joasię szukającą inspiracji
Ori z Pełni lata w Domu Tymianka
Anię z cynamonowo-jaśminowo
Blog niedzielny
Mirę z Poukładanego świata
Atę z Moich różnych różności
Olę z Bobe Majse
Annęvilmę z Przystanku Anusin
Sankę z Sankowo to i owo
Atteo
Zabawa już dłuższy czas krąży pomiędzy blogami, więc jeśli już pisałyście o tym co lubicie, to napiszcie o tym czego nie lubicie, tak dla urozmaicenia;)

ad.2
Oj, będzie trudno. 
Chodzę ostatnio zła jak osa, z bólem głowy, niezorganizowana, rozkojarzona, rozmemłana, zniecierpliwiona, bez weny, werwy i zapału. Urlop wyparował gdzieś bez śladu, czy ja w ogóle coś lubię?
No, dobrze. Zastanówmy się.

Jednak lubię:
- czytać ( zawsze ) i pisać ( czasami)
- zapach jeziora, lasu, ogniska, siana latem i psiego ucha
- jesienne mgły, gęste, biało-szare i ciszę , która im towarzyszy
- pływać nocą, albo nad ranem w jeziorze na golasa ( rzadko to jest możliwe, ale jak jest, to uwielbiam;) )
- zbierać grzyby, jak są:)
- jeść surowe ciasto ( takie drobne szaleństwo kulinarne )
- pasjonatów, narwańców i wizjonerów
- popichcić, podekupażyć, pofilcować, polepić
- swoje cztery kąty, porządek, spokój, szum deszczu, biel śniegu i zapach choinki
- codzienny kwadrans mrautaczenia z ocieraniem, drapankami i buziaczkami, to nowość, ale już ulubiona:)

Lubię jeszcze Was czytać i podglądać, lubię pogadać przy kawie, spacerować, jeździć na rowerze, zmęczyć się i odpocząć, upaprać w błocie i wykąpać w wielkiej wannie, dawać prezenty i dostawać książki,  lubię mnóstwo różnych rzeczy, właściwie chyba nawet lubię lubić:)
I proszę, choć do komputera siadałam w kiepskim nastroju to wstaję od niego uśmiechnięta. To miła i mądra zabawa.
Może i Wam poprawi humor i jednak, o tym czego nie lubicie nie piszcie, nie warto i nie o to chodzi.
Niech lubienie wygrywa z nie lubieniem, a uśmiech z kwaśną miną :)))

Jako ilustracja do ulubionego kwadransa mrautaczenia panna Mrautak na fotelu, w pozycji "zdechł kot" oraz na swoim ukochanym balkoniku.

 

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Kaszubskie impresje

Ja zwykle tak i w tym roku prócz pływania zwiedzaliśmy, a na Kaszubach jest mnóstwo miejsc wartych zobaczenia. 
Na jarmarku we Wdzydzach Kiszewskich prócz kolorowych straganów, podziwiliśmy kaszubskie tańce i przepięknie haftowane stroje, próbowaliśmy pieczonego na chrzanowych liściach chleba i wspaniałych miodów.
Z przyjemnością ponownie odwiedziliśmy skansen ze wspaniale zachowanym piecem doniczkowym w jednej z gburskich chałup i przepięknie zdobionym we wnętrzu drewnianym kościółkiem.

Prawie cały dzień spędziliśmy w Szymbarku w Centrum Edukacji i Promocji Regionu gdzie, między innymi, zwiedziliśmy  słynny na całą Polskę dom stojący "do góry nogami" (w którym błędnik płata figle i ledwo mogliśmy utrzymać się na nogach;)), obejrzeliśmy najdłuższą deską świata o długości 36,83 m wyciętą z daglezji i wpisaną do księgi  rekordów Guinnessa w roku 2002, a także oryginalny dom Sybiraków przywieziony spod Irkucka.

