czwartek, 31 stycznia 2013

O szczęściu i wieszakach.

Aby osiągnąć szczęście, trzeba spełnić trzy warunki: być imbecylem, być egoistą i cieszyć się dobrym zdrowiem. Jeśli jednak nie spełnicie pierwszego warunku, wszystko jest stracone.
Gustaw  Flaubert
Ten cytat, podsłuchany kilka dni temu w porannej Zetce, jest dostatecznie cyniczny, jak na kaprysiowe wymagania. Nie wymaga też szerszego omówienia. Zostawmy więc szczęście, a zajmijmy się zadowoleniem. Ostatnio osiągam rzadko. Już sama nie wiem co jest przyczyną:( Zima, waga, praca, pesel, braki, kłucie, księżyc w fazie, nie takiej, pięta, błoto, śnieg, ceny, użeranie, nerwy zbędne, sny głupie, chęci nierealne, bo chciałabym, albo nie bardzo i takie tam różne, ech..
Na pocieszenie zrobiłam sobie parę wieszaków. Decoupage mnie odstresowuje. Jak sobie kwiatuszki naklejam, to nie myślę.
Jak nie myślę, to mi dobrze.
A wieszaków nigdy za dużo. To jedno z niewielu stuprocentowo praktycznych zastosowań obklejanek. Wieszak, to wieszak, a że w kwiatki, to trudno. Takie są:
Jak dla mnie, śliczniusie;) Perfekcjonistki dołożyłyby pewnie jeszcze parę warstw lakieru. Nie dołożę. Dobrze, że w ogóle coś nareszcie zrobiłam. 
Na dziś starczy. Pójdę teraz sobie coś powiesić, a ambitniejsze wpisy zostawię sobie na kiedyś, tam kiedyś:)

niedziela, 27 stycznia 2013

Dziękuję Krysiu, czyli "Miedzianka. Historia znikania" Filipa Springera.

