Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kaprysy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kaprysy. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 marca 2015

Myśli.

"Myśli chodzą po głowie
mówi wyrażenie potoczne
wyrażenie potoczne
przecenia ruch myśli
większość z nich
stoi nieruchomo
pośrodku nudnego krajobrazu
szarych pagórków (...)

pod chmurnym
niskim

niebem
czaszki. 
                 Zbigniew Herbert

I stoi tak, i ani w prawo, ani w lewo. Przyczepił się do mnie skecz Fryderyka Jaroszego, w którym z niezwykłym wdziękiem odmieniał przez osoby powiedzonko "Widzi mi się" oraz zdanie "Ja noszę kalosze". Przypomnę:

widzi mi się
widzi ci się
widzi mu się
widzi nam się
widzi wam się
widzi im się

I odpowiednio:

ja noszę kalosze
ty nosisz kalosisz
on nosi kalosi
my nosimy kalosimy
wy nosicie kalosicie
oni noszą kaloszą

Tak długo mnie męczyło, aż dopasowałam dwa zdania, zdecydowanie mniej błyskotliwe, ale według podobnej zasady;)

ja myję szyję
ty myjesz szyjesz
on myje szyje
my myjemy szyjemy
wy myjecie szyjecie
oni myją szyją

oraz

słyszę myszę
słyszysz myszysz
słyszy myszy
słyszymy myszymy
słyszycie myszycie
słyszą myszą

Oczywiście drugie ma sens jedynie przy założeniu istnienia słowa mysza;)
Jakieś lepsze propozycje? :)
Język nasz ojczysty jest skarbnicą możliwości wymyślania najróżniejszych językowych wygibasów. 
A jak zasady nim rządzące są niepojęte dla cudzoziemców ilustruje rozmowa angielskojęzycznej studentki z polską koleżanką:
" - Wy Polacy jesteście narodem, który bardzo kocha i dba o psy"
   - Dlaczego tak uważasz?
   - Prawie przy wszystkich przejściach przez jezdnie stoją znaki ostrzegawcze: Uwaga piesi !"
Proste, prawda? Liczba pojedyncza - dog, mnoga - dogs i odpowiednio pies, piesi;)))
Gdyby to chociaż jeszcze była prawda..
I co tu się dziwić, że z grubsza biorąc jedna trzecia globu mówi po angielsku, druga trzecia po hiszpańsku, a reszta w większości po chińsku. Z tym, że chiński od polskiego jest raczej trudniejszy, ale to już zupełnie inna historia:)
Miłego biegu myśli na weekend Wam życzę:)
znalezione w sieci

środa, 18 marca 2015

Coś drgnęło..

Tak między Bogiem, a prawdą (synonimy do "między Bogiem, a prawdą": faktycznie, istotnie, na dobrą sprawę, rzeczywiście, właściwie, zaiste, itd.) od bardzo długiego czasu nic nie robiłam ze swoich ulubionych dłubanek. Miesiące całe. Nic.
Zastój (synonimy do "zastój": stagnacja, bezruch, marazm, bezwład, martwota, letarg, inercja, bezczyn, apatia, itp.)
straszny (synonimy do "straszny": makabryczny, koszmarny, upiorny, przeraźliwy, potworny, porażający, itd.) 
Ostatnio coś drgnęło. Delikatnie. 
Wyciągnęłam z dawien dawna wypaloną i poszkliwioną drobnicę.
I patrzę.
To nie jest proste. Wiadro gliny stoi i czeka od półtora roku. Ludzie, bliscy i kochani dopominają się o mydelniczki, kafle i takie tam inne. Dzień dłuższy, pies jęczy i tylko by chodził, z pracy wracam urobiona, zasadniczo nic mi się nie chce,
ale patrzę...

