czwartek, 21 marca 2013

Trochę pieprzu.

Tak dla zmiany smaku. I na rozgrzewkę, bo piękną mamy zimę tej wiosny. I dobrze. Wolę kiedy pies tarza się w śniegu, niż w błocie. Wolę jak jest biało i czysto, niż czarno i brudno. A, że zimno, trudno.
W końcu zawsze można się ubrać. O wiośnie przypomina zmęczenie, dlatego jej nie lubię. Coraz więcej spraw mnie męczy, do wielu nie mam cierpliwości, a inne przestają mnie zwyczajnie interesować.
Mam ochotę na porządki, na zajmowanie się tym co naprawdę jest warte mojego czasu, na relaks.
Przeglądałam ostatnio kapryśnikowe zapiski i sama się sobie dziwię, że tak długo je prowadzę. I tu czas przewietrzyć, posprzątać i odpocząć.
Za tydzień święta, jak dobrze.
O Wielkanocy pisałam kiedyś tutaj, a dziś zastanawiam się nad świąteczną dekoracją stołu. Pewnie będzie jakoś tak,
 
albo podobnie. Może inne tulipany, chociaż nie, te lubię najbardziej:)

Radosnych Świąt Wam życzę i może jednak bez śniegu;)

A na koniec mała zgadywanka, kto wie jaki to pieprz? ;) 

sobota, 16 marca 2013

Niespiesznie.

Kapryśnik jest do odpoczywania i dla przyjemności.
Jak mam ochotę się podenerwować czytam gazety. Na bieżące tematy ogólne mówi się i pisze i tak za wiele. Tu jest cisza i spokój. 
I lesiowe futerko, czarny wilgotny nos i machający ogon.
To dopiero trzy tygodnie, a już jest całkiem nasz. Mniej piszczy pod drzwiami jak wychodzimy i grzecznie czeka na nasz powrót. O siusianiu w domu dawno zapomnieliśmy. Zdarzyło mu się to tylko dwa razy i to na samym początku, jak bał się wychodzić na spacerki.
Mądry, kochany Lesio:)
Chciałabym, żeby ten weekend minął nam niespiesznie. Słońce pięknie świeci, ale nadal mróz i zimy wiatr nie zachęcają do długich spacerów. Młoda zdobywa świat wiele tysięcy kilometrów stąd, pan mąż leczy katar, a ja chciałabym odpocząć w ciepłym, przytulnym domu z filiżanką zielonej herbaty i przytulonym Lesiem. Zapomnieć o pracy, nagłówkach gazet i codziennym zgiełku. I może jeszcze naszykować i ozdobić kilka wydmuszek. Nigdy nie ma ich za wiele kiedy razem ze świątecznymi życzeniami rozdaję je bliskim.
A to kilka gotowych:

A to Lesio już z podniesionym ogonem na spacerku i z koleżanką,
 I w domu, na łóżku oczywiście:)
 
Miłego , rodzinnego weekendu Wam życzę:)

sobota, 9 marca 2013

Lesio przestępca i decoupage.

Marzec zaczął się ekstremalnie. Ciągle nie bardzo mogę do siebie dojść, a przebiegane za Lesiem noc i dzień przypominają mi się coraz to nowymi dolegliwościami;) Bardzo też jestem zadowolona, że śnieg spadł teraz, a nie tydzień temu. Bardzo;) Pożytek z tego wszystkiego taki, że Lesio dokładnie już wie, jak w razie czego, wrócić do domu;)
Tak wiele lęków i urazów mieszka w tej małej psiej główce, że wiele jeszcze potrzeba czasu i cierpliwości, żeby mógł o nich zapomnieć. Nadal boi się mężczyzn, gwałtownych ruchów i nie chce wychodzić na spacerki z pańciem, chociaż pod naszą nieobecność roznosi po mieszkaniu zarówno buty moje, jak i męża. Łóżko pańcia też jest w porządku. Na męskie spacerki przyjdzie kiedyś czas, choć przyznam, że wyczekuję go bardzo niecierpliwie;)
Na razie Lesio lubi czasem uciąć sobie z pańcią drzemkę, a nudę ostatniej nocy zabijał pożerając mojego kapcia. Z miłości jak sądzę i dla rozrywki jedynie, bo żadnego poszarpanego kawałeczka skóry nie zjadł na szczęście.
Jak nie chodzę z psem i nie pracuję, chociaż właściwie cały mój czas porządkują głównie obie te czynności, to kleję.
Zrobiłam już trochę pisanek i jedną deseczkę z nową, dwustronną rymowanką dosyć dokładnie ilustrująca czym powinnam się leczyć, chociaż mogę tylko miodem:)