Kupferberg - Miedzianka, miasteczko, którego nie ma. 
Niezwykły historyczny reportaż o przemijaniu, który od pierwszych zdań czyta się jak najlepszy kryminał.
O losach i historii miasteczek Dolnego Śląska nie uczono na szkolnych lekcjach. Do dziś to temat niewygodny i trudny. Dotyka zbyt wielu spraw przez lata "zamiatanych pod dywan".
O tych, którzy zostawiali swoje domy i całe dotychczasowe życie, i o tych, którzy umierali  po kilku latach pracy w kopalniach rud uranu, nie uczy się i nie przypomina. Korzystając z dostępnych przekazów i opowieści żyjących mieszkańców Miedzianki, Filip Springer opowiedział historię miasteczka z siedmiowiekową tradycją, które istnieje tylko we wspomnieniach.
Dzięki mojej bliskiej koleżance, z którą pracuję od wielu lat, mogę opisać garść jej wspomnień związanych z tym miejscem.
Krysia przyjechała do Kowar latem 1945 roku. Rodzice wprowadzili się do jednego z domów wyznaczonych do zasiedlenia. Dom należał do sióstr Krüger. W rodzinnym domu Krysi, w podwarszawskim Pruszkowie została urządzona kantyna dla sowieckich oficerów. Rodzice Krysi przyjechali tylko z tym, co udało się zapakować w kilka walizek.
Frau i fräulein Krüger mieszkały z rodziną Iglów jeszcze dwa lata.
Opiekowały się, urodzoną już w Kowarach, siostrą Krysi, pomagały w prowadzeniu domu i restauracji. Restauracje były dwie. Jedna "Grażyna" położona w parku i bar na dworcu w Kowarach.
Piwo do obu tata Krysi kupował w browarze w Miedziance. 
Mała Krysia pamięta zabawy z rówieśnikami i wyprawy do Miedzianki. Zakazane zabawy w opuszczonych domach i groby właścicieli pałacu, do których zaglądali. Dorośli zajęci własnymi sprawami nie byli w stanie upilnować dzieciarni, dla której groby i śmierć była równie fascynująca, jak abstrakcyjna. Niemieckie koleżanki i koledzy z czasem znikali, do zabaw i wypraw dołączali mali Rosjanie.
Miedzianka i Kowary we wspomnieniach Krysi, to ciche, urokliwe uliczki pełne kwiatów, z kutymi starymi latarniami, senne i spokojne. Pamięta restaurację ojca przy stacji kolejowej z drewnianymi boksami oddzielającymi stoliki. Wieszaki z poroży jeleni, żółtą tapetę w złote wzorki, wysoki bar z pompką do piwa. Pamięta też migocące promienie słońca na dużych , sześcioosobowych stołach nakrytych kraciastymi obrusami. Komplety obrusów były trzy, zmieniane w miarę potrzeby, czerwony, niebieski i seledynowy.
W rogu restauracji stała pianola z pięknym starym mechanizmem, dzięki któremu instrument sam wygrywał melodie, a po przesunięciu dźwigni można było grać na nim, jak na każdym zwykłym pianinie. Za darmowe obiady, drobny, przygarbiony nauczyciel muzyki uczył na niej grać małą Krysię. Nie wyjechał do Niemiec z innymi repatriantami. Popełnił samobójstwo, ale o tym Krysia dowiedziała się od rodziców wiele lat później.
Siostry Krüger były przez ojca Krysi zatrudniane, wielokrotnie też interweniował u władz i udawało mu się opóźnić ich wyjazd. Dom był duży i wygodny, a ludzie chcieli po prostu spokojnie żyć.
Wyjechały pod koniec 1947 roku, z pomocą ojca Krysi udało się im odszukać daleką rodzinę w Niemczech.
W roku 1950 okolice Kowar i Miedzianki było już innym miejscem. Rozrosła się zamknięta strefa R-1 wokół zarządzanej przez Rosjan kopalni rud uranu, a rodzina Iglów dostała dwadzieścia cztery godziny na opuszczenie domu i Kowar.
Taka była cena za pomoc i sympatię dla ludzi, którzy mieszkali tam od wieków i za dobrze prosperujące dwie restauracje. Własność i prywatna inicjatywa nie mieściły się w schemacie nowych socjalistycznych porządków.
To niezwykłe móc przyjrzeć się historii oczami jej świadków. Taką cudowną możliwość daje książka Filipa Springera.
Krysi pozwoliła wrócić do wspomnień dzieciństwa, które choćby najtrudniejsze, to zawsze pozostają radosne i jasne, a ja dzięki niej zyskałam możliwość poznania i zapisania ich drobnej cząstki.
Dziękuję Krysiu:)

Dla zainteresowanych aktywne linki:
http://www.polityka.pl/spoleczenstwo/reportaze/303896,1,dlaczego-miedzianka-musiala-zniknac.read
http://www.culture.pl/baza-literatura-pelna-tresc/-/eo_event_asset_publisher/eAN5/content/filip-springer-miedzianka-historia-znikania

czwartek, 17 stycznia 2013

Pożegnanie z Ninją zwaną Dudusiem.

