sobota, 26 lutego 2011

Sobotnie filcowanie.

Co jeszcze można nowego wydumać obmyślając ciekawe formy filcowej biżuterii? Chyba już niewiele;) 
Filc tworzony z czesanki jest materiałem łatwym i za razem trudnym.
Kulkę zrobić łatwo, udydłanie dreda też nie stanowi problemu, przy szalu trzeba się już bardzo napracować, ale głównie fizycznie, bo technologia też jest prosta.
Ciekawe możliwości daje robienie kapelusików, ale co jak ktoś kapelusików nie nosi?;)
Można jeszcze powyżywać się w broszkach łącząc różne materiały i dzięki temu uzyskiwać ciekawe i niepowtarzalne efekty, ale ja najbardziej lubię robić naszyjniki, albo korale.
Pomysły mam najróżniejsze, gorzej z realizacją, bo czesankowy filc bywa również krnąbrny i za nic nie chce uformować się w taki sposób jaki sobie wymyślę, choć teoretycznie powinien;)
Z ostatnich filcowych zmagań na razie do pokazania nadaje się tylko dred-obroża, w który udało mi się wfilcować ażurową metalową kulę i duże sztuczne perły:


Metalowa kula oczywiście za bardzo wylazła z filcu i musiałam ją doprowadzić do stałej i sztywnej pozycji kilkoma pociągnięciami igły, ale perły siedzą jak należy:) Później dla odreagowania zrobiłam jeszcze korale, tym razem niebieskie i znowu przekładane lubianą przeze mnie ażurową kulką.

I tak dredowo-koralowo działając życzę miłego weekendu wszystkim zaglądającym:)

środa, 23 lutego 2011

Na mróz trochę duńskich wspomnień.

Niezależnie od wyznawanej teorii powstania rodzaju ludzkiego bezsporny pozostaje fakt, że człowiek został stworzony do życia w cieple.
Ciepło było w biblijnym Edenie, ciepła była afrykańska kolebka Homo erectus, nawet okolice Cro-Magnon we Francji są raczej ciepłe.
Prawie wszyscy pozbawieni jesteśmy gęstego futra z puszystym podszerstkiem. Przy minus 22 stopniach dobrze może się czuć niedźwiedź polarny pod warunkiem, że jest najedzony, a nie drepcząca na autobusowym przystanku kapryśnica.
Muszę powiedzieć, że bóstwa odpowiedzialne za stan pogody okazały się niezwykle złośliwe.
Słońce jest, śniegu nie ma, a te minus 22 to taki gratis do zamówienia. Bardzo głupi dowcip. Naprawdę.
Na złość, na mróz, i sobie na otuchę dziś trochę wspomnień i obrazków z dawnej letniej podróży po Jutlandii.
Latem w Danii termometr pokazuje 20 - 24 stopnie ciepła i to jest moja ulubiona temperatura, nie za ciepło i nie za zimno.
Na dodatek żyje się tam spokojnie, ludzie są uśmiechnięci i życzliwi, a autobus, który według rozkładu na przystanku ma pojawiać się o godzinie 12.23, od pięćdziesięciu lat nie spóźnił się ani razu i można sobie według niego wyregulować zegarek.
Wybrałam dziś kilka migawek, które pokazują Danię taką jaką ją zapamiętałam i za jaką czasem sobie tęsknię.
Zapraszam na krótką wycieczkę. 


Aarhus, Den Gamle By - skansen miejski
Aarhus, Den Gamle By - skansen miejski 
Hvide sande, plaża
 
Morze Północne - Hvide sande
Viborg
Aarhus, regaty w Riskov
Aarhus, port południowy
 
Aarhus, rowery do wynajęcia za 10 koron, jak  u nas wózki w marketach, po oddaniu monetka wraca do kieszeni, a słupki z rowerami stoją co kilkaset metrów. U nas by nie postały , ani słupki, ani tym bardziej rowery.
Kopenhaga, parking rowerowy:)
Kopenhaga, Nyhavn
Aarhus, Dyrehaven, urokliwy park wolnożyjacych jeleni 
Viborg
A na koniec pamiątkowy chodaczek, który padł oczywiście ofiarą mojej wyklejankowej manii:)
  
Wyszukując zdjęcia do posta z przyjemnością wróciłam do duńskich wspomnień.
To kraj głównie morski, a więc o łagodniejszym klimacie. Wieje tam za to całkiem solidnie i często. Za to piwo mają świetne;)
Są tacy, którzy twierdzą, że Dania jest za spokojna, za bardzo uporząkowana i stateczna, słowem nudna. O naszej drogiej ojczyźnie można powiedzieć różne rzeczy, ale na pewno, nie to, że jest nudna;) 
A ja tak bardzo bym chciała chociaż trochę tej duńskiej "nudy" przenieść w nasze codzienne piekiełko, ech... Jak to jest, że nie ma możliwości spędzenia na poczcie w Aarhus z najbardziej skomplikowaną sprawą więcej jak 5 minut.
I komu by to u nas przeszkadzało pytam się donośnie?
I mrozu mniej poproszę:)

niedziela, 20 lutego 2011

Filcowe korale, kot i słońce.