"Na żółć co zalewa,
na nudę co ziewa,
na gardło i dreszcze
i inne też jeszcze
przyczyny i skutki
najlepszy prócz wódki,
jest miodek słodziutki..."

Zamiast miodek mogłoby być Lesio, gdyby nie kapeć. Mieliśmy zasadniczą rozmowę, po której poszedł spać, więc być może przemyśli swoje postępowanie;)
Pisanki następnym razem, a dziś, deseczka, Lesio przestępca i drzemka z przestępcą:)
A my oczywiście na spacerek;)

niedziela, 3 marca 2013

Podziękowania i lesiowe historie.

Wszystkim dobrym i kochanym duszom, które okazały mi wsparcie i pomoc w poszukiwaniach Lesia dziękuję z całego serca. Mam wobec Was wszystkich wielki dług wdzięczności. To jedna z najwspanialszych rzeczy znaleźć tyle serca, wsparcia i bezinteresownej pomocy w trudnych chwilach.
Jesteście wspaniałe:) Nie dałabym bez Was rady.
Szczególne podziękowania kieruję do Joasi, która w piątek od pierwszej w nocy przez kilka godzin jeździła po Tarchominie rozklejając pierwsze zrobione i wydrukowane przez siebie ogłoszenia, a potem do świtu mailowała z Młodą układając treść kolejnych, żeby następnie większość soboty spędzić na szukaniu Lesia, rozklejaniu kolejnych ogłoszeń i wożeniu mnie, ponieważ nogi odmówiły mi posłuszeństwa.
I do Anki Wrocławianki, która jako pierwsza nagłośniła zaginięcie Lesia na swoim blogu, na facebooku i na tablicy.pl, a także do wszystkich osób, które kolejno zamieszczały ogłoszenia o Lesiu na swoich kontach.
Wybaczcie, że nie odpowiadałam na komentarze. Właściwie cały czas byliśmy poza domem krążąc po okolicy i rozwieszając oraz rozdając ogłoszenia. 
Dziękuję również Agnieszce i Bartkowi, którzy przyjechali specjalnie, żeby nas wspomóc w oklejaniu dalszych osiedli i sklepów, oraz wszystkim znajomym Młodej, którzy zadeklarowali przyjazd kolejnego dnia i pomoc w poszukiwaniach. O dziecku swym, czyli Młodej nawet nie piszę, bo ona wie sama, że bez niej bym padła zaraz w nocy w piątek, bo ja sama byłam w stanie wyłącznie biegać całą noc w prawdopodobnych miejscach, w które Lesio mógł się skierować. Wszyscy troje plus Asia (ja się w życiu Tobie Asieńko nie wywdzięczę) nie spaliśmy w nocy z piątku na sobotę dosyć intensywnie przemieszczając się na piechotę po sporym obszarze.
Nad ranem dwie godziny odpoczynku i od nowa chodzenie przez resztę soboty.
W sumie rozkleiliśmy i rozdaliśmy ponad 600 ogłoszeń. Znamy teraz też większość właścicieli psów na Tarchominie i wszyscy mają mój numer telefonu:)
Już w sobotę rano zaczęły spływać pierwsze informacje od osób, które widziały Lesia. To mapka, którą opracowałam na podstawie informacji telefonicznych i od spotykanych właścicieli psów, z którymi się bawił i którzy go widzieli.
Punkt A to miejsce, w którym przerażony Lesio zaczął uciekać. Była 21.30 w piątek. Na nieszczęście otwarta była furtka na osiedle, bo inaczej nie wydostałby się z terenu zamkniętego. W miejscu oznaczonym czerwoną strzałką ostatni raz go widziałam.