Po miesięcznym rozstaniu, czułych przymilankach i powitalnych całuskach ze swoją pańcią, Ninja zwana potocznie Dudusiem, wróciła do swojego domku i stęsknionych dwunogów. Korzystając z pięknego niedzielnego słońca zrobiłam jej jeszcze parę pożegnalnych zdjęć.
Tracąc kocie towarzystwo zyskałam trochę wolności i możliwość otwierania okien bez stresu. Zawsze jest coś za coś, a że styczniowe dni wypełnia mi obrzydła i stresująca praca, to trochę wieczornej wolności jest również mile widziane:)
Po dłuższych przerwach w swoich różnorodnych dłubankach zwykle zaczynam od decoupage, bo tak najprościej i najbardziej odstresowująco. Jeszcze w zeszłym tygodniu dotarła do mnie z dawna oczekiwana przesyłka od Agnieszki, a w niej kuszące wieszaki i dodatkowo, w prezencie śliczne serwetki:) Dziękuję Agusiu:)
Czekam teraz na dzień, w którym po powrocie do domu będę miała jeszcze zapał i ochotę na wyciągnięcie serwetek, farby i kleju. 
A wieszaki prezentuje Duduś, ponieważ natychmiast położyła się w miejscu, które fotografowałam. Chyba wszystkie kocice to urodzone modelki:)
Stosik książek przy nocnym stoliczku bardzo stopniał, muszę więc jak najszybciej go uzupełnić o nowe tytuły, a następnym razem napiszę kilka słów o "Miedziance", ponieważ tak jak pisała w komentarzu do poprzedniego posta Inkwizycja, książka jest niezwykła, a dodatkowo przypadek sprawił, że znam osobę, która w latach pięćdziesiątych prawdopodobnie właśnie tam mieszkała.
Muszę poczekać tylko, aż moja droga Krysia przeczyta książkę i znajdziemy czas na dłuższą rozmowę, a wtedy będziemy rozmawiać, i rozmawiać, i rozmawiać...:)

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Statystyka

Statystyczna krzywa Gaussa ma kształt kapelusza. Nie noszę kapeluszy. Ładnie mi w nich, ale baba w kapeluszu z siatami w rękach wygląda idiotycznie. W powozie, w Ascot, w limuzynie, w pałacu, ok, ale w tramwaju? Głupio.
Zakładając, że moja sąsiadka nosi kapelusz codziennie, a ja wcale, to statystycznie chodzimy w nich co drugi dzień. Właściwie mogłybyśmy używać jednego.
Statystyczna Polka ma dziś około 40 lat, 165 cm wzrostu, średnie wykształcenie, waży 68 kg, pracuje w handlu, oświacie lub służbie zdrowia, za rzadko robi badania i ma więcej niż jedno dziecko ;), a przed sobą 27 lat pracy.
Praca dla kobiety do sześćdziesięciu siedmiu lat. Tak cudnie nam wymyślono, że co sobie o tym przypominam, to mnie mdli, chociaż mi niby zostało "tylko" koło jedenastu. Pfuj.
Jakby mi tak ktoś kilka odjął, to już nawet mogę chodzić w tym kapeluszu sąsiadki co drugi dzień. 
Jak więc widać po wstępie zaczęłam z obrzydzeniem kolejny tydzień, kolejnego roku. Za oknem szaro, buro i zimna chlapa, dzień krótki, kot śpi, nogi puchną, tyłek rośnie. 
Najlepsze pocieszenie w dobrym jedzeniu, ale tyłek rośnie. I jeszcze w czytaniu, niestety na siedząco, więc tyłek rośnie.
Zupełnie nie po kolei zaliczyłam całą kryminalną sagę Camilli Lackberg. Bardzo sympatyczne czytadło:) Jest coś niezwykle przyjemnego i przyciągającego w śledzeniu losów znajomych bohaterów uwikłanych w coraz to nowe, mroczne, kryminalne historie rozgrywające się w malowniczej szwedzkiej Fjallbace. Prosty język, dobrze zawiązane intrygi, wartka akcja, a przy tym ciekawy obyczajowy obraz szwedzkiej prowincji. Jak już koniecznie miałabym się do czegoś przyczepić, to do nieprawdopodobnych ilości kawy wypijanej każdego dnia i o każdej porze przez bohaterów, ale ja po prostu lubię się czepiać, a do tego nie lubię kawy;)
Z przyjemnością zastanawiam się nad kolejną książką. Na stoliku czeka "Zniknięcie słonia" Murakamiego - czytam z przerwami, bo to specyficzne opowiadania, bardzo ciekawie zapowiadająca się "Historia smaku" Bryana Bruce, "Zarys dziejów traktora po ukraińsku" Mariny Lewyckiej i reportaże Filipa Springera "Miedzianka. Historia znikania." oraz Liao Yiwu "Prowadzący umarłych" - zbiór blisko trzydziestu wywiadów z przedstawicielami najniższych warstw chińskiego społeczeństwa, zupełnie niezwykła galeria postaci całkiem niepasujących do oficjalnego obrazu nowoczesnych Chin.
Smakowity wybór :) A tyłek rośnie;)
Na koniec pokazuję obfotografowany kołnierzyk od Ediny i kota póki jeszcze z nami mieszka i idę czytać. Zupełnie niestatystycznie, ponieważ przeciętnie Polak czyta podobno jedną książkę w roku.
Z tym, że oczywiście Polek ta statystyka nie dotyczy, prawda? :)))

