niedziela, 26 czerwca 2011

Coś dobrego czyli, Caprysio Tumanelli.


Bez wyjazdu i wielkich atrakcji te kilka wolnych czerwcowych dni minęło nam spokojnie i miło, a że i były różne rodzinno świąteczne okazje kochana córeczka tatusia zaprosiła nas do urokliwej knajpki na coś pysznego:)
Wszystkie dania, które we czwórkę zamówiliśmy były znakomite, ale jedno z nich tak bardzo mi zasmakowało, że pokusiłam się o domową powtórkę. 
Przepis zmodyfikowałam, zresztą nie znam sekretów receptury szefowej kuchni "Oregano", coś dodałam, coś ujęłam, danie zyskało kaprysiowe piętno i nieskromnie twierdzę, że wyszło równie smakowicie:)
W menu "Oregano" znajdziecie je wśród makaronów pod zagadkową nazwą Pichiatelli. 
Mimo wysiłków nie udało mi się znaleźć sensownego tłumaczenia tej nazwy. Jedyne co udało mi się ustalić to to, że pichiatelli, a właściwie picchiatello, po włosku oznacza głupka;)
Moje wydanie tego makaronu zyskało więc nazwę " CaprysioTumanelli". Uważam, że całkiem interesująco, a że przepis skomplikowany nie jest, to i odpowiednio ;)
Robienie domowych klusek (takie są w oryginalnym pichiatelli) darowałam sobie na wstępie i zastąpiłam je bardzo dobrym niedrogim włoskim makaronem campanelle.
A to pozostałe składniki:
Do Caprysio Tumanelli ;) dla dwóch osób potrzebne będą:
- makaron campanelle (ja użyłam Primo Gusto, dobry i tani) około 1/2 opakowania
- schab lub polędwiczki wieprzowe ok. 25 - 30 dkg
- solidna garść suszonych grzybów (najlepiej borowików, ale mogą być inne)
- średnia cebula
- garść orzechów (wg upodobania, ja użyłam włoskich)
- rukola
- twardy ser typu parmezan i trochę półtwardego koziego (bo lubię;)
- śmietanka 30%
- pół kieliszka białego wina
- oliwa, ocet balsamiczny, sól, pieprz, przyprawy

Suszone grzyby trzeba namoczyć przynajmniej na kilka godzin przed ugotowaniem, a najlepiej poprzedniego dnia. Po tym czasie ugotować je do miękkości. Na patelni zeszkilć pokrojoną w kostkę cebulę, dodać pokrojone grzyby i trochę białego wina. Poddusić razem, a następnie zaprawić śmietaną z dokładnie wymieszaną łyżeczką mąki.
Całość dusić jeszcze przez chwilę, a w razie potrzeby rozrzedzić sosem z gotowania grzybów.
Na drugiej patelni usmażyć mięso uprzednio pokrojone w cienkie paski i przyprawione czym kto lubi. Ja na godzinę przed smażeniem marynuję je w przyprawie korzennej Kamisa, sosie sojowym i oliwie. Dodaję też trochę octu balsamicznego i odrobinę ostrej przyprawy Sambal Oelek, bez której nie umiem się obyć w kuchni. W tym czasie gotuję również makaron, oczywiście al dente i prażę na patelni pokruszone orzechy.
Kiedy wszystkie składniki są już gotowe nakładam na talerz kolejno makaron, mięso, sos grzybowy, posypuję orzechami, kilkoma listkami rukoli i cieniutkimi płatkami sera.

Mmmmm.... Smacznego :)

piątek, 24 czerwca 2011

24 czerwca 1984 roku

Jakoś nie mam sentymentu do okrągłych rocznic.
Nie są w niczym ciekawsze, czy lepsze od nieokrągłych.
Dwadzieścia siedem lat, ależ to szmat czasu.
Mamy więcej kilogramów, lat, doświadczeń i przeżyć, a mniej włosów, sił, zdrowia, entuzjazmu i planów, ale na razie trwamy, he,he ;)
Kiedy to zleciało, jakby z bata strzelił, niesamowite.....

wtorek, 21 czerwca 2011

Lato

W tym roku bez spływu, wyjazdu i odpoczynku. Bywa i tak. Czasem są sprawy ważniejsze, ale lato i tak zawsze będzie latem. Już jest ciepłe i słoneczne, a ma być jeszcze piękniejsze:)
Na letnie dni do zwiewnych sukienek przydadzą się kolorowe korale. Najlepiej z chłodnej ceramiki w kolorach słońca, piasku i turkusowej tafli jeziora,

albo pomarańczowo-zielone jak łebki leśnych kozaków w trawie srebrno błyszczącej kroplami porannej rosy:
 
