niedziela, 29 stycznia 2012

Znaczenia słów, oporne kilogramy, dred i kot.

Dawno temu pisałam o poplątaniu znaczeń w słowach deszczyk i nieboszczyk. Jest oczywiste, że powinno być odwrotnie;)
Również słowo odchudzanie brzmi bezsensownie. Nie o to przecież chodzi.
Chciałabym się odtłuścić, ewentualnie dochudzić.
Już nawet nie muszę się wychudzać. Bez przesady.
Na razie wynik po trzech tygodniach: minus 2 kg.
Spadek wagi z sięciu czterech do sięciu dwóch jest niestety prawie niezauważalny. Idzie to jak krew z nosa, ale może jak wolno, to trwalej. Oby.
Tymczasem za oknem mroźno i słonecznie. Mrautak brykała, a ja korzystając z dobrego światła porobiłam zdjęcia ufilcowanego jakiś czas temu dreda.
Zrobiłam kiedyś bardzo podobny, ale powędrował w świat, a ponieważ zatęskniło mi się za tym wzorem, powtórzyłam go.
A do dreda kolczyki.
Jak zawsze Mrautak chętnie mi pomagała w domowym krzątaniu. Sprzątała w szufladzie z czesankami,
a potem poprawiała ozdoby na choince, żeby przez ostatnie dni ładnie się prezentowała.
W końcu zmęczona i znużona 
ułożyła się na biurku za laptopem pod swoją ulubioną lampką, której podstawka miło grzeje dzięki ukrytemu w niej transformatorowi do 12 V żaróweczki.
 
A teraz śpi tak słodko , jak tylko koty potrafią:)
Dobranoc, kot na noc:)

czwartek, 26 stycznia 2012

Kolorowe korale i wierszyk bez sensu. Wcale;)

Ja bardzo przepraszam, ale zrobiło mi się coś takiego, że poplątały mi się rymy z wełną i co korale, to rymowanka.
To może być jakaś choroba, ale leki już biorę i jest nadzieja, że za jakiś czas mi przejdzie.
Z najnowszych korali jestem zadowolona. Rzadko tak mam. Zwykle chcę coś poprawić, zmienić kolejność, albo elementy.
Te są dokładnie takie jakie chciałam zrobić. Duże i kolorowe.
 
Gorzej z rymowanką. Ale jak pisałam, rymy zaplątały się w czesankę, potem razem z kulkami ufilcowały i wyszło jak poniżej;)
Na zimę dobre są szale
wełniane, duże i małe,
kołdra puchowa, racuchy
lub placek ze śliwką kruchy

I jeszcze ciepłe kakao,
albo partyjka makao,
to wszystko jest dobre, ale
ja wymyśliłam korale.

Korale w kolorach tęczy,
gdy zima za bardzo nas męczy,
są dobre prawie tak samo,
jak grzanka na maśle co rano.

Do tego wcale nie tuczą,
a czasem z kotem zamruczą
o lecie, kwiatkach i słońcu,
w wierszyku co głupi jest w końcu

I sensu nie ma w nim wcale,
bo przecież nie mruczą korale.
                    Nawet takie filcowe,
                                  i kolorowe;)



niedziela, 22 stycznia 2012

Przepis na szare filcowe korale pośpiesznie zrymowany w niedzielne popołudnie:)

 

Miękkie kłębki szarej wełny
owiń sobie wokół palca,
polej wodą, umaż mydłem,
potem turlaj z siłą walca.

Jak utoczysz kulek parę
wysusz dobrze, zrób w nich dziurę,
dołóż także coś ładnego,
blaszkę, kamyk, srebrną kulę.

I na linkę lub na sznurek
nawlecz wszystko w kolejności,
potem przymierz i zobaczysz,
jak do twarzy ci w szarości.

W taki sposób odczarujesz
szare, zimne dni styczniowe
i z pomocą wody z mydłem
masz korale z filcu nowe:)

piątek, 20 stycznia 2012

Prawo Pani Parkinson.