Czyżby jednak zdecydowane żądanie miało moc sprawczą, czy też skutek zbiorowych praktyk z pogranicza magii przyniósł taki zadowalajacy efekt?
Tak, czy inaczej niedzielę mieliśmy słoneczną:)
Co prawda śnieżną i mroźną, ale słoneczną:)
Mrautak, jak wszystkie koty lubi ciepło, a plamy słońca na parkiecie zawsze są zachęcająco nagrzane.
To ulubione miejsca kocich zabaw. Do tego nowa zabawka od cioci Asi (zabawki od cioć są najwspanialsze) i mrautakowe niedzielne przedpołudnie można zaliczyć do udanych:)
Ostatnio zajmuję się głównie koralami i kotem, więc ilustracją do posta bedą korale i kot. 
Bardzo mało oryginalnie. Trudno;)





sobota, 19 lutego 2011

Miły prezent z Dysiakowa, a zimie mówimy precz.

Dziś rano w skrzynce pocztowej czekała na mnie niespodzianka. Dojechały do mnie klipsy z Dysiakowa:)

 

Bardzo Ci dziękuję Dysiaczku za śliczny prezent i przemiły gest wobec wszystkich Twoich obserwatorek, wśród których miałam szczęście się znaleźć:)
Żeby nie było za dobrze i za miło, to za oknem znowu zima i śnieg.
Chcę słońca. Ciepłego, żółtego, złotego, jakiegokolwiek. Natychmiast.
Na razie znowu coś na szyję z żółtym, złotym i ciepłym. Tak :)




Koniecznie poproszę o wsparcie w wyganianiu zimy.
Spróbujmy wspólnie zaczarować te śniegowe chmury, a może już jutro zaświeci słońce:)
Słonecznej niedzieli i Wam, i sobie, i dla ogółu życzę i żądam:) 
Czy wszystkie odpowiedzialne za stan zachmurzenia bóstwa mnie słyszą?!!!

czwartek, 17 lutego 2011

Kocie święto, czyli Dzień Mrautaka

Oczywiście w tytule posta powinno być Dzień Mrautak, ponieważ to imię u panienek nie podlega odmianie (jak Mercedes;)), ale nic nie poradzę, czasem odmieniamy. Dzień Mrautaka kojarzy się z Dniem Świstaka, a Mrautak z Mrautakiem. Nikt nie jest doskonały;)
Z okazji Międzynarodowego Dnia Kota fragment z gruntu fałszywego wierszyka Juliana Tuwima:

"Miauczy kotek: miau
Coś ty kotku miał ?
Miałem ja miseczkę mleczka
Teraz pusta jest miseczka
A jeszcze bym chciał. "

Najwyraźniej jeden z moich ulubionych poetów nie był znawcą prawidłowo zbilansowanej kociej diety;)
O kociej naturze krąży wiele potocznych opinii, które zupełnie mijają się z prawdą. O tym, że kotom nie należy podawać mleka dowiedziałam sie dopiero jak zamieszkała z nami Mrautak. Potoczna opinia, że koty boją się wody, też okazała się mitem. Woda koty fascynuje.
Mówi sie też, że kot jest samotnikiem i może siedzieć sam w domu przez wiele godzin. Może i może, ale wcale nie jest wtedy szczęśliwy. 
W prezencie dla Mrautak wzięłam kilka dni urlopu.
Obie jesteśmy zachwycone:) Dni Kota wypełnione są ocieraniem, drapaniem, przytulankami, zabawą i łakociami:)
Zrobiłyśmy też kilka mrautaczych zdjęć

 i kilka filcowych naszyjników:)


