niedziela, 24 czerwca 2012

O diable, co siedzi w szczegółach i starym młynku.

Wszystko co chce się zrobić w miarę solidnie jest wyczerpujące.
Niedoróbki są irytujące, w każdym razie mnie irytują, bo ciężki jest los perfekcjonisty teoretyka;) Coraz większego teoretyka.
Nadal drażni mnie krzywo wisząca firanka i poplamiony obrus, za to kurz na oknach ostatnio jakby mniej;) Silne umiłowanie do porządku zostało mi wyłącznie w odniesieniu do słowa pisanego.
Ostatnio, ku mojej uciesze, profesor Bralczyk podjął walkę z niechlujstwem językowym polegającym na pomijaniu w smsach i mailach polskich znaków. Mającym wątpliwości zwrócił uwagę na fakt, że pomiędzy zdaniem "Zrobić komuś łaskę", a "Zrobić komuś laskę" jest spora różnica znaczeń;) 
Za to w ceramice niedoskonałość jest zaletą. Nierównomiernie rozłożone szkliwo, nieprzewidywalny efekt wypalania i wędrówka kolorów w piecu nadaje przedmiotom ciekawe, indywidualne piętno i niepowtarzalność.
Równe, gładkie, robione seryjnie ceramiczne przedmioty, chociaż kolorowe i ładne, straciły dla mnie urok. W niedoskonałych szczegółach, tych lepionych i szkliwionych ręcznie, siedzi przysłowiowy diabeł, kusi i przyciąga oko. Takie lubię:)
Nareszcie poskładałam wypalone wcześniej korale i mogę je pokazać.
Następne ciągle czekają w kolejce do pieca. W połowie lipca pracownia zamyka podwoje i to, co nie zostanie wypalone teraz, poczeka do jesieni.
Za to całe lato mogę poświęcić lepieniu. Ceramika uczy cierpliwości:)
Marzy mi się kupienie własnego niewielkiego pieca, ale na razie to mrzonki. Zresztą spełnione marzenia tracą większość swojej atrakcyjności;)
A to jeszcze talerzyk i różyczka, która albo zyska bliźniaczkę i będą gałkami uchwytów do szafki, albo będzie zwieńczeniem pokrywki cukiernicy;)
Na razie jest białą różą z dalszymi możliwościami, a zrobiłam ją chcąc sprawdzić, czy umiem ulepić gliniany kwiatek. Jak widać nie bardzo:)
Za to oboje z mężem umiemy i lubimy zbierać starocie.
Brudne, stare i wyrzucone, ale ciekawe w swojej niedoskonałości.
Kiedyś pokazałam wagę, teraz metalowy i zardzewiały młynek z obłażącą farbą. Przynajmniej niczego nie udaje, jest jaki jest, ze swoją nieznaną nam historią i sprawnym mechanizmem. Chyba nie chcemy go odnawiać, umyję go tylko i oczyszczę. Taki jak teraz jest prawdziwy.
A za oknem już lato. I jaśmin kwitnie, i kot spaceruje, i szparagi się kończą, i może jakoś dożyjemy do urlopu;) O tym jednak napiszę pewnie następnym razem:)

piątek, 15 czerwca 2012

Horror, kiszonka z czarnego bzu i wygrana w Anusinie.