Głównym problemem kobiety pracującej, zamężnej, mającej dzieci, zwierzę(-ta) domowe, czasem dolegliwości i niepojętą chęć ogarnięcia całości w jakiej takiej harmonii, jest cykliczne powtarzanie się dni krytycznych.
Wszystko sprzysięga się przeciwko nam. Mleko kipi, kot wymiotuje, autobus zamknął nam drzwi przed nosem i ochlapał błotnistą breją, migrena jest nieznośna, a praca nie do wytrzymania.
Nie możemy się zdecydować, czy płakać, krzyczeć, czy może włożyć głowę do gazowego piecyka. Ciąg fatalnych zdarzeń postępuje w sposób pozornie niemożliwy do zatrzymania.
Otóż okazuje się, że opisany kataklizm narasta wprost proporcjonalnie do rosnącej temperatury naszych negatywnych emocji, a tym samym temperatury w ogóle. 
Czy jeśli krojąc cebulę wbijecie sobie nóż w palec, a następnie zbijecie ulubiony porcelanowy talerz po prababci, robi się wam gorąco?
No, właśnie.
A jeśli dodatkowo przypadkiem w skrzynce na listy znajdziecie ponaglenie za niezapłacony rachunek za prąd, który to opłacić miał mąż dwa tygodnie temu, nasza temperatura emocjonalna może osiągnąć wskaźniki krytyczne, zbliżone do temperatury lawy tuż przed wybuchem wulkanu.
Należy zaznaczyć, że ewentualny wybuch chwilowo tę temperaturę obniża, ale tylko w sytuacji kiedy jest ją komu przekazać. Na przykład akwizytorowi sprzedającemu wełniane poduszki. Nieszczęśnik taki ucieka potem w popłochu przerażony wrzaskiem jakim go przywitałyśmy i omija nasze mieszkanie szerokim łukiem do końca życia. Niestety nasza sytuacja poprawia się tylko na chwilę.
Skoro więc jednak naszą katastroficzną serię można wyjaśnić prostą matematyczno-fizyczną zależnością, zastanówmy się i podejdźmy do problemu naukowo.
Wszystkie parametry wrócą do normy jeżeli obniżymy temperaturę.
Sposobów jest wiele. Świetnie działa napój z lodem, chłodny tusz, czy wreszcie zimna kalkulacja.
Wychodząc spod prysznica i spokojnie wycierając głowę ręcznikiem dojdziemy do prostego wniosku, że większość fatalnych zdarzeń, które były naszym udziałem w ciągu ostatnich kilku godzin, prowokowałyśmy same.
A czort z tym autobusem, można go było nie gonić, przyjedzie przecież następny. Mleko dla osób dorosłych jest niestrawne, więc lepiej, że go nie wypiłyśmy. Kotu należy podać odkłaczającą pastę, a korespondencję zostawiać do otwarcia mężowi. Z pewnością ureguluje rachunek nic nam o tym nie mówiąc:) Jak już nakleimy na palec plaster, to głowa sama przestanie nas boleć, a temperatura wróci do normy.
Rozluźnione i spokojne możemy oddać się naszym ulubionym zajęciom i zrobić kolejne korale do wiszącej już jakiś czas w szafie kraciastej kiecki,
albo poczytać książkę.
Najlepiej "Prawo Pani Parkinson i inne studia z zakresu wiedzy domowej" C. Northcote Parkinsona, z której zaczerpnęłam myśl przewodnią powyższego wywodu oraz część zdania z gazowym piecykiem, ponieważ bardzo mi się podobała:)
Pozycja tak dobra, jak stara. Ostatnie wydanie ukazało się nakładem "Książki i Wiedzy" w roku 1970.
Szczerze polecam i zachęcam do poszukiwań w antykwariatach i bibliotekach, bo nic tak nie poprawia nastroju w dniu krytycznym, jak lekka i zabawna lektura:)

środa, 18 stycznia 2012

Ceramiczne kolczyki, jabłuszko i nowe krasnale.

Szala jeszcze nie ma. Kiedyś może będzie. Są kolczyki. Dla Ewci. Zgodnie z życzeniem ceramiczne, więc niewielkie, żeby nie obrywały uszu:) O takie:
i na zmianę takie:

A poniżej Mrautak prezentuje udziugane na sucho, jeszcze przed świętami, jabłuszko.
 
Jak zwykle okrutnie pokłułam sobie palce i zapału starczyło mi jeszcze tylko na parę śmiesznych krasnali.


Aktualne notowania wagowe : - 1 kg:(, ale to opornie idzie, ech... W obwodzie jakby nieco ciut luźniej i w końcu o to chodzi. Następne notowanie po dłuższym czasie. Trzeba dać sobie szansę;)

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Szaro, różowo i tymiankowo.