Zainteresowanym polecam stronę centrum www.cepr.pl
Weszliśmy na wieżę widokową na Wieżycy, byliśmy wśród menhirów ułożonych w kamienne kręgi w Odrach i Węsiorach, w Chmielnie u Neclów, pięknych Ostrzycach nad kaszubskim naszyjnikiem jezior, w Owśnicy widzieliśmy kamień, w którym został zamknięty krzyżem diabeł, jeździliśmy słynną krętą kaszubską drogą, podziwialiśmy niezwykłe krajobrazy Szwajcarii Kaszubskiej,  


ale z największą przyjemnością ze wszystkich wycieczek wracaliśmy nad jeziora:)

Znowu w czasie urlopu zrobiłam ponad tysiąc zdjęć. Wybranie kilku na blogowy użytek to spore wyzwanie;) 
Na pewno pośród kapryśnikowego kapryszenia znajdę jeszcze miejsce na wspominki z tegorocznego urlopu, na pewno napiszę o wizycie w żywym Muzeum Ceramiki u Neclów, zamieszczę  jeszcze kilka spływowych widoczków, ale jak na jeden post to i tak za dużo obrazków;)
Mam nadzieję,że udało mi się choć w części pokazać moje zauroczenie Kaszubami. 
Może warto kiedyś nie przejechać ostatnich siedemdziesięciu kilometrów w drodze nad zatłoczone ponad miarę morze i spędzić kilka dni wśród kaszubskich lasów i jezior? 
Zachęcam, choć nie nalegam. W końcu bardzo lubię jak jest pusto;)))

środa, 18 sierpnia 2010

Wda

Tegoroczne lato postarało się o wymarzoną pogodę na spływ. Nie skorzystaliśmy:) 
Z różnych względów wypłynęliśmy o ponad tydzień później niż w planach, skutkiem czego kilka dni płynęliśmy w deszczu, ale i tak było wspaniale:)
Przede wszystkim dlatego, że pusto. Pogoda skutecznie wymiotła jednodniowych kajakarzy, z których większość niemiłosiernie łomocąc wiosłami w wodę, robi mnóstwo hałasu, zamieszania i tłoku i niestety zostawia po sobie pełno śmieci w rzece i na lądzie. 
Podczas spływu zdarzało się, że nie widzieliśmy ludzi przez dwa dni. Cudownie:) Jak zwykle taszczyliśmy ze sobą cały dobytek, wodę i jedzenie. Wieczorem rozbijaliśmy namiot, a rano dalej przed siebie.
Wda mnie zaskoczyła. Najbardziej różnorodnością, stopniem trudności i uciążliwością spływu. Tyle, że my lubimy, żeby było trudno:)
Po raz pierwszy, a parę ładnych lat już pływam  i to zaraz pierwszego dnia na rwącym bystrzu, pośród solidnych głazów, kiedy straciłam wiosło na kilkanaście ładnych minut, nie było mi do śmiechu. Dobrze się musiał pan mąż napracować, żeby je dogonić i nie zaliczyć po drodze wywrotki.
Pokonując kolejne zwalone drzewa, uciążliwe przenoski, których jest dosyć dużo na szlaku, ponieważ Wda to rzeka małych elektrowni wodnych, gratulowałam sobie, że w zeszłym roku na spływ z Igorkami i małym Piotrkiem wybraliśmy Rospudę. Jest krótsza i zdecydowanie mniej uciążliwa. 
Dobrze jest nam pływać i w grupie, i we dwoje. Dobrze pływało się kiedyś z Władkiem. Bardzo jestem ciekawa jak to będzie wyglądało za rok, kiedy jeśli popłyniemy, to razem z kotem:)))
Szukam teraz literatury fachowej w rodzaju "Kot na łódce". Ma ktoś może jakieś materiały źródłowe na ten temat? Polecam się łaskawej uwadze;)

Poniżej kilka zdjęć, głównie widoczków z poziomu wody, ponieważ płynąc sami nie mieliśmy jak się obfotografowywać:)
Jezioro Wdzydze,czyste, piękne z kamienistym dnem, nasz pierwszy dzień spływu i jeszcze pogoda.
 Po drugiej przenosce przy śluzie za Borskiem.
 Zachód , który nie wróży słońca na kolejny dzień.
Jedno z drzew zwalonych do wody, to akurat nie było poważną przeszkodą, ale ładnie się prezentuje;)
 Tak sobie spaliśmy któregoś kolejnego dnia,
 taki widok z namiotu mieliśmy na zachód
 a  taki na wschód :)
Zapakowaną rano łódką ruszaliśmy tak ( fajnie, że to ja robiłam zdjęcia:) )
i płynęliśmy co dzień od  kilkunastu do dwudziestu kilku kilometrów wśród drzew, ciszy i szumu wody. 
" To lubię, rzekłem, to lubię " c.d.n.

wtorek, 17 sierpnia 2010

Marazm, decoupage i koci katar

Upały się skończyły, burze wygrzmiały, kot zadomowił i prawie skończyłam się rozpakowywać po powrocie, a tu marazm.
Okropnie trudno się pisze kiedy się człowiekowi nie chce;)
Do tego smuteczki: koci katar. Leczymy.
Z chorym małym stworzonkiem powinno się być w domu, a nie zostawiać i chodzić do pracy. Dlaczego weterynarz nie może dać zwolnienia ? No, dlaczego?!
Na smuteczki trochę urlopowych, kaszubskich migawek i trochę decoupage.To jedyne zajęcie, które przy 36 kreskach na zaokiennym termometrze angażuje minimum ruchu i wysiłku;)
Korale w  różyczki prezentuje śpiąca Mrautak. Pasują do jej różowych poduszeczek:)
Bardzo jej się podoba pańci zabawa kuleczkami, papierkami i pędzelkami.
Pracujemy nad kompromisem :)))
Powyżej widok na dwa z czterech jezior "kaszubskiego morza" z wieży widokowej we Wdzydzach Kiszewskich,  Jeleń i Radolne.

A to już dwa pozostałe : jezioro Gołuń i  przesmyk na jezioro Wdzydze
To widok na marinę przy stanicy wodnej PTTK w Wdzydzach Kiszewskich, z której ruszaliśmy na spływ Wdą.

A to już korale raz na ludowo. Pojadą do Mongolii wewnętrznej jako jeden z prezentów dla pewnej panny młodej, ale to historia na inny post :)
Też na ludowo, może nawet trochę po kaszubsku na tle garnuszków od Neclów.
I mrautakowe w różyczki :)
O spływaniu i zwiedzaniu znowu będzie innym razem, cóż...

środa, 11 sierpnia 2010

MRAUTAK

Każdy urlop kiedyś się kończy. Niestety. Przywozicie sobie pamiątki z odwiedzanych miejsc? Ja  przywiozłam. Zgodnie z planem gliniane naczynia od Neclów i poza planem Mrautaka.
Naczynia kupiłam, Mrautak przyszła sama. Malutka, wygłodzona, podrapana przez inne koty.
Podbiegła na pierwsze kici, kici i została. Imię zawdzięcza pańciowi, który spojrzał krytycznie na małe kocie i stwierdził: "Mały mrautak".
Już w Warszawie pan doktór stwierdził, że to dziewczynka, że ma dwa, trzy miesiące, dał jedzonko i lekarstwa.
Tak oto zupełnie dla siebie niespodziewanie stałam się kocią mamą.
Instrukcji obsługi kota udzieliła specjalistka, ciocia Ori. Klatkę do transportu i kuwetkę pożyczył wujek Igor, o pięknym blogowym pseudonimie "Stary kot", mamusia, tatuś i siostrzyczka Mrautaka dokonali niezbędnych zakupów miseczek, zabaweczek, żwirku, zgrzebełka, siatki zabezpieczającej na balkon i szeleczek. 
Teraz przed nami nauka życia z kotem, co dla długoletnich właścicieli psa jest wyzwaniem niełatwym. Ustępstwa będą konieczne po obu stronach. Mrautak bardzo się stara, przychodzi już na gwizdanie, my zaś przyjęliśmy do wiadomości, że królewna, co prawda na spacerki wychodzić nie musi, ale jak ma ochotę spać w szafie, to będzie tam spać i już.
O spływie, zwiedzaniu, glinianych garnkach i innych mało istotnych sprawach będzie innym razem. Przede mną mnóstwo nadrabiania blogowych zaległości, wszystko przeczytam, obejrzę i skomentuję, tylko ochłonę.
Obie z Mrautakiem będziemy Wam bardzo wdzięczne za wszelkie pomocne rady dotyczące kociego wychowania, zwyczajów i upodobań, a teraz już   KOT :)))


 
Jednak jeszcze na koniec kocie zdjęcie obok neclowych garnuszków:)