Zrobiło mi się na blogu trochę za ślicznie romantycznie. Prawie mdło. 
Bardzo dawno nie pisałam o żadnych interesujących kataklizmach, pluskwach w soku i śmiercionośnych bakteriach.
Pomijałam w blogu tematy bulwersujące i odrażające, a ja tak lubię horror. Mam mało czasu na telewizję, więc omija mnie codzienna dawka dziennikowych straszliwości, książki też czytam ostatnio raczej stonowane, a w głębi duszy narasta we mnie tęsknota za "teksańską masakrą tępą piłą mechaniczną", czy czymś podobnym.
Nabyłam sobie nawet ostatni numer Vivy z "Rzezią" Polańskiego, na którą mam ogromną ochotę, ale ciągle nie znajduję czasu. Taki intelektualny horrorek, mniam;))) Samo oczekiwanie na miłą sposobność obejrzenia sprawia mi przyjemność:)
Jest, co prawda, pewna możliwość osobistego przeżycia mrożących krew w żyłach doznań w miejskich strefach kibica, ale to nie całkiem to samo, bo i służby w stanie najwyższej gotowości i nasz niezawodny duch mistrzów organizacyjnej improwizacji  ożywa w pełnej dyspozycyjności na okoliczność takich wiekopomnych zdarzeń, jak dajmy na to nasze jedyne i niepowtarzalne, mistrzostwa Europy w piłce kopanej.
Coś ja dziwnie i wyjątkowo, tym razem, nie mam serca do tej masowej imprezy. Mimo pięknych stadionów i niezaprzeczalnych inwestycji, gdzie nie gdzie kończonych pośpiesznie za "pięć dwunasta", ale ostatecznie oddanych.
Może mi za bardzo przed oczami wokół biało-czerwono, z czego czerwieni najwięcej na pijackich, rozgrzanych i rozwrzeszczanych gębach kiboli, a biało na kłykciach zaciśniętych pięści.
Wstyd mi, ale mecze oglądam, a jakże. Jednak ręce w tym czasie zajmuję zwykle lepieniem, na przebieg zerkając przy okazji goli i nie poddaję się marzeniom o niewykonalnym, wychodząc z założenia, że jak ktoś umie grać, to z grupy wyjdzie , a jak nie to nie;)
Od lepienia do efektu mija trzy, cztery tygodnie, więc dziś ceramiką się nie pochwalę, bo nie ma jeszcze co pokazywać (korale dalej nieposkładane, ale korale nie Torres, nie uciekną;) za to pokażę ilustrację starego i słusznego powiedzonka, że miłe złego początki.
W wolne czerwcowe dni pozbierałam na działce ślicznie kwitnący czarny bez, przygotowałam wszystko jak w internetowych przepisach w celu uzyskania cudownie pachnącego, musującego i pysznego bzowego napoju.
Po zalaniu kwiatów syropem z cytryną i wszystkim , co tam trzeba i przepisowych 24 godzinach, zamiast aromatycznego napoju, uzyskałam płyn o zapachu zgniłego siana, który wylałam na kompost.
Czy może ktoś z Was zna tajemny przepis na UDANY musujący napój z kwiatów czarnego bzu?
Ja tu sobie piszę posta, a tym czasem gromowładny ciska piorunami w Donbas Arenę w Doniecku i zalewa ją hektolitarmi wody, studząc rozgrzane głowy kibiców, chyba więc znowu sięgnę do wiaderka z gliną, a na zakończenie pochwalę się plecioną bransoletką, którą wygrałam w cukierkowej rodawajce w Przystanku Anusin i pokazuję na czarno-białym tle, które ułożyło się w miejscu robienia zdjęcia:)
Dziękuję Aniu bardzo. Sprawiłaś mi wielką przyjemność:)))


wtorek, 5 czerwca 2012

Mokre róże pachną w biurze, a ja nie mogę pracować.


Co to za pomysł głupi
siedzieć w ponurym biurze
kiedy czerwcowy deszczyk
otula mgiełką róże.

Wiatr z płatków zapach zbiera
w obłoczki go unosi
rozprasza, nęci, kusi
pod nos mi go przynosi.

Jak mam instrukcję pisać
od punktów najeżoną,
gdy deszcz za oknem pada
na różę rozmarzoną.

Ach, być przez chwilę różą
na deszczu się wykąpać,
na wietrze suszyć listki,
w kałuży się przeglądać.

Lub jeszcze lepiej z deszczem
na płatki skapnąć zgrabnie,
zostać kropelką, mgiełką,
gdzie będę nikt nie zgadnie.

I z wiatrem się uniosę,
zapachem róż odurzę,
a później wyparuję,
by już tu nie być dłużej.

Zamiast się skupić nad rozwiązywaniem złożonych służbowych problemów pozwalam, żeby niesforne rymy plątały mi myśli.
Chyba powinnam zmienić pracę, tylko jakoś nie umiem się za to zabrać z zaangażowaniem, co wynika z lenistwa i wygodnictwa, cóż.
A może wreszcie praca mnie zmieni i nie będzie odwrotu? Ja tam bym się zmieniła, bo instrukcja leży odłogiem, a wierszyk jakoś się napisał.
Ładne rzeczy. Zatem czym prędzej kończę ten skandaliczny post, ilustrując go różą, a jej słodki rymowany zapach przesyłam wszystkim cierpiącym nad obrzydłymi papierzyskami:)))

niedziela, 3 czerwca 2012

Cyklicznie ceramicznie - odcinek nr 4, czyli celtycki naszyjnik

Właściwie nie celtycki. Ornament i technika nie bardzo pasują, może po prostu etniczny?
Ceramiczny i kaprysiowy, to nie ulega kwestii;) Kojarzy mi się z wykopaliskiem;) Ktoś podrzuci własne skojarzenia?
Etniczny, nieceltycki, w każdym razie zrobiony "lewą rękę" trochę od niechcenia. Tylko ceramika i lniany szpagat, a Młoda kwiknęła, zabrała i nosi zachwycona, a ja czekam, kiedy przyjdzie do naprawy, bo sznurki tylko związałam i to chyba niezbyt solidnie;)
Siermiężny taki wyszedł, a przez to zupełnie inny od wszystkich poprzednich.
Szkliwo na nim to Stalowo-niebieski, trudno uwierzyć, bo wyszło zielonkawo, ale skrzynka z koralikami stała w piecu koło żółtego talerza i kolory swoim zwyczajem przewędrowały. To takie moje ulubione wypalanki niespodzianki:)
W razie czego zmienić sznurki na nowe nie problem. Bardzo praktyczne rozwiązanie i szybkie;)))
I jeszcze zapięcie zrobiłam mu z ogromniastego ceramicznego guzika.
Taki cudak:)