Niech się święcą Kocie Dni !:)

poniedziałek, 14 lutego 2011

Mama i ja, czyli Walentynki

Kaprysie nie są konsekwentne. Dziś więc będzie post z przewagą treści osobistych;)
A to dlatego, że 14 luty zawsze był dla mnie świętem. To dzień urodzin mojej mamy.
Nikt nie słyszał wtedy o Walentynkach, kartkach z serduszkami i Dniu Zakochanych. W kalendarzu mojego dzieciństwa dla zakochanych zarezerwowany był maj.
Powiecie, że smutne to czasy realnego socjalizmu i "dyktatury proletariatu", bez wolności słowa i z zamkniętymi granicami?
Prawda, no i co z tego, skoro dla mnie to był czas najpiękniejszy, bo miałam lat kilka, kochających rodziców, a przed sobą cały świat i życie, które wtedy wydawało się nieskończone..
Lubię dzisiejsze Walentynki. Nie przeszkadzają mi tysiące serduszek w centrach handlowych i uśmiechnięte młode pary w zatłoczonych knajpkach i na spacerach.
Mimo wieloletniego stażu w zakochaniu również my z mężem wybraliśmy się spędzić miły walentynkowy wieczór w sympatycznym miejscu, ale myślami byłam dziś jak zwykle przy mamie.
Chociaż w tym roku minie już trzydzieści lat odkąd jej nie ma, każdego dnia brakuje mi jej tak samo.
Nie lubiła mazgajów, zawsze była bardzo pogodna i uśmiechnięta.
Już bardzo chora, na komplementy o treści:"Ależ pani wspaniale wygląda!" odpowiadała: " Na twarz przecież nie choruję" ;)))
Święty Walenty przyniósł jej drugie imię - Walentyna. Była więc imienniczką Tiereszkowej;)
Czy młodzież wie, kto to była Tierieszkowa? ;)))
"Walentyna twist" Alibabek nadal jest jedną z tych starych  melodii, do których lubię wracać.
Dziś ją sobie z przyjemnością zanucę, a Wam życzę radosnych i zakochanych Walentynek:)

piątek, 11 lutego 2011

Wyróżnienia


Mira i Dysiaczek obdarowały mnie wyróżnieniami. Bardzo Wam dziękuję:)
Nie wiem tylko czy na pewno mi się należą. 
Odbierając wyróżnienia powinnam napisać o siedmiu rzeczach, o których do tej pory o sobie nie pisałam i siedmiu, które mnie uszczęśliwiają.
Cały kłopot w tym, że najbardziej uszczęśliwiłoby mnie zwolnienie z tych warunków, ponieważ nie napiszę ;)))
Miłym obdarowującym winna jestem wytłumaczenie.
W ciągu dwóch lat pisania otwartego bloga i tak napisałam o sobie znacznie więcej niż zamierzałam zaczynając zabawę w blogowanie. Zamieściłam sporo osobistych treści i pewnie jeszcze zamieszczę przy okazji różnych tematów.
Rzecz w tym,  że uporządkowane liczbowo zwierzenia na temat np. mojej awersji do wątróbki nikogo (włącznie ze mną) nie zainteresują, a pisanie na forum o pracy, nadziejach spełnionych , czy zawiedzionych, zdrowiu, lepszym , czy gorszym itp. sprawiłoby, że kapryśnik zamieniłby się zapewne w smętnik, a już na pewno w nudnik. 
Z uszczęśliwianiem podobnie. O tym co lubię pisałam tutaj. Szczęście to dla mnie uczucie chwili.  Nikt nie jest szczęśliwy ciurkiem i bez przerwy, a te chwile mojego największego szczęścia są intymne, osobiste i do kapryśnika też mi jakoś nie pasują. 
Przepraszam, ale taka już jestem, ze jednym z najbardziej wkurzających mnie w TV programów są wynurzenia uczestników "Rozmów w toku" i podobnych.
Mamy wolność i demokrację, jak ktoś lubi to ogląda, ja nie lubię, nie oglądam i nie praktykuję;) Wybaczcie:)
Oba wyróżnienia są przemiłe i otrzymanie ich od Was dziewczyny sprawiło mi dużą przyjemność. Jeszcze większym wyróżnieniem i frajdą są dla mnie wszystkie zostawiane pod postami komentarze.
Łamiąc więc zasady blogowych zabaw przekazuję tę miłą parę wyróżnień do wszystkich moich blogowych gości.  
Jeśli tylko macie na nie ochotę, to bardzo proszę :)