Zaczepił tam smyczą o koło samochodu i jakiś facet zamiast go przytrzymać odpiął smycz. Dobiegłam o minutę, dwie za późno.
Był ode mnie 3, 4 metry, ale uciekał dalej i nie reagował na wołanie. Wpadł na niezabudowany teren nieużytków pełen różnych traw, dołów i krzaczorów. Większość terenu widocznego na mapce i jeszcze sporą część dalej na północ obeszliśmy w nocy z piątku na sobotę i w sobotę. Krzaczory i doły po ciemku również. Byłam zdesperowana i zrozpaczona. Niebieskie romby to miejsca, w których był widziany w sobotę przez osoby, które do mnie dzwoniły lub z którymi rozmawialiśmy osobiście. 
Wniosek płynie z tego taki, że Lesio nie wrócił po własnych śladach. Przez pierwszy tydzień tylko raz wyszłam z nim poza teren osiedla i to tylko na dosłownie kilka metrów. Nie znał więc zupełnie terenu, na którym się znalazł. Nie wracał też trasą własnej ucieczki. Najwyżej położony na mapce niebieski romb, to informacja z godz. około 18.00 w sobotę. Byliśmy tam, w ciągu 10 minut, ale go nie znaleźliśmy. Musiał rozpoznać zapach naszych śladów i po nich wrócił. Jest niesamowity:)))   
I dobrze, że tyle chodziliśmy, chociaż nóg nie czuję, w diabły poszła cała moja rehabilitacja, mam chyba też zapalenie oskrzeli, bo noc była zimna, a sprint za Lesiem zaraz po ucieczce, to chyba około 800 metrów i myślałam, że płuca wypluję, a teraz wypluwam z jakimś takim dziwnym charkotem, co go jeszcze nigdy takiego nie miałam;) o stanie przedzawałowym, ciśnieniu i innych takich nie wspominając. Ale to nic, bo jak wracaliśmy wczoraj po rozwieszaniu ogłoszeń w odleglejszych osiedlach, zobaczyliśmy Lesia jak siedzi na chodniku w pobliżu naszej klatki schodowej. Była chyba 20.30. Jak tylko nas zobaczył, przybiegł i witał się najczulej, jak tylko stęskniony, zgubiony pies po przejściach potrafi:)))
Jak odpuściły nerwy, skończyły się szlochy szczęścia, pies dostał jeść, a my zamówiliśmy jakieś coś z KFC (pierwsze jedzenie od piątku wieczór, do tej pory jechaliśmy na herbacie, kawie i jednej jajecznicy z trzech jajek dla trojga - jakoś nie mieliśmy apetytu;)) i położyliśmy się nareszcie spać. Po raz pierwszy razem z Lesiem. Jakoś tam się zmieściliśmy, bo łóżko jest spore:)
To skrócona relacja z jednych z najgorszych dwudziestu dwu godzin jakie mi się w życiu przytrafiły, ale wszystko dobre, co się dobrze kończy:)
Kochany Lesio i Wy kochani wszyscy wspierający Lesia i mnie, czynnie i dobrymi myślami:)
DZIĘKUJEMY :)))))))))))))


sobota, 2 marca 2013

JEST !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

WRÓCIŁ SAM !!!

Lesio śpi w łóżku. My szlochamy ze szczęścia.
Wszystkim bardzo dziękujemy za pomoc i wsparcie.

Matka jutro zda szczegółową relację, ponieważ teraz ledwo żyje z nadmiaru emocji.

Młoda.


Czarna rozpacz.