niedziela, 8 marca 2015

Nic

Czy zawsze trzeba pisać o czymś?
A może można coś napisać o niczym?
Tylko jeśli pisze się coś o niczym, to nic przestaje być niczym, ponieważ tworzy coś. Immanentna sprzeczność, jakby powiedziała Solejukowa. I kto to pisze?
Ktoś, kto programowo nie ogląda seriali? Jak nie ogląda, skoro ten ogląda. Taki dobry, czy tak otumaniałam?
Może jedno i drugie.
Nic jest neutralne. Niczego nie można pokochać i za nic nie można się obrazić. Jest ważne, bo żeby było coś, najpierw musiało być nic, a słynne onegdaj hasło wyborcze:"żeby nie było niczego" jednoznacznie sugeruje, żeby zlikwidować coś. Rewolucyjna idea.
Bywają dni, że nic odpowiada mi najlepiej.
Przedwiosenne wietrzenie i sprzątanie mózgu. Bardzo polecam.
Obraz Kristy Harris jako ilustracja. A że o niczym? To nic:)
 
autorstwa Kristy Harris


środa, 25 lutego 2015

Recydywa.

"Tłumaczyć się nie będę.
O, nie.
Wrócę na chwilkę,
może na dwie.
Napiszę wierszyk,
albo i dwa.
Opowiem czasem 
o sprawach psa.
Obrazek wkleję
z jakiejś podróży
i znów ucieknę,
jak mnie blog wkurzy.
Proszę Kaprysi
nie sądzić srogo,
bo srogie sądy,
nic nie pomogą.
Takie już właśnie 
Kaprysie są,
że piszą tylko wtedy
gdy chcą,
więc recydywę rymem ogłaszam.
Kto ma ochotę,

poniedziałek, 30 września 2013

"zdmuchnęła mnie ta jesień całkiem.."

I o czym tu pisać, jak nie mam ochoty o niczym;) Ponarzekam sobie. 
Tak zawsze lubiłam jesień, a ta jakoś mnie nie lubi. Może by tak przespać? 
Działkowy weekend sprzyjał grzybobraniu. Ludzie wychodzili z lasu z pełnymi wiadrami, ja ledwo uzbierałam niewielki koszyczek. Może powinnam iść do okulisty. Do kilku innych specjalistów też, ale jakoś nie mogę się zebrać, jak zresztą do wszystkiego;) Realizuję program minimum, robię tylko to, co bezwzględnie muszę, a i tak sporo wolniej;)
Moją, przemiłą zresztą, panią doktor "ostatniego kontaktu" poprosiłam ostatnio o taką tabletkę, po której nawet mogłabym krócej żyć, ale za to przyjemniej i intensywniej. Powiedziała, że też by taką chciała, ale niestety z dostępnych jej znanych wszystkie działają zdecydowanie za krótko, a do tego są nielegalne;)))
Skoro nawet grzybobranie marnie mi idzie, to o robótkach jakichkolwiek nawet nie ma co pisać.
Umęczyłam ostatnio kolejne sznurkowe korale i coś tam poskładałam ze starych ceramicznych zapasów, bo zaległości mam imieninowe wśród "krewnych i znajomych Królika" i nie tylko, a filc leży, glina leży i wena leży. Położę się obok.
Albo z Lesiem do lasu sobie pójdziemy tradycyjnie. I tyle;)
 

piątek, 10 maja 2013

O Lesiu i lesie rymowanka w stu słowach:)

  

O Lesiu i lesie rymowanka w stu słowach.

 

Czy słońce przygrzewa,
czy deszcz w rynnach gra
my z Lesiem po lesie
chodzimy co dnia.

I z Lesiem po lesie
brykając słuchamy
jak ptaszki ćwierkają, 
wiatr gada z drzewami.

Żywica zapachnie,
lub dzięcioł zastuka.
Jak miło jest w lesie
gdy w Lesiu mam druha.

A z lasu do domu
z językiem na wierzchu, 
wracamy by znowu 
wyjść zaraz po zmierzchu.

Bo Lesio do lasu 
co rusz chodzić chce
Kto ma swego Lesia,
jak jest, dobrze wie.

Pod drzwiami znów Lesia
rozmachał się chwost,
więc zaraz w stu słowach
zamykam mój post.