Szary i różowy dobrze się komponują. Szary oswaja róż, a różowy rozwesela szarości. Lubię to zestawienie kolorów i kryształ górski w bladoróżowym odcieniu, a że zimą przyjemnie się filcuje zrobiłam taki szaro-różowy dred.
 
I maleńkie kolczyki .
 
Wełna miło grzeje szyję, więc filcowe dredy zimą pełnią rolę małych szaliczków. Zrobiło się zimno i duży szal też by się przydał. Może z kupionej jakiś czas temu u Crafttrioszek delikatnej i mięciutkiej czesanki typu Rainbow?
Zobaczymy;)
Na razie zrobiłam jeszcze długie filcowe koraliki, z rozpędu również szaro-różowe i krótki naszyjnik dla odmiany szaro-niebieski. Takie:
 
Długi i krótki mają już swoje przeznaczenie - pójdą na psy;) Jutro w paczuszce pojadą do Domu Tymianka i zapewne zasilą asortyment Sklepiku pod Orionem, bo tam sprzedane pomogą nakarmić rozliczne pyszczki, których przybywa, i przybywa, i przybywa....
I jeszcze zgodnie z zapowiedzią notowania wagowe: nadal - 1kg. Hmmm, cierpliwości..., może po szalu będzie lepiej, bo zamiana czesanki w szal, to solidne ćwiczenie fizyczne:)

sobota, 14 stycznia 2012

Kamienny naszyjnik, trucizna i minus jeden.

Poprószył śnieg  i zrobiło się cicho. Cienka biała kołderka przykryła na chwilę codzienny zgiełk. W takiej ciszy dobrze się odpoczywa, głaszcze rozmruczanego kota i myśli o rzeczach przyjemnych.
Kot wstał, a ja znalazłam na dnie szuflady kupiony chyba z rok temu, sznur sporych surowych kamieni. Za nic nie pamiętam, czy jest to cytryn, chryzolit, czy akwamaryn. Kupując je pomyślałam, że takie chropowate i naturalne będą ciekawie wyglądały w naszyjniku. Później kilka razy łączyłam je w różnych zestawieniach, ale ostatecznie wracały z powrotem do szuflady.W końcu przełożyłam je miodowymi paciorkami z drobnym szlifem, co dało ciekawy kontrast.



Pasowałaby do nich beżowa koszulowa bluzka, ale niestety znalezienie takowej wcale nie jest proste. Szukam od kilku tygodni. Niby są, tylko za małe przynajmniej dwa numery. Dlaczego producenci i handlowcy uważają, że pełen asortyment ciuchów należy się tylko szesnastoletnim chudzielcom? No, dlaczego?! W działach tematycznie poświęconych szczupłym inaczej wiszą zazwyczaj workowate siermięgi w buraczkowo-błotnistych kolorach.
Ja wiem, bez względu na wiek powinno się być szczupłym, bo ładnie, bo zdrowo, bo itp., tylko nie zawsze się udaje. Pomimo stosowania różnych diet, nie obżerania się słodyczami (bo nie lubię) i sporej aktywności fizycznej, już jakiś czas temu doszłam do przekonania, że w pewnym wieku definitywne pozbycie się kilkunastu kilogramów możliwe jest jedynie poprzez obcięcie sobie nogi.  Bez nogi jest niewygodnie, więc jest jak jest.
Co prawda, ostatnio pojawiło się nikłe światełko w tunelu w postaci cudownego ziela, które odchudza, usprawnia, pobudza metabolizm i w ogóle, z tym, że według znajomych lekarzy jest trucizną. Rzeczywiście jest, jak większość źle dawkowanych leków i ziół, chociażby naparstnica, czy rycyna. Biorę starannie dawkując. A co tam. Znam takich co brali, czują się świetnie, żyją i do tego zeszczupleli. Kolejne posty będę zaczynać wynikami na minus. Zaczęłam 2-go stycznia, wynik na dziś: - 1kg. ;)
Za oknem też minus jeden, więc biała kołderka poleży do rana.
A wiecie czym śnieg różni się od kaprysi? Kaprysia musi rano wstać i zażyć ziele, a śnieg może sobie jeszcze poleżeć:) Dobranoc:)
 

sobota, 7 stycznia 2012

Nowe - stare, stare - nowe.

