środa, 29 grudnia 2010

SZALeństwo

Nareszcie trochę wolnego. Kilka chwil zaległego urlopu, pełna lodówka, sprzątnięte. Ulubiony czas poświąteczny.
W planach miałam dużo aktywnego wypoczywania, w praktyce zrobiło się leniwie, ale też bardzo wypoczynkowo.
Aż za bardzo. Od dwóch dni nie robię nic.
Paskudnie boli mnie bark, właściwie cała lewa górna połówka człowieka. Nawet wiem od czego. Najpierw mnie zawiało, potem zaczęło boleć, a ponieważ okoliczny ortopeda rehabilitant również ma wolne, postanowiłam dolegliwość przełamać, czyli rozćwiczyć i ufilcowałam szal;)
Pokazuję:
Proszę dokładnie obejrzeć, bo drugiego szybko nie będzie. Zmuszenie wełny, żeby przeniknęła przez jedwab stając się nanofilcem nie jest zajęciem łatwym, lekkim, szybkim i przyjemnym przy bolącym barku. O, nie.
Miałam cichą nadzieję, że go rozgimnastykuję, ale zrobiło się gorzej;)))
Wykorzystałam czesankę rainbow od crafttrioszek i granatowy jedwabny szyfon, który się od lat walał po szafie. 
Wzór wymyśliłam sobie rajsko-cygańsko-abstrakcyjny, a zdjęć porządnych nie miałam jak zrobić, bo ciemno, tła jasnego w postaci płyty kartonowej dużej nie miałam siły targać z piwnicy, a na dokładkę długie to szalisko okropnie, ale coś tam mniej więcej widać. Ufff...


niedziela, 26 grudnia 2010

Prezenty, prezenty

Czas prezentów, pierniczków i kalendarzy. Pierniczki przyjechały od Inkwizycji. Prześliczne, pachnące i pyszne. Doprawione czułymi aromatami, pieczone z uczuciem, a dane z serca.
Dziękuję Iwonko:)
Od Beaty dostałam wylosowany kalendarz z pięknymi kocimi portretami. Będzie mi towarzyszył przez wszystkie dni 2011 roku, a odwiedziny w jej komputerowo-kocim świecie umilą wieczory.
Dziękujemy bardzo obie z Mrautak:)
 
A ja przyklejam dziś do każdego bajta wysłanego w internetowy świat, malutką paczuszkę z magicznym spełniaczem wszystkich życzeń, które dostali w ten świąteczny czas moi blogowi goście.
Dziękuję, że jesteście:)

niedziela, 19 grudnia 2010

Skrzaty

"Ku mojemu zdumieniu doszły mnie słuchy, że podobno są ludzie, którzy nigdy nie widzieli skrzata.
Jestem przekonany, że mają po prostu słaby wzrok."
 Axel Munthe

Święta za chwilę, a ja jestem nieprzygotowana.
Z najróżniejszych powodów przez najbliższe dni też niewiele zrobię. Zaczynam się denerwować, niedobrze:(
W końcu pewnie ze wszystkim zdążę, ale bez ich pomocy byłoby to niemożliwe.
Często trzymają się ich psoty. Chowają mi okulary, albo klucze, które znajduję po jakimś czasie na samym środku stołu, ale przed świętami zawsze mogę na nie liczyć. 
Kiedy więc przed wieloma laty zobaczyłam w księgarni księgę szczegółowo omawiającą fizjologię, występowanie, zwyczaje, historię i życie codzienne Skrzatów, kupiłam ją bez namysłu.
Była prezentem gwiazdkowym dla mojej córeczki i choć minęło od tamtej pory wiele lat, obie nadal uwielbiamy do niej zaglądać.
Z wielką znajomością tematu "Skrzaty" napisał Wil Huygen, a przepięknymi ilustracjami zapełnił Rien Poortvliet.
Wil Huygen opisał skrzacią populację na przykładzie najliczniej dziś występującego w Europie Skrzata leśnego, moi niezawodni przyjaciele to Skrzaty domowe. Nie lubią rozgłosu i bardzo cenią sobie prywatność, opublikuję więc dziś kilka podobizn ich leśnych braci, którzy tak uprzejmie pozowali do książkowych ilustracji.

Jak widzicie siedem razy silniejsze od człowieka Skrzaty zimą i latem pomagają zwierzętom,
choć czasem  muszą też przed nimi uciekać, ale biegają tak szybko, że nawet Mrautak nie mogłaby ich dogonić, gdyby miała taki zamiar, ale nie goni ich nigdy. Któż by wtedy tak czule drapał ją za uszami podczas długich godzin nieobecności pozostałych domowników;)
Niestety nakład Instytutu wydawniczego PAX wyczerpał się wiele lat temu, wznowień nie było, ale warto poszukać tej książki w antykwariatach i na internetowych aukcjach.
Jest urokliwa i pięknie pasuje do świątecznego klimatu. Jeśli chcecie zaś poszukać Skrzatów to przedstawiam fotografię mapy występowania  opracowaną przez autorów i zamieszczoną w książce.
Krasnoludkowym tematem zaraziła mnie Raincloud pokazując śliczne świąteczne obrazki namalowane ręką Lennarta Helje.
I chociaż brak mi na wszystko czasu, to  nocą odreagowując dzienne stresy,  ufilcowałam  proste skrzatopodobne ozdoby na choinkę, bo na tegorocznej choince nie będzie szklanych bombek. Przecież mogłyby stłuczone pokaleczyć delikatne różowe kocie łapki. Choinka będzie mrautakoodporna:)
I może tak być, że na tegoroczne święta będzie tylko choinka, no chyba, że Skrzaty pomogą:)