 

poniedziałek, 6 maja 2013

Sto słów, czyli mieszanka majowa.

Nowe stare paciorki, dawno wypalone, teraz poskładane. Lesio w polu i w lesie z psyjacielem plus trochę wiosny, czyli mieszanka majowa. Słowem skrót. Spokojnie mogłabym zrobić z tego posta, przynajmniej trzy, a przy odrobinie wysiłku z pięć.
Ale nie zrobię;) Pisać też nie będę za wiele. Od dawna myślę o tym, aby narzucić sobie ograniczenie ilości słów w poście np. do stu.
A to dlatego, że codziennie służbowo i prywatnie spędzam przy komputerze zbyt dużo czasu. I lubię wyzwania. Nawet najciekawsze, długie posty czytam zwykle pobieżnie. Wolę krótki przekaz.
A zatem paciorki, wiosna, pies i sto słów.
 
 
 
 
Miłego liczenia. Dobranoc:)




czwartek, 31 stycznia 2013

O szczęściu i wieszakach.

Aby osiągnąć szczęście, trzeba spełnić trzy warunki: być imbecylem, być egoistą i cieszyć się dobrym zdrowiem. Jeśli jednak nie spełnicie pierwszego warunku, wszystko jest stracone.
Gustaw  Flaubert
Ten cytat, podsłuchany kilka dni temu w porannej Zetce, jest dostatecznie cyniczny, jak na kaprysiowe wymagania. Nie wymaga też szerszego omówienia. Zostawmy więc szczęście, a zajmijmy się zadowoleniem. Ostatnio osiągam rzadko. Już sama nie wiem co jest przyczyną:( Zima, waga, praca, pesel, braki, kłucie, księżyc w fazie, nie takiej, pięta, błoto, śnieg, ceny, użeranie, nerwy zbędne, sny głupie, chęci nierealne, bo chciałabym, albo nie bardzo i takie tam różne, ech..
Na pocieszenie zrobiłam sobie parę wieszaków. Decoupage mnie odstresowuje. Jak sobie kwiatuszki naklejam, to nie myślę.
Jak nie myślę, to mi dobrze.
A wieszaków nigdy za dużo. To jedno z niewielu stuprocentowo praktycznych zastosowań obklejanek. Wieszak, to wieszak, a że w kwiatki, to trudno. Takie są:
Jak dla mnie, śliczniusie;) Perfekcjonistki dołożyłyby pewnie jeszcze parę warstw lakieru. Nie dołożę. Dobrze, że w ogóle coś nareszcie zrobiłam. 
Na dziś starczy. Pójdę teraz sobie coś powiesić, a ambitniejsze wpisy zostawię sobie na kiedyś, tam kiedyś:)