sobota, 5 lutego 2011

Książki

Kilka dni temu Inkwizycja zaprosiła mnie do zabawy pod niepokojącym tytułem: "Pokaż mi swoje książki, a powiem ci kim jesteś".
I któż by pomyślał, że w XXI wieku przyjdzie mi zeznawać przed Inkwizycją. Całe szczęście, że czułą ;) Proszę więc, pokazuję:)
To półka podręczna, niepełna i zupełnie przypadkowa.
Nasze książki krążą między domami. Część zabrała Młoda, kolejną część jeszcze zabierze, czasem coś przywiezie, a tym co kupujemy wymieniamy się na bieżąco.
A to kilka półek biblioteki stacjonarnej. Tak myślę, że raczej po zawartości biblioteki nie da się wywnioskować kim jestem;)
A co czytam? Jak mam ochotę na uspokojenie myśli i nie jestem w trakcie czytania czegoś nowego, wracam do krótkich opowiadań Roberta Gravesa, Guy de Maupassanta, Czechowa, czy Sartrea.
Działają jak balsam.
Jak jestem zmęczona i mam mało czasu, a muszę  przeczytać kilka kartek lub chociaż zdań przed snem, bo inaczej nie usnę, sięgam po cokolwiek, z tym, że nie może to być na przykład biografia Kingi Rusin:)
Drażni mnie tak zwana literatura kobieca. Nie czytam Grocholi, ba, odłożyłam nawet Kalicińską, znużyła mnie.
Czytam czasem Ludluma, Folleta, Grishama, Cooka, Kinga i wszelkie dobre kryminały z Agathą Christie na czele. Za Pratchettem nie przepadam. Dobry Omen przeczytałam, ale zdecydowanie wolę Gaimana solo, chociaż fantastyka, to nie jest to, co kaprysie lubią najbardziej.
Sapkowskiego nie mogę, a Krajewskiego z jego mrocznym Wrocławiem lubię.
Chociaż mają sto lat uwielbiam felietony Tadeusza Boya i recenzje teatralne Antoniego Słonimskiego (nieco młodsze;)). Tylko on umiał zamknąć recenzję marnej sztuki teatralnej pt. "Kartka papieru" dwoma krótkimi zdaniami: "To nie była kartka. To była rolka" :)))
Uwielbiam poezje Tuwima, Wierzyńskiego, Marii Jasnorzewskiej-Pawlikowskiej, Baczyńskiego i Wisławy Szymborskiej.
Na Makuszyńskim uczyłam się czytać, a czytając Wańkowicza, "Dzienniki" Marii Dąbrowskiej i Prusa uczyłam się pisać. 
Bardzo lubię Whartona, a Vonnegut trochę mnie drażni, chociaż lubię sposób w jaki pisał. Bardziej drażni mnie Salinger, a jeszcze bardziej Masłowska.
Lubię Marqueza, Zafona, Mendozę, Whartona. Ostatnio urzekła mnie proza Olgi Tokarczuk,  lubię książki Orhana Pamuka, ale zmuszają mnie do koncentracji.
Z przyjemnością przeczytałam całego Harego Pottera:)
Czasami lubię też zażyć szmiry, tak dla kontrastu;) "Trędowatą" znam, a jakże, ale to cudowny pastisz "Na ustach grzechu" Magdaleny Samozwaniec doprowadził mnie do histerycznych ataków śmiechu.
Nie pamiętam dokładnie, ale to było jakoś tak: " Stefcia westchnąwszy głęboko wsparła się gibką kibicią na framudze. Wspomniawszy powłóczyste spojrzenie ordynata spłonęła rumieńcem, a zmysły wypełzły jej na usta. Spojrzała przez okno. Na ulicach znikały już ostatnie ochłapy śniegu" -  i tak dalej, czy jakoś tak podobnie :))) Z tym śniegiem to zupełnie podobnie jak teraz:)
W księgarni potrafię spędzić długie godziny. Czytając kilka zdań nieznanej książki już wiem czy warto i czy chcę ją kupić. Częściej jednak wypożyczam, ach te ceny...
A gdybym miała wskazać jedną, tę jedyną ze wszystkich, tę która najbardziej zachwyciła i zostawiła ślad w młodej głowie (wtedy młodej), to  wybrałabym "Mistrza i Małgorzatę" Michaiła Bułhakowa. Chyba tak:)

Bardzo to pobieżny i chaotyczny przegląd lektur. Klasyczny groch z kapustą:)
W krótkim poście nie umiem upchnąć wszystkich ważnych dla mnie tytułów i autorów. Rzecz w tym, że po prostu lubię czytać i czytam sporo, chociaż miałabym ochotę na więcej. 
Według reguł zabawy muszę wezwać do złożenia zeznań kolejne osoby, zapraszam więc: 
Mirę z Poukładanego świata, od której dostałam ostatnio wyróżnienie i zaproszenie do kolejnej blogowej zabawy, ale to już temat na inny post, Joasię szukającą inspiracji i Bobe Majse, za czym kryje się chytry plan i nadzieja na wynotowanie dla sobie ciekawych tytułów do przeczytania:)