Stara śmieciowa waga w nowej odsłonie. Nadal bez szalek i odważników. Zamiast szalek, na razie, fajansowe białe miski.
Pewnie kiedyś wyjedzie do działkowego domu, bo chociaż ładnie się prezentuje po renowacji, to jednak kawał klamota;)
Filcowe korale. Nowy pomysł dawno zrealizowany. Noszone już od dłuższego czasu przez moją pracową koleżankę.  Z futerkiem:) 

I kolejne granatowo-szaro-srebrno-perłowe, w kolorach zimy. Stary pomysł, nowe wykonanie. Prezent dla siostrzyczki. Kolory i kompozycja zgodnie z zamówieniem:)
 
Z dawna wygrany u Zdolności tworzenia niespodziankowy prezent. Batikowa zawieszka z symbolem równowagi pierwotnych, przeciwnych i uzupełniających się sił: in i yang. Znak tak bardzo potrzebnej mi wewnętrznej harmonii.
Dziękuję bardzo Elu i przepraszam, że z takim opóźnieniem o nim piszę. Wszystko przez przerwę:)
A na koniec stary przepis na przystawkową sałatkę podejrzany u waniliowej An-ny i w Kwestii Smaku, w nowej kaprysiowej odsłonie.
Melon w szynce parmeńskiej. Proste, efektowne i pyszne:)
 
Przepisy tutaj i tutaj. Ja zamiast orzeszków pinii użyłam prażonych ziarenek słonecznika, a zamiast szpinaku, sałatę i rukolę. Sos balsamiczny udało mi się kupić, ale można też zrobić samemu, jak w przepisie Kwestii smaku.
Dobre było:)

wtorek, 3 stycznia 2012

Śmietnikowe historie, czyli czego to ludzie nie wyrzucają.

Na śmietniku znajdują się rzeczy niepotrzebne.
Wyrzucamy odpadki, puste opakowania i butelki, rzeczy stare, zniszczone i zbyteczne. Niektórzy segregują, inni nie.
Sklasyfikowanie rzeczy jako śmiecia jest bardzo subiektywne.
Przyniosłam kiedyś do domu rzucone przez kogoś przy śmietniku kilka tomów "Anatomii człowieka" Adama Bochenka. Szczęśliwie nie padało, nie było błota, a wyrzucający nie pyrgnął książkami do pojemnika.
W twardej oprawie, z doskonałymi ilustracjami, uniwersalna, niezmienna i chyba najlepiej opracowana anatomiczna wiedza.
Dla kogoś śmieć.
Zaśniedziałą, oblepioną skamieniałym brudem bardzo podejrzanego pochodzenia, starą wagę, wypatrzył mój mąż. Nie mogliśmy się nadziwić, że została zwyczajnie wyrzucona.
Znalezisko kosztowało sporo pracy i nakładów, ale po kilku tygodniach czyszczenia, malowania i polerowania stanie na moim kuchennym parapecie. Może już niedługo:) 
Po szalki musimy się wybrać na jakiś targ staroci, bo niestety wyrzucający wagę zapewne uznał, że mogą mu się jeszcze do czegoś przydać i nie dołączył. Szkoda:)
Współczesne śmietniki mówią o nas o wiele więcej niż chcielibyśmy pokazać.
Kilka lat temu dwóch francuskich paparazzich, Bruno Mouron i Pascal Rostain, zdecydowało się poddać fotograficznej analizie zawartość worków ze śmieciami znalezionymi w pobliżu posiadłości gwiazd filmowych, głównie w okolicach Los Angeles. Cykl fotografii ujęty został w projekcie Trash.
Z analizy śmietnika dowiadujemy się, że Mel Gibson chodzi w tandetnych kalesonach i lubi plastikowe figurki, 
Jack Nicholson czyta magazyny poświęcone sztukom pięknym, pija markowy szampan i Château-Margaux rocznik 1985,

a John Travolta sprowadza pizzę z Waszyngtonu. Samolotem.
Smakowite śmietnikowe kąski dla paparazzich, na których ujawnianiu raczej gwiazdom nie zależało.
Cóż, analiza naszych osiedlowych śmietników wypada mniej spektakularnie i raczej przygnębiająco, choć czasem można znaleźć ładną wagę i Bochenka. Bochenków zresztą bywa na śmietnikach sporo, szczególnie po świętach. 
I skoro już wyrzucamy chleb, to przynajmniej wieszajmy go w plastikowych torbach z boku śmietnika, a może przynajmniej jakaś litościwa dusza nakarmi nim ptaki.  Zdjęć sobie i Wam oszczędzę.