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Statystyka

Statystyczna krzywa Gaussa ma kształt kapelusza. Nie noszę kapeluszy. Ładnie mi w nich, ale baba w kapeluszu z siatami w rękach wygląda idiotycznie. W powozie, w Ascot, w limuzynie, w pałacu, ok, ale w tramwaju? Głupio.
Zakładając, że moja sąsiadka nosi kapelusz codziennie, a ja wcale, to statystycznie chodzimy w nich co drugi dzień. Właściwie mogłybyśmy używać jednego.
Statystyczna Polka ma dziś około 40 lat, 165 cm wzrostu, średnie wykształcenie, waży 68 kg, pracuje w handlu, oświacie lub służbie zdrowia, za rzadko robi badania i ma więcej niż jedno dziecko ;), a przed sobą 27 lat pracy.
Praca dla kobiety do sześćdziesięciu siedmiu lat. Tak cudnie nam wymyślono, że co sobie o tym przypominam, to mnie mdli, chociaż mi niby zostało "tylko" koło jedenastu. Pfuj.
Jakby mi tak ktoś kilka odjął, to już nawet mogę chodzić w tym kapeluszu sąsiadki co drugi dzień. 
Jak więc widać po wstępie zaczęłam z obrzydzeniem kolejny tydzień, kolejnego roku. Za oknem szaro, buro i zimna chlapa, dzień krótki, kot śpi, nogi puchną, tyłek rośnie. 
Najlepsze pocieszenie w dobrym jedzeniu, ale tyłek rośnie. I jeszcze w czytaniu, niestety na siedząco, więc tyłek rośnie.
Zupełnie nie po kolei zaliczyłam całą kryminalną sagę Camilli Lackberg. Bardzo sympatyczne czytadło:) Jest coś niezwykle przyjemnego i przyciągającego w śledzeniu losów znajomych bohaterów uwikłanych w coraz to nowe, mroczne, kryminalne historie rozgrywające się w malowniczej szwedzkiej Fjallbace. Prosty język, dobrze zawiązane intrygi, wartka akcja, a przy tym ciekawy obyczajowy obraz szwedzkiej prowincji. Jak już koniecznie miałabym się do czegoś przyczepić, to do nieprawdopodobnych ilości kawy wypijanej każdego dnia i o każdej porze przez bohaterów, ale ja po prostu lubię się czepiać, a do tego nie lubię kawy;)
Z przyjemnością zastanawiam się nad kolejną książką. Na stoliku czeka "Zniknięcie słonia" Murakamiego - czytam z przerwami, bo to specyficzne opowiadania, bardzo ciekawie zapowiadająca się "Historia smaku" Bryana Bruce, "Zarys dziejów traktora po ukraińsku" Mariny Lewyckiej i reportaże Filipa Springera "Miedzianka. Historia znikania." oraz Liao Yiwu "Prowadzący umarłych" - zbiór blisko trzydziestu wywiadów z przedstawicielami najniższych warstw chińskiego społeczeństwa, zupełnie niezwykła galeria postaci całkiem niepasujących do oficjalnego obrazu nowoczesnych Chin.
Smakowity wybór :) A tyłek rośnie;)
Na koniec pokazuję obfotografowany kołnierzyk od Ediny i kota póki jeszcze z nami mieszka i idę czytać. Zupełnie niestatystycznie, ponieważ przeciętnie Polak czyta podobno jedną książkę w roku.
Z tym, że oczywiście Polek ta statystyka nie dotyczy, prawda? :)))

niedziela, 2 grudnia 2012

Mikołaj był...

"   starszy od grzechu, a jego broda nie mogła bardziej posiwieć. Chciał umrzeć.
Krasnale, żyjące w jaskiniach Arktyki nie znały jego języka, rozmawiały jednak we własnej szczebiotliwej mowie, i kiedy nie pracowały w fabrykach, odprawiały niezrozumiałe rytuały.
Każdego roku zmuszały go, mimo protestów i płaczu, do wejścia w Wieczną Noc. Podczas swoich podróży zatrzymywał się obok każdego dziecka na świecie i zostawiał mu przy łóżku niewidzialny krasnoludzki prezent. Dzieci spały uwięzione w czasie.
Zazdrościł Prometeuszowi i Lokiemu, Syzyfowi i Judaszowi. Jego kara była cięższa.
Ho.
Ho.
Ho.  "
Neil Gaiman
Zegar tyka. Tyk, tyk, tyk i znowu grudzień. Może byłby i sympatyczny, gdyby nie sklepy, gary, porządki, praca i czas, który pędzi na oślep.
I jak tu się cieszyć świętami?
Biedny Mikołaj. Biedne kaprysie.
Ho.
Ho.
Ho.
Cytat to chyba najkrótsze opowiadanie Gaimana zamieszczone w zbiorku "Dym i lustra". Jak ja lubię tego autora:)
Zawsze znajdę u niego coś zaskakującego. Tym razem szczypta czarnego humoru, ot tak, żeby zmącić grudniową, lukrowaną przedświąteczną atmosferę kropelką dziegciu;)
Zresztą kto zaprzeczy, że wymyślenie/znalezienie/zrobienie/kupienie/dopasowanie do upodobań* kilkunastu prezentów pod choinkę, to nie jest zadanie karkołomne?
Pomysły jakieś? Konstruktywne?