A może lato zamknięte w ceramicznych koralach zostanie na dłużej ?;)
Koty też lubią lato, szczególnie te niegrzeczne i uciekające. Nawet jak wredna mamusia nie wypuszcza  na samotne spacerki, to przecież można wyładować morderczy zapał na własnym szczurze w nagrzanym słońcem balkonowym fotelu, wyrwać mu wąsy i spróbować może jednak ta paskudna siatka, która dzieli Mrautak od wolności da się przegryźć, mrrrauu...

piątek, 17 czerwca 2011

Mordercze warzywa i krupnik.

 
Ostatnio gotuję częściej i więcej niż zwykle, bo na potrzeby dwóch domów. Mój pobliski warzywny bazarek i sklepy nie należą do najtańszych, a tu proszę ogórki po złotówce, a pomidory po dwa.
Ten cenowy cud zawdzięczamy morderczym warzywom.
I cóż z tego, że zostały wstępnie uniewinnione. Raz obrzucone straszną Escherichią zostaną podejrzane na dłuższy czas, tak na wszelki wypadek.
A może warto rozszerzyć krąg podejrzeń na np. cielęcinę i wołowinę, odpowiednio po czterdzieści i trzydzieści kilka złotych za kilogram, hę?
Mój portfel byłby bardzo wdzięczny;)
Swoją drogą jaka intrygująca nazwa starej-nowej oskarżonej pałeczki: werotoksyczny szczep Escherichia coli 0104STEC.
Jak na laika przystało kojarzy mi się werbalnie z velociraptorami przedstawionymi nam z nie najlepszej strony przez Spielberga w Parku Jurajskim.
zdjęcie znalezione w sieci
Są nawet podobne. Atakują stadnie, śmiertelnie niebezpieczne, uwolnione spod nadzoru człowieka, uczą się w zastraszającym tempie coraz doskonalszych metod polowania. Escherichia zamiast się uczyć, mutuje.
Jak to bakteria. I zabija.
A my, cóż, wystawiamy się jej jak na patelni.
Od małego karmimy dzieci sterylnymi słoiczkowymi papkami, jak dorastają pozwalamy im opychać się fast foodami, colą i chipsami, nafaszerowanymi konserwantami, chemią i aż kapiącymi od setek pustych kalorii.
Katar leczymy coraz to nowszymi generacjami antybiotyków i krok po kroku sami pozbawiamy się jakiejkolwiek obronnej bariery. Mówi się, że zakażenie pałeczką okrężnicy to choroba brudnych rąk. Z pewnością, ale również wyjałowionych i pozbawionych odporności brzuchów.
Mam takie podejrzenie, że nie zapadną na tę chorobę osoby wychowywane na wsi lub choćby spędzające na niej od małego wakacje. Czy coś smakuje lepiej jak wyrwana z babcinej grządki marchewka, ledwo opłukana przed schrupaniem, lub co gorsza wytarta o spodnie ?
Warszawski maluch wychowany na słoiczkowych papkach, po takim spożywczym doświadczeniu zapewne ciężko by zachorował, jego rówieśnik ze wsi, raczej nie. Inaczej smakują truskawki i maliny prosto z krzaczka niż te sprzedawane na bazarach, z plantacji, pryskane i przetrzymywane kilka dni zanim trafią na stragany.
Myślę, że zdecydowanie warto poświęcić więcej czasu na ugotowanie normalnej zupy i utarcie marchewki ze znajomej grządki, warto spędzać więcej czasu na powietrzu, wybrać się do lasu, pozwolić czasem polizać się psu w nos, wytytłać w błocie, a potem wykąpać, albo zjeść upieczone w popiele ziemniaki.
Wiele lat temu któregoś dnia odebrałam swoją Młodą z przedszkola upapraną jak nieboskie stworzenie. Mądra wychowawczyni powiedziała mi wtedy: "Dziecko nigdy nie będzie szczęśliwe i zdrowe, jeśli od czasu do czasu porządnie się nie ubrudzi"
Święte słowa:)
Inna sprawa, że żyjąc w wielkich miastach jesteśmy skazani na to co oferują nam sklepy. Można co prawda starać się kupować żywność ekologiczną, ale właśnie to ekologiczne uprawy znalazły się na samej górze listy podejrzanych o zakażenie śmiercionośną pałeczką. Takie uprawy nawozi się w sposób naturalny, czyli gnojowicą, a ta pochodzi z wielkich gospodarstw hodowlanych od krów, którym dodaje się do karmy antybiotyki i czort wie co jeszcze, bo przecież muszą biedne krasule dawać tyle mleka, żeby były rentowne.
Nic dziwnego, że pałeczka okrężnicy mutuje.
Babcia mojego męża pod uprawę swojego małego warzywnego ogródka również dawała obornik, ale taki, który leżał w pryzmach przynajmniej kilka lat i przypominał wyglądem i zapachem próchniczą ziemię, nigdy pod uprawę warzyw nie dawała świeżych krowich placków.  
Na dziś wystarczy już moich mikrobiologicznych przemyśleń znad garów. Mleko mamy jakie mamy, warzywa, owoce i ręce trzeba myć, a jeść też trzeba. 
Wracam więc do kuchni i do pitraszenia z nadzieją, że żadne werotoksyczne szczepy wrednych pałeczek nie zagoszczą w moim krupniczku:)