wtorek, 1 stycznia 2013

Remanent i noworoczne życzenia.

Nie zdążyłam z życzeniami w starym roku, nie zdążyłam też z drugim grudniowym wpisem, z niczym nie mogę zdążyć;) 
Życzę, więc w Pierwszym Roku po końcu świata, sobie i wszystkim, mimo wszystko, żeby zdążać, i żeby już od stycznia Nowy Rok był godny swojej trzynastki, czyli szczęśliwy, bo dla mnie trzynastki są szczęśliwe i chociaż podobno zawsze może być gorzej, to żeby nie było.
Skromne życzenia, bo kryzysowe, chociaż w sklepach nie było widać, aż dziw. Pierwszy dzień pierwszego trzynastego roku skłania do podsumowań.
Koniec świata oczywiście był, bo jak czegoś nie zauważamy, to nie znaczy, że tego nie ma. A tu styczeń i po zimie. Mogłoby tak zostać. Wreszcie zaczęło wyglądać słońce i nareszcie zaczęło przybywać dnia. Blogowe zaległości rosną i rosną, i tak już chyba zostanie z powodu, jak wyżej, a na dobry początek zaplanowałam remanent grudnia. 
Po pierwsze kot. Od połowy miesiąca mieszka z nami gościnnie Ninja. 
Czarna i przemiła. Pożegnamy się w połowie stycznia jak jej właściciele wrócą z dalekiej Kanady. Trudno będzie się rozstać, bo się zaprzyjaźniłyśmy i trudno również robi się zdjęcia czarnemu kotu, ale coś tam widać.
Z kotem raźniej i wróciła wena. Bardzo pożądana, bo prezentowa. I znowu koty, w tym jeden zezowaty. Dla najmłodszych prezentobiorców. Kaprysie nie są mistrzami szycia, ale ku mojej radości koty spotkały się z przytulnym przyjęciem:)
Przodami
i tyłami.
Również prezentowy był koronkowy kołnierzyk, który przysłała mi Edina z Leśnego zakątka, ale zdjęcia diabli wzięli i nie mam go jak pokazać, ku własnej irytacji. Nowe zdjęcie zrobię i pokażę na blogu, jak tylko pożyczę kołnierzyk od obdarowanej prezentobiorczyni. Przepraszam Edinko i jeszcze raz dziękuję, bo jest prześliczny:)
Prezentowe były również broszki i mydelniczki, które powędrowały do kolejnych prezentobiorców.
Pod choinką były i książki oczywiście, i korale różne, i inne drobiazgi. Jakoś tam stary Mikołaj się uwinął, a święta minęły w miłym rodzinnym gronie.
W grudniu było i wesele zaprzyjaźnionej przemiłej Młodej Pary, i spotkań parę uroczystych i działo się, działo, że ho,ho, więc to i nic dziwnego, że ze zdążaniem miałam problemy;)
Tradycyjnie Nowy Rok ruszył w skocznych rytmach wiedeńskich galopów, walców i marszy, czas w nim raczej nie zwolni, cudów nie ma, lecz niech więc przynajmniej będzie tak udany i pogodny jak jego pierwszy dzień:)
Za wszystkie przesłane życzenia bardzo dziękuję, a ja wszystkim kapryśnikowym gościom życzę:

Szczęśliwego Nowego Roku 2013!!!