Napisałam poprzedniego posta i wyszłam z Lesiem na spacer. Pod samym domem niechcący nadepnęłam mu na łapkę. Wpadł w panikę , wyrwał mi smycz i w panice zaczął uciekać. Biegłam za nim przez kilka kolejnych osiedli, aż zniknął mi z oczu. Po drodze urwał smycz. Uciekał przede mną, więc jak go doganiałam przyspieszał kroku. W końcu zniknął mi z oczu. Jak to pisałam była prawie pierwsza w nocy. Lesia nie ma. Serce mi pęka. Objechaliśmy samochodem wszystkie ulice. Jest tu dużo dzikich nieużytków, lasków, terenów budowy. Wiem gdzie widziałam go po raz ostatni. O świcie zaczynamy szukać na nowo, ale to jak znaleźć igłę w stogu siana. Nie wiem gdzie pobiegł, nie wiem jak daleko, nie mam pojęcia jak daleko mógł się oddalić. Był w czarnych szeleczkach, ale nie był zaczipowany, bo przytulisko dałoby mi książeczkę, a nie dostałam. Jestem w rozpaczy. Nawet nie płaczę, tylko wyję. Boże co robić....

To było w nocy, dziś jest jeszcze gorzej. Lesia nie ma. Rozwieszamy ogłoszenia, pytamy ludzi, zawiadomione schroniska, służba miejska i okoliczne kliniki weterynaryjne. Wróciłam do domu, a mąż i córka nadal chodzą, szukają, pytają i rozwieszają ogłoszenia. Nie mogę już chodzić, dwa tygodnie temu odstawiłam kule.
Skazałam Lesia na los gorszy niż schronisko, przez własne niedołęstwo, niezgrabność i beznadziejność.
Jak wróci córka spróbuję zamieścić plakat . Pomóżcie proszę...
Na razie udało mi się wkleić taki :

piątek, 1 marca 2013

Lesio

Myślałam, że budowanie zaufania u tak przerażonego i zestresowanego pieska, jakim siedem dni temu był Lesio, będzie trwało tygodnie.
Przez pierwsze trzy dni nie robił siusiu.
Jak już zrobił, to w kuchni, czyli najdalej oddalonym od jego koszyczka miejscu. Pierwsze spacerki to trauma, ani kroku za próg mieszkania.
Brałam go na ręce i odchodziłam od klatki za każdym razem kawałek dalej. Po sikaniu w kuchni  padło na puchową kołdrę na łóżku, w ostatniej chwili zdążyłam uratować materac;) I co gorzej to wysikał się na nią po półgodzinnym spacerku. Nagadałam mu, bo przecież nie mogłam podnieść głosu, a mały głupek machał ogonem;)
Ale już na kolejnym spacerze była kupa:)))))
Na następny poszłam więc już z torebkami. Skoro obsikał kołdrę na łóżku przed wyjściem do pracy przykryłam kocem fotel. Jak wróciłam spał na nim i po raz pierwszy wybiegł mi na spotkanie:) I na spacerze było siusiu, a w mieszkaniu już nie. Mądry Lesio. 
Każdy kolejny spacer, to coraz większa frajda. Lubi inne pieski, chętnie się z nimi bawi, a potem z gorącymi uszami i podniesionym(!) ogonem wraca do domu.
Ciągle nie jest jeszcze bardzo pewny siebie, ale jest uroczym i przymilnym pieskiem. Nie umie się tylko bawić z ludźmi, ale i na to przyjdzie kiedyś czas. Na smyczy chodzi pięknie, właściwie przy nodze. To chyba najdziwniejsze, bo przed znalezieniem się w przytulisku błąkał się na wsi, na smyczy nie chodził nigdy i sądzę też, że nigdy nie był w mieszkaniu. Kilka dni temu bał się ręki, smyczy, każdego gwałtownego ruchu i nowego odgłosu.
Klasyczne trudne dzieciństwo. Biedny mały Lesio.
Dziś była kąpiel (oj, nie lubimy się kąpać, bardzo, bardzo) i wizyta u naszego pana doktora (lubimy, bo mizia, drapie za uszami i kocha pieski) i spacerki, spacerki, spacerki... nóg nie czuję;)
A to już Lesio. Na fotelu oczywiście:)
I na spacerku. Jakość nie najlepsza, bo z telefonu, ale widać całość psa:)
 
I to już wszystko na dziś, bo przecież zaraz spacerek, spacerek, spacerek !!! :)))