* podkreślić wybrane


czwartek, 2 sierpnia 2012

Sielskie klimaty, czyli ciężkie przypadki wróbelka elemelka..

Jeszcze tak nie było, żebym wróciła z działki wypoczęta ;)
Tam zawsze jest coś do wypielenia, posprzątania, ugotowania i przetworzenia. Rozliczne zajęcia same się nakręcają, a mówią, że perpetuum mobile nie istnieje. Myślałby kto.
Nie daję się. Żeby nie wiem co znajduję czas dla siebie.
Przynajmniej na książkę i lepienie, a najmilsze chwile łapię z samego rana, kiedy rodzinka słodko chrapie. Siadam wtedy przy stole pod winogronami i smakuję sobie cichy, letni, wiejski, zamglony poranek popijając zieloną herbatkę, a Mrautak biega i łapie wszystko co się rusza. Czasem biedronki, a czasem co innego.
Kot jeździ z nami. Nie lubi, ale jeździ. To znaczy jeździć nie lubi, ale działkową wolność bardzo sobie chwali. Ostatnio za bardzo.
Byliśmy z nią wielokrotnie i nigdy do tego łaciatego łba nie wpadł pomysł oddalania się z podwórka. Do czasu.
Dzień, w którym szukałam kota od rana do nocy po całej wsi i okolicznych polach zapamiętam na długo. W końcu rodzina też zaczęła szukać.
Cała wieś szukała. Bite 14 godzin. Jeszcze na drugi dzień pani w sklepie, w miasteczku odległym od naszego domu o dwa kilometry pytała, czy kot tej pani z Warszawy, co tak chodziła tyle godzin z rozwianym włosem i czerwonymi oczami, w końcu się znalazł. Przynajmniej o mrautaczą cnotę, a właściwie o perspektywę zostania kocią babcią, byłam spokojna, bo szczęśliwie jest wysterylizowana, ale inne czarne wizje towarzyszyły mi dzień cały i kawałek nocy. Znalezienie kota w łanach dojrzewającego zboża graniczy z cudem. Nie znaleźliśmy.
Panienka przyszła sama późnym bardzo wieczorem z rozpaczliwie ćwierkającym wróbelkiem w zębach.
Młoda narobiła krzyku, kot otworzył pysk, a wróbelek zniknął nam z pola widzenia. Obrażona Mrautak uprzejmie się posiliła, wysikała do kuwety (te miejskie maniery;)) i poszła spać. My też.
A rano zza kredensu ćwir, ćwir, ćwir...
Upał, trzydzieści parę stopni, a my odsuwaliśmy wszystkie meble. Rozpierdziocha na całego, bo żeby ruszyć kredens trzeba było wszystko wyjąć, a to solidne stare, ciężkie, drewniane sprzęty są. Potem w ruch poszło łóżko z drewnianymi zagłówkami, lodówka, szafa i dywan.
Polowanie zajęło nam dwie godziny. Kota nie było na szczęście, bo też poszła polować, ale tym razem już widziałam dokąd. Blisko nawet. Do starej stodoły sąsiadów, w której trzymają mnóstwo kostek starej słomy, a spokojny żywot wiodło kilka mysich rodzin.
Raj dla kota po prostu. 
Ptaszek nawet nie był przetrącony i wrócił na wolność, zdjęcia mu nie zrobiłam, bo za bardzo mi się ręce trzęsły. Sprzątaliśmy potem kolejnych kilka godzin. Każdy spędza wolny czas, jak lubi;))) 
A potem nie mogliśmy jechać do Warszawy, bo cholera łaciata nie wracała, dopiero po dziewiątej wieczór była uprzejma się pojawić, zdziwiona niezwykle czego to się od niej chce, bo przecież myszki już nie przynosiła, skoro takie piękne łupy nam się nie podobają. Teraz kolejny dzień odpoczywa biedactwo.
Zanim kot dostarczył nam rozrywki zajmowałam się nowymi śmieciami (czytaj skarbami), albo jak kto woli, nowymi skarbami (czytaj śmieciami).
Na strychu dopadłam zniszczoną okienną ramkę, którą ocaliłam przed porąbaniem i spaleniem w węglowej kuchni. Mam ambitny plan przerobienia jej na lustro. Na zdjęciu jest już wstępnie oszlifowana,
a pan mąż pozyskał stary wojskowy kuferek, z przodu również po wstępnym szlifowaniu.
O takim Tomuś Czereśniak w Pancernych śpiewał, że już stoi zrychtowany:)
Kuferek wymaga solidnego czyszczenia, napraw i  konserwacji metalowych okuć. Gdyby nie akcja wróbelek pewnie bym się bardziej skarbami-śmieciami zajęła.
Przed akcją zdążyłam trochę polepić. Wysycha sobie wszystko pomału i czeka na jesienny wypał.
Z przedwakacyjnego została mydelniczka zrobiona według życzenia Sekutnicy i czeka na przekazanie w ręce nowej właścicielki. Poważne to było wyzwanie, do tego kaprysiowa profanacja Blue Nude II - Henriego Matisse'a, ale ładniej nie umiałam.
A tu znowu upałem straszą, a człowiek zasadniczo po urlopie.
Ale to nic. Na działkę może sobie znowu pojedziemy odpocząć;)))