niedziela, 12 grudnia 2010

Kocie historie i dobra książka


Zastanawiałam się ostatnio, która z nas bardziej potrzebuje tej drugiej i zdałam sobie sprawę, że bez codziennych seansów mrautaczenia moje starobabskie depresyjne humory panoszyłyby się całkiem bezkarnie:)
A tak, śnieg za oknem raz pada, raz się rozpuszcza, zamiecie szaleją, mokra paciaja na chodnikach to zamarza w wymyślne grudy, to babrze się między nogami, a ja słucham wymruczanych w samo ucho kocich historii.
Potem czarno-biały kłębuszek usypia z nosem pod moją pachą.
Mrautak śpi, a ja czytam.
Nareszcie znalazłam czas i sposobność, żeby poznać Janinę Duszejko. Wielka to była dla mnie przyjemność.
W książce Olgi Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych" można doszukiwać się kryminału, analizy psychologicznej, czy wręcz, literackiej prowokacji. Myślę, że w zamyśle autorki, powieść ma drażnić i niepokoić.
Ja znalazłam w niej ukojenie:)
Pisana w pierwszej osobie historia emerytowanej nauczycielki nie zawiera zbędnych zdań. Olga Tokarczuk po mistrzowsku rysuje postać głównej bohaterki. Wplecione w akcję cytaty z  Williama Blakea dodają opowiadanej historii poetyckiego, trochę nierealnego wymiaru.
Ale rzeczy wokół bohaterki dzieją się prawdziwe, konkretne, zagadkowe i straszne...
Rozwiązanie akcji nie zaskoczyło mnie, bardziej je wyczułam, niż wyczytałam z treści. I to właśnie zakończenie i klimat książki podziałały na mnie tak kojąco. 
Jeśli więc cenicie dobry literacki warsztat i kochacie zwierzęta, lektura sprawi wam wielką przyjemność. 
Jeśli zaś gardzicie astrologią i zwariowanymi, śmiesznymi starszymi paniami, które charakteryzuje pasja realizowana z  żelazną konsekwencją, a co gorzej zdarza się wam tolerować lub czynić ZŁO wobec zwierząt, przeczytajcie również tę książkę. I strzeżcie się.

sobota, 4 grudnia 2010

Łucznica ta sama, ale nie taka sama, czyli nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło i pierwsze pocieszajki.

Z wielu różnych powodów nie pojechałam na jesienny kurs filcu do Łucznicy, ale pojechała Małgosia, z którą byłyśmy razem w kwietniu. Wróciła rozczarowana kursem i zachwycona nowymi znajomościami:)
Kurs miał być II stopnia dla zaawansowanych, a nie wnosił niestety niczego nowego, za to przesympatyczne nowe znajome przekazały Gosi "wiedzę tajemną"  i pokazały technologię robienia filcowych szali:)
A że Małgosia jest bardzo dobrą nauczycielką, to jest nadzieja, że i mnie może, pod jej wprawnym okiem, nareszcie uda się udydłać jakiś szaliczek.
Tak również cudnie się złożyło, że w Łucznicy Gosia poznała Martę, która razem z koleżankami prowadzi sklepik internetowy z własnoręcznie gręplowaną i farbowaną czesanką. Znajdziecie w nim również jedwabny laps, włókna soi, bambusa i lnu, które stanowić mogą świetną bazę do filcowania szali, najróżniejsze loki i kłaczki, akcesoria i serwetki do decoupage, co nie co z pasmanterii i dobre farby do barwienia wełny.
Mnie zachwyciła wełna czesankowa, którą miałam możliwość na żywo obejrzeć i pomacać. Jest mięciuteńka, delikatna, ma równiutkie, puszyste włókna, piękne trwałe kolory i łatwo ją filcować. Od Marty wyszłam z siatką wełny i silnym postanowieniem znalezienia wolnego dnia na ufilcowanie szala na jedwabiu. 
Wszystkie te cuda znajdziecie pod adresem sklepu:
http://crafttrioszki.pl/
Tymczasem pomału, acz systematycznie wytwarzam obiecane pocieszajki dla uczestniczek wrednego candy. Co prawda miałyście wybrać broszkę lub kolczyki w dowolnej kolorystyce, ale postanowiłam zrobić dla wszystkich i jedno i drugie, ponieważ kompleciki miło się robi i ładnie wyglądają na zdjęciach:)
Jeżeli któraś z Was chciała tylko i wyłącznie np. broszkę, to kolczyki-filcyki może wrzucić na dno szuflady i już.
Zwrotów nie przyjmuję, biorąc udział w mojej marnie zorganizowanej zabawie podjęłyście ryzyko znoszenia moich kaprysów;)

Poniżej komplecik Aty,
Artemisi,

Miry,
Joanny,
Dużej Małej Mi,
Nadal czekam na wiadomości od pozostałych uczestniczek:) Wszystkie dziewczyny, proszę również o podanie w mailu do mnie, adresu, na który mam wysłać pocieszajki.
Do tych z Was, które podały mi już adres, gotowe kompleciki postaram się nadać w poniedziałek.

Zdjęcia wyszły takie sobie, za oknem pochmurno, światło marne, do tego robiłam je dziecka aparatem, który jest niby świetny, ale obcy;)
Dzisiejszą sobotę zaplanowałam jako jeden z nielicznych ostatnio (niestety) dzień dobroci dla zwierząt pociągowych.
Rano blog, szlafroczek, herbatka, Olga Tokarczuk prowadząca swój pług przez kości umarłych;) (nareszcie, dotąd się jakoś nie składało), a wieczorkiem zaległe andrzejki w miłym gronie:), czyli w planach sympatyczny, wypoczynkowy weekend, czego i Wam życzę:)