Pokazywanie postów oznaczonych etykietą coś dobrego. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą coś dobrego. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 kwietnia 2015

Tricolore, czyli korale w kolorach rewolucji, rewolucja świąteczna i kilka jaj:)

Tricolore. Biały - królewski, niebieski - szlachecki, czerwony - ludowy. Na fladze po równo, a u mnie w asymetrycznym nieładzie. Koralowo.
Biały - koral, czerwony - ceramika i koral , niebieski - ceramika. Do trójkolorowej kratki. Mam słabość do bluzek w kratkę. I do kolorów francuskiej rewolucji. Nic nie poradzę.
Na święta też rewolucja. Ha! Uciekamy z Warszawy. Precz z zakupami, garami i krzątaniną. Odpocznę:)
Już się cieszę.  Zrobiłam tylko dwa mazurki, podobne do tych. Zwykle wychodzą podobnie, więc zdjęcia tym razem trochę inaczej.
Jeden dzieciom, drugi tradycyjnie w prezencie komuś bliskiemu sercu i już:)
Będzie czas, las, spokój i wszystko podstawione pod nos. Zasłużyłam sobie.
Jaj dosłownie kilka. Pro publico bono tylko, czyli na prośbę i na prezenty oficjalne.
Pięknych i Radosnych Świąt Wielkanocnych 
Wam życzę:)

sobota, 20 kwietnia 2013

Upiekło się nam:)


Na zaproszenie Amber do wspólnego pieczenia chleba odpowiedziało ponad dwadziescia domowych piekarek.
W poprzedni weekend piekłyśmy wszystkie chleb tostowy z brązowym ryżem i tang zhong, a w domach pachniało, że ach...:)
Mój chlebek nieco opadł, ale zyskał za to wygląd rasowego sklepowego tostowca. Zakalec się szczęśliwie nie zrobił, a chlebek miał delikatny maślany smak.
Dawno zostało po nim już tylko słodkie wspomnienie, ale wyrastał i piekł się w dosyć licznym towarzystwie, bo jak już piec, to na całego.
Towarzyszyły mu rumiane bułeczki według przepisu Kass i chleb na zakwasie, który piekę teraz dwa razy w tygodniu (tak mnie wzięło), a wszystko przez Alę, która sprezentowała mi pierwszy zakwas;) 
I tak wolny czas dzielę ostatnio między długimi lesiowymi spacerkami i piekarnikiem. Sama naprawdę nie wiem kiedy wezmę się za cokolwiek innego, a byłoby za co, było, bo po wiosennym deszczu w kaprysiowej głowie kiełkują i rozkwitają najróżniejsze pomysły. Gorzej z realizacją. Latem może ;)
Tymczasem fotograficzna dokumentacja wypieków od końca, czyli
chlebek tang zhong tuż przed pożarciem. Cudnie się komponował z brzoskwiniowym dżemem:)
Tu pokrojony na kromki.
 
I przed pokrojeniem.
 
Po włożeniu do pieca
I jeszcze towarzystwo, czyli drożdżowe bułeczki i chleby na zakwasie.
Oj, piekło się piekło:))) 
Oryginalny przepis na chlebek tang zhong można znaleźć tutaj, a ja przytaczam polskie tłumaczenie, które przesłała nam Amber.

Przepis na chleb z brązowym ryżem i tang-zhong
składniki na dwa bochenki po ok.560 g każdy lub cztery po ok.280g każdy

480g maki chlebowej lub innej silnej
30 g mleka w proszku
40g cukru
8 g soli
8g drożdży instant
200 g mleka
170 g thang zhong
40 g masła 
180 g brązowego gotowanego ryżu,niesolonego,ostudzonego
tang zhong
30g mąki chlebowej
150g mleka
Mleko w temp. pokojowej i mąkę umieścić w garnku.
Wymieszać trzepaczką i postawić na małym ogniu.Podgrzewać cały czas mieszając aż na powierzchni masy pojawia sie ,wiry' a całość zacznie gęstnieć.
Zestawić z ognia i od razu nakryć folią spożywczą,odstawić do wystudzenia.