poniedziałek, 2 lipca 2012

Mrautak proponuje i pożegnanie szparagów.

Lato. Kończą się moje ulubione szparagi. Na pożegnanie sezonu szparagowego dorodny zielony pęczek ugotowałam na parze.
Nie dłużej niż 5 minut, wtedy są lekko chrupiące. Po ugotowaniu owinęłam je cieniutkimi plasterkami szynki parmeńskiej i podsmażyłam na maśle z czosnkiem. Podałam do nich pieczony schab w przyprawach i młode ziemniaczki, ale właściwie niepotrzebnie, samymi szparagami można było się najeść. 
Z każdym dniem są droższe i twardsze, następne więc za rok. Teraz nadszedł czas młodych ziemniaczków ze zsiadłym mlekiem, czereśni, wiśni, jagód, chłodników, sałat i lodów. Lato jest smaczne:)
Przy takim koszmarnym upale po jedzeniu sjesta, a później zajęcia proste, łatwe i przyjemne.
Mrautak proponuje przygotować: 
Lniany sznurek na sporej szpulce, paczkę kolorowych paciorków i szydełko.
Koty lubią pracę przy sznureczkach i koralikach.
 Na sznurek nawlekamy paciorki.
Jak nawleczemy, zaczynamy robić szydełkowy łańcuszek. Przy co piątym oczku przekładamy koralik. 
Dziergamy, aż udziergamy i wykorzystamy wszystkie koraliki.
Łączymy oba końce, zwijamy, skręcamy i mamy letnie lniano-paciorkowe korale. Pierwsze mniej udane,
 
a drugie już bardziej.
Oba udziergane według wskazówek niezmordowanej w swej inwencji twórczej Małgosi:) Uwaga! Bardzo wciągające:)
Mrautak pomagała przy dzierganiu, więc mimo upału należał jej się spacer.
Chodzimy tylko na nasze podwóreczko pod balkonem. Tam czuje się bezpiecznie,  z upodobaniem obwąchuje trawę i łapie robaczki. 
Kocie spacery nie są bardzo wyczerpujące. Zabieram ze sobą mały kocyk, siadam na trawie, a ona kładzie się obok. Potem odwrotnie i tak sobie spacerujemy;) 

Niestety plany urlopowe musiałam zweryfikować, "bo jak nie urok, to przemarsz wojska", i tylko dni znowu coraz krótsze, i niebo szare od upału, i 40 na termometrze, i grad, który nie przynosi ochłodzenia, i spłakani Włosi na koniec Euro. Do tego ja nie bardzo, ale za to kot zdrowy, a nie był. 
I lato, lato, lato, aż do października. Potem może da się odwołać, albo nie;) Może lepiej niech zostanie, bo jak odejdzie, to zrobi się smuda. Jesienna.
Tymczasem OLLLE!!!