Najzwyklejszy codzienny krupnik:


20-30 dkg żeberek cielęcych (mogą być wieprzowe, albo np. skrzydełka z kurczaka, albo inny kawałek mięska) 
2-3 łyżki kaszy np. jęczmiennej
3-4 ziemniaczki
włoszczyzna
przyprawy
koperek


Mięso myję i wrzucam do średniego garnka razem z listkiem laurowym, kilkoma ziarenkami pieprzu i suszonym grzybkiem. Dodaję opłukaną w zimnej wodzie kaszę i gotuję około 0,5 godziny na średnim ogniu.
Następnie dodaję pokrojoną w słupki włoszczyznę i obrane ziemniaki pokrojone w kostkę. Po kolejnych 15 minutach gotowania, solę i dodaję posiekany koperek. Dla taty mojego męża jeszcze kilka usmażonych skwarek i krupnik gotowy. Najprostszy i najzwyklejszy. Z młodej włoszczyzny mój ulubiony.
Smacznego:)



niedziela, 12 czerwca 2011

Warszawskie Spotkania Ceramiczne i Mrautak wędrowniczek (-czka;).

W sobotę 11-go czerwca odbyły się Warszawskie Spotkania Ceramiczne. Zabiegana i zmęczona zapomniałam zabrać ze sobą aparatu, ale przynajmniej nacieszyłam oczy i odchudziłam portfel:)  
Zdjęcia z telefonu nie są najlepszej jakości, ale coś tam widać.
Zachwyciły mnie prace łódzkiej pracowni ceramicznej: makowy serwis i kwieciste wazony. Niestety nie dostałam wizytówki i nie mogę przedstawić autora, a szkoda.
Na makowe filiżanki nie mogłam sobie pozwolić, ale za to nakupiłam koralików i zaraz po powrocie do domu połączyłam kupione ze starymi zapasami i poskładałam nowe naszyjniki.
Dawno nic nie robiłam, ale pomysły siedziały mi w głowie i kiedy dokupowałam poszczególne elementy wiedziałam już jak je połączę w nową ceramiczną przyjemność.
Trochę relaksu i kilka godzin dobroci dla zestresowanych zwierząt pociągowych - tego mi właśnie było trzeba:)
To korale,
to makowy serwis i kwieciste wazony: 
 
A to Mrautak zmęczona spacerkiem, tym razem samotnym.
Dała nogę wredna i dopiero po kilku godzinach zwabiona smakołykami uprzejmie pozwoliła zabrać się do domu.
Wyraźnie doszła do przekonania, że ogródek pod naszym balkonem należy się jej na równi z kocim sąsiadem z dołu.
Sąsiad na imię ma Klapek i przyjął tę bezczelną wizytę z rezygnacją. Bardzo uprzejmy koci gentleman.
A ja, cóż, albo muszę paskudy lepiej pilnować, albo pogodzić się z jej wędrowniczą naturą, oj..

Errata ;)
Jak słusznie zauważył Pan Darek w komentarzu w sobotę był 11, poprawiłam błąd ( to najlepszy dowód jaka jestem ostatnio zakręcona ;), a piękne makowe filiżanki i kwieciste wazony są dziełem pracowni Twórcze ego z Łodzi. 
Dziękuję za podpowiedź:)