niedziela, 25 marca 2012

Most i kiełbasa na wiosnę.

To co łączy zawsze jest dla mnie najważniejsze.
Dotyczy to relacji miedzy ludźmi, zainteresowań, działań, a także miejsc. Od wczoraj warszawską Białołękę i Bielany łączy nowy most. Opóźniony o sześć lat, nie najpiękniejszy, bez ścieżek rowerowych (ktoś widział ?, bo ja nie), z tramwajem, którego nie ma, a jak będzie, to kursujący tyłem do przodu, czyli wahadłowo (?!!!), z zakorkowanymi już w niedzielę zjazdami, ale jest.
W sobotę rano jeździło się po nim świetnie, ponieważ był udostępniony jedynie dla pieszych i rowerzystów. Były baloniki, uroczyste otwarcie, a wieczorem pokaz fajerwerków.
Na pamiątkę zrobiłam zdjęcia, bo więcej na Most Północny, albo jak kto woli, imienia bogu ducha winnej Marii Skłodowskiej - Curie, rowerem nie wjadę, ponieważ:
a) nie ma którędy - trzeba taszczyć rower po wąskich wysokich schodkach wzdłuż nasypu
b) nie jestem taka odważna, żeby lawirować pomiędzy samochodami.
Jadąc południową jezdnią od strony Bielan w miejscu połączenia wjazdów i drogi głównej rowerzysta nagle znajduje się  w samym środku ruchliwej pięciopasmówki.
Reasumując miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle.
Zwiedzających most przybywało z każdą chwilą, szybko zaczęło robić się tłoczno, 
więc prosto z mostu, korzystając z pięknej pogody zjechaliśmy nad Wisłę rozpalić pierwsze w tym roku wiosenne ognisko i zjeść upieczone w nim kiełbaski z patyka. 
Tak właśnie miło i rekreacyjnie minęła nam sobota i chociaż za dwa tygodnie święta, jajek nie obklejałam, porządków nie robiłam (i robić nie zamierzam), nie biegałam  po sklepach, nie pichciłam (na obiad alternatywny kiełbasa wystarczy;), a niedzielę poświęciłam dalszemu odpoczynkowi, bo od tego są niedziele, tym bardziej, że ktoś w tak zwanym międzyczasie, znowu ukradł godzinę z i tak za krótkiej doby.
Jednak żeby nie było już tak zupełnie na leniucha, złożyłam ceramiczny naszyjnik z nowych i starych koralików.
Z dawnego wypału szkliwo słonecznik, z nowego lawenda. Taki:
I tak kolorowo żegnam się z Wami życząc miłego tygodnia oraz wielu nowych udanych połączeń:)

poniedziałek, 12 marca 2012

Przedwiośnie.

Przedwiośnie to nie jest pora roku ulubiona przez kaprysie.
W skali od jednego do dziesięciu wskaźniki wydolności kształtują się u mnie następująco: samopoczucie trzy, ze wskazaniem na dwa, zapał do pracy jeden, optymistyczne spojrzenie w przyszłość dwa, aktywność fizyczna trzy, agresywność siedem, chęć leżenia z kołdrą na głowie dziewięć. 
Do tego wiosenne przesilenie, za chwilę ukradziona godzina z dnia, magnetyczne burze na słońcu, burze hormonalne we wnętrzu i w efekcie z ulubionych dłubanek chęć pozostała mi tylko do serwetek i kleju.
Decoupage to zajęcie bardzo mało wysiłkowe i dające cudowną możliwość nie myślenia o niczym, prócz zastanowienia się, w którym miejscu przykleić kolejny kawałek papierka. 
I tak klejąc relaksacyjnie jedne z korali zrobiłam na ludowo,
a drugie na różano;)
W weekend na manifę nie poszłam, dla zaproszonych gości zrobiłam kanapeczki, może i pracochłonne, ale mając je już gotowe ze znajomymi siedziałam i rozmawiałam przy stole jak człowiek, a nie kursowałam kłusem między kuchnią i pokojem.
A w konkursie Eurowizji, wzorem Casablanki zagłosuję mało patriotycznie na Buranowskie Babuszki z bratniej Rasiji, bo mi ludowe klimaty pasują, a i do grupy wiekowej zespołu już się łapię:)))

I mimo nieuchronnie zbliżającej się wiosny, tym optymistycznie ludowym akcentem żegnam się z Wami do następnego razu:)

poniedziałek, 5 marca 2012

Poranna rozmowa z Mrautak oraz jaskry chińskie w wersji decoupage i filcowej.

Poranna rozmowa z Mrautak

Przyszła i zamruczała: 
"Nie chcę żebyś mnie zostawiała.
W domu jest pusto i nudno,
a smutne koty chudną"

"Ale ja muszę pracować,
żebym ci mogła kupować
chrupki z indyka, zabawki
i wyciąg z kociej trawki"

"A ja bym właśnie wolała,
żebyś mi mięsko dawała.
Takie soczyste, surowe,
co z tego, że dla mnie niezdrowe?

Lub myszkę przynieś mi żywą,
szarą, tłuściutką, prawdziwą,
a jeszcze lepiej wróbelka,
takiego co lata i ćwierka."

Tak długo i mądrze mruczała
i prawie mnie przekonała,
że myszka lub mały wróbelek,
to koci są przyjaciele.

"Mrautusiu! To niedorzeczne,
tak bawią się koty niegrzeczne,
a szanse na przyjaźń z wróbelkiem
u kotów są raczej niewielkie."

Na to grzbiet wyprężyła,
 na ziemię z fotela skoczyła
i poszła spać na kanapie
liżąc się przedtem po łapie.

Po takim porannym mruczeniu
do pracy się snułam w milczeniu.
Najciężej jest wtedy na duszy,
jak człowiek nie chce, a musi.

Tak to już jest, że kocie mruczenie samo się rymuje, a Mrautak nie lubi kiedy wychodzę rano do pracy, tak samo jak ja nie lubię jej zostawiać samej;)
A tymczasem słońce razi w oczy, koty marudzą, wiosna u bram. 
Na jej spotkanie żółto-pomarańczowe korale w słoneczne i pełne (czyli chińskie) jaskry.



A że ciągle zimno, to jeszcze jaskier filcowy. Ciepły, bo wełniany, ale już wiosenny i ładnie wyjaśniający pochodzenie słowa jaskrawy:)



Obie z Mrautak poprosimy już ciepłą, zieloną wiosnę z prawdziwymi jaskrami i urlop. A to jeszcze bardzo daleko niestety. Teraz w wolnej chwili może zrobimy korale w maki, albo w róże, lub coś równie wiosennego, a na razie w koszyku na balkonie zamiast kwiatków kwitnie w słońcu kot:)