Ciasto chlebowe
W misce umieścić wszystkie składniki ciasta,oprócz ryżu i masła.Wyrabiać ok 5 minut.Dodać masło i wyrabiać aż ciasto będzie gładkie i błyszczące.
Dodać ryż i wyrabiać aż ryż równomiernie rozłoży się w cieście.
Utworzyć z ciasta kulę i umieścić ją w wysmarowanej tłuszczem misce.Przykryć ściereczką i zostawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.
Wyjąć ciasto na blat i podzielić na dwa lub cztery bochenki.
Przykryć i zostawić na 15 minut.
Umieścić je w formach i zostawić do wyrośnięcia ,aby ciasto wypełniło 80-90% foremki/45min.- do godziny w temp.ok.30 st.C/
Piekarnik nagrzać do 190 st.C.
Piec chleby ok. 35 minut.
Jeżeli za szybko się rumienią,położyć na blachach folię.
Wyjąć z piekarnika,wystudzić na kratce.
Kroić nożem z ząbkami.

Spróbujcie, bo to łatwy, smaczny i zdrowy chlebek:) A przecież ciągle 
"mało nas, mało nas do pieczenia chleba.
Jeszcze nam, jeszcze nam ciebie tu potrzeba":))), a więc :
A to lista wszystkich piekarek:



Anna -Maria  - Kucharnia


Margot  - Kuchnia Alicji


Bożena  - Smakowe kubki


Ewelina  - Przy kubku kawy

Gosia  - Kocham gary


Kamila - Ogrody Babilonu

Kaprysia  - Kapryśnik





Magda - Magda testuje






Wisła - Zapach chleba 
Dziękuję Wam wszystkim za wspólne pieczenie:)))

czwartek, 7 lutego 2013

Nadal na leniucha, ale łasuchowato:)

Dla zrównoważenia tłustoczwartkowych słodkości przedstawiam propozycję karnawałowej przystaweczki. Najprostsza pod słońcem, za to dobra, łatwa, szybka i niezawodna. Spodoba się lubiącym ostre, słone i wyraziste smaki. 
Potrzebujemy paczkę krakersów, opakowanie serka typu roquefort z zieloną lub niebieską pleśnią, dwie łyżki miękkiego masła i kilka połówek orzechów włoskich.
Ser z masłem rozcieramy widelcem na gładką masę. No dobrze, prawie gładką, skoro ma być "na leniucha";) Nakładamy na krakersy i kładziemy na wierzchu połówkę orzecha. Pasują do każdego alkoholu, dobrze się też sprawdzają w roli przystawki przed czymś konkretniejszym.
Jeszcze się nie zdarzyło, żeby po spotkaniu ze znajomymi chociaż jedna porcyjka się zachowała. Mniam:)))
Jak co roku na ostatnią sobotę karnawału i wtorkowe ostatki zrobię faworki, ale pisać o tym nie będę, ponieważ się lenię, a już kiedyś pisałam, więc zainteresowanych przepisem zapraszam do przeczytania dawnego wpisu Chrust.
A tu znienacka wieczorem do Warszawy wróciła zima. Znowu na chwilę za oknem zrobiło się bajkowo i faworkowo, a samochody i drzewa wyglądają jakby były przysypane grubą warstwą cukru pudru.
Jutro śnieg poszarzeje, gdzie nie gdzie, zmieni się w breję i straci wieczorny urok, ale dziś jeszcze czaruje. Pomimo, że stęskniłam się już za ciepłem, to lubię taką faworkową zimę:)

poniedziałek, 2 lipca 2012

Mrautak proponuje i pożegnanie szparagów.

Lato. Kończą się moje ulubione szparagi. Na pożegnanie sezonu szparagowego dorodny zielony pęczek ugotowałam na parze.
Nie dłużej niż 5 minut, wtedy są lekko chrupiące. Po ugotowaniu owinęłam je cieniutkimi plasterkami szynki parmeńskiej i podsmażyłam na maśle z czosnkiem. Podałam do nich pieczony schab w przyprawach i młode ziemniaczki, ale właściwie niepