środa, 29 września 2010

Podróże, ach podróże...

Tak to już jest na tym świecie, że jak się jest starą babą i ma dorosłe dziecko, to się je ma na doskok:) Syndrom pustego gniazda skutecznie łagodzi mała, przytulna Mrautak, a mnie pozostaje przyjemność śledzenia podróżniczych wypraw Młodej:)
Nie ma co kryć, zazdroszczę jej trochę, ale i cieszę się, że ma takie możliwości:)
Rok, który spędziła na uniwersytecie w duńskim Aarhus zaowocował przyjaźniami w najrozmaitszych zakątkach globu.
Fantastycznie jest mieć 25 lat, zarabiać na swoje podróże, jeździć po świecie  i odwiedzać przyjaciół.
Przez ostatnie ponad trzy tygodnie lata objechała część północno-wschodnich Chin.
Była gościem na ślubie Borny (koleżanki Młodej ze studiów w Aarhus) i Iwana. Para młoda na co dzień mieszka i pracuje w Finlandii, a śluby mieli dwa. Jeden w czerwcu w Iwana rodzinnej Estonii, a drugi we wrześniu w Chinach.
Prawie cztery tygodnie wymarzonego, starannie zaplanowanego urlopu wypełnionego intensywnym zwiedzaniem, starczyło na objechanie niewielkiej części Państwa Środka, ale prócz gościny w Baotou, rodzinnym mieście Borny leżącym w Mongolii Wewnętrznej (autonomicznej części Chin), zobaczyła między innymi: Datong i jaskinie w Yungang z wykutymi w skałach posągami Buddy, których jest ponad pięćdziesiąt jeden tysięcy, Pingyao - miasto zabytek, które zachowało wygląd z czasów dynastii Ming, Taiyuan, Shijiazhuang, Zhengding, Jinan, Qufu - rodzinne miasto Konfucjusza, Tai'an ze świętą górą buddyzmu Taishan i oczywiście Pekin.
Wybranie kilku zdjęć na blogowy użytek z ponad trzech tysięcy, przyprawiło mnie o ostry ból głowy;) Zamieszczam więc kilka ciekawych i nietuzinkowych z mnóstwa tych, które mnie podobały się najbardziej.
Pekin - Świątynia Nieba
Jaskinie w Yungang
Pingyao

Borna z mamą:)
Dom i dolina rodziny Borny, okolice Baotou
Widok na wejście na góręTaishan
Posągi w Qufu
Mur
Ptasie gniazdo- stadion olimpijski Pekin
Ulica w Pekinie
Panda Wielka

poniedziałek, 13 września 2010

Społeczna inicjatywa "Stowarzyszenia sękatego kija" , czyli bezpieczne grzybobranie;)))

Na bazarach grzyby, na sznurkach i w suszarkach, w słoiczkach , zupach i sosach - grzyby, grzyby, grzyby. 
Lubię zbierać, uwielbiam i zbieram odkąd umiem chodzić.
Podstawowych zasad bezpiecznego grzybobrania nauczyła mnie mama:

1. nie znasz, nie jesteś pewna - nie bierz
2. grzybów, których nie bierzesz nie przewracaj
3. z blaszkowych zbieramy kurki i rydze (nie pamiętam kiedy ostatni raz widziałam w lesie rydza, ach), bez smażonej kani można żyć, a jak ktoś już koniecznie chce to może sobie usmażyć boczniaka lub pieczarkę ze sklepu
4. nigdy nie zostawiaj przyrządzonych grzybów na drugi dzień, nawet prawdziwków - ciężko zatruć się można również wczoraj ugotowanym borowikiem, nie tylko muchomorami

Co takiego każdej jesieni gna nas do lasu? 
Moim zdaniem atawizm;) Nasi praszczurowie żyli w puszczy. Miodem, jagodami, jeżynami i grzybami urozmaicali jadłospis.
Pierwotny instynkt zbieracza ożywa w nas zwykle na przełomie sierpnia i września.
W grzybach nie ma za wiele cennych składników odżywczych, nie każdy lubi ich smak, a do tego są bardzo ciężko strawne i nie powinno się ich podawać dzieciom, osobom starszym i chorym.
Ale się podaje, jedzą wszyscy i wszystko co znajdą, niestety.
Dramatyczne doniesienia o wydłużającej się kolejce czekających na  przeszczep wątroby potwierdzają prawdziwość  starego stwierdzenia, że nie ma grzybów niejadalnych,  niektóre tylko można zjeść wyłącznie raz w życiu.
Nic nie pomaga, nic nie skutkuje i koniecznie trzeba coś z tym zrobić.

Proponuję następujące pionierskie rozwiązania, o których napomknęłam w poprzednim poście:

Po pierwsze należy ograniczyć liczbę zbieraczy.

Na tłok wśród drzew mój teść, wytrawny i zapalony grzybiarz, ma prosty sposób. Na grzyby ubiera się w odzież maskującą, chowa za krzaczkiem i bardzo udanie naśladuje chrumkanie dzików. Efekty są zadowalające;)

Po drugie trzeba wprowadzić do lasów skuteczny organ kontroli.

Po konsultacjach społecznych przeprowadzonych w okolicy naszej działki "Stowarzyszenie sękatego kija" w skład , którego wchodzę ja, mąż mój, teść, teściowa oraz latorośl, podjęło społeczną inicjatywę mającą na celu powołanie instytucji Nadzwyczajnego Inspektora Runa Leśnego.
Na podstawie pradawnych aktów prawnych, przy aktywnej współpracy lokalnej społeczności, opracowana została legitymacja, określone uprawnienia i tak oto od lat dwóch Inspektor w osobie wspomnianego powyżej teścia pełni społeczną służbę w podgarwolińskich lasach;))) 
Na potrzeby publikacji nazwisko wykropkowano i usunięto faksymile podpisu wojewody:)))

 Po trzecie i najważniejsze, po drodze do lasu wstąpmy po rozum do głowy, Szanowni Grzybiarze.
I strzeżcie się! Inspektor czuwa;)))

niedziela, 12 września 2010

Kot, gruszki, korale, koraliki i wreszcie o Neclach.

Panna Mrautak rośnie. Odkąd zamieszkała z nami przybyło już kilogram kota. Mnie przybywa blogowych zaległości.
Nie ma w tym kociej winy, w ogóle nie ma winy.
Brakuje mi czasu, trochę zapału, a już najbardziej irytuje mnie ciągłe zmęczenie. Po urlopie. Czy to doprawdy nie irytujące? ;)
Ostatnio zresztą dużo rzeczy mnie irytuje. To chyba powód główny dłuższych przerw w pisaniu. Wylewanie jadu i żółci na forum w niczym mi nie poprawia nastroju, więc nie wylewam. 
Będzie zatem bez jadu i składu, czyli o wszystkim po trochu:)
Dni są krótsze i chłodniejsze, ostatnie dni lata zapowiadają zbliżającą się wielkimi krokami moją ulubioną jesień.
 
W lasach wysypały podgrzybki i jak co roku nie mogę się nadziwić, że pomimo większej liczby ludzi niż drzew, prawie wszyscy wychodzą z pełnymi koszykami.
Zawartość niektórych koszyków również wprawia mnie w zdumienie, za to nie dziwią mnie późniejsze doniesienia o kolejnych zatruciach.
Coś trzeba z tym wreszcie zrobić, mam już nawet pewien pionierski projekt, ale o tym innym razem;)
Na działce dojrzewają winogrona, a na bazarze kuszą gruszki.
A jak są gruszki, koniecznie twarde jak kamienie, to robię je w occie.
Zimą będą jak znalazł do pieczonego mięsa i pasztetu.
Przepis jest najprostszy na świecie. 
Na kilogram cukru jeden litr octu 5%, troszkę cynamonu (nie mielonego) i goździków.
Zagotować i na wrzący syrop wrzucić obrane i pokrojone w cząstki gruszki.
Potem gotować ok. 5 minut i wyłączyć i tak trzy, cztery dni.
Kiedy będą już brązowe i szkliste, gorące przekładam do słoików i zalewam syropem, w którym się gotowały. Są słodkie, miękkie i pyszne:)
Jak nie robię gruszek to obklejam korale, szykuję ulepione latem i już wypalone koraliki tudzież miseczki do szkliwienia, a nawet wyciągnęłam wełnianą czesankę.
Mrautak jest zachwycona. Rozwłóczy wełnę po całym domu z wielkim upodobaniem i martwię się tylko, żeby się jej nie najadła. 
Jak coś jakimś cudem ufilcuję to zamieszczę;)
To korale:

a to koraliki i miseczki
A jak już ceramika, to jeszcze za jednym zamachem parę zdjęć od Neclów z dawna obiecanych.
Tak oto nie święci garnki lepią,
 a potem ulepione schną od kilku do kilkunastu dni,
 poszkliwione i wymalowane w tradycyjne wzory są wypalane
Potem można je kupić, ale tylko w Chmielnie.
Nie są dostarczane do sklepów, nie są też eksportowane, dlatego są unikalne. Zdobione są w kilkoma tradycyjnymi wzorami, niezmiennymi od ponad stu lat. Wzory chroni patent, a naczynia wypalane są zimą w piecu, który zużywa na jeden wypał tonę węgla. Piec jest jednym z pomieszczeń żywego muzeum ceramiki, właściwie jest częścią pokoju, w którym latem prowadzona jest sprzedaż.
Poniżej na zdjęciu wejście do pieca, które przed wypałem jest zamurowywane. Podczas wypału temperatura w pomieszczeniu obok uniemożliwia wejście do środka przez kilka dni.
Nie kupiłam oczywiście wszystkiego na co miałam ochotę, ale z pewnością  jeszcze tam wrócę.
Mrautak się budzi, Młoda z odległych krain śle wiadomości, Pan mąż niebawem powróci z rodzinnych włości, prawdopodobnie z koszem grzybów do przerobienia, więc na dziś koniec pisania.
Następnym razem będzie krócej i na jeden temat, no, góra dwa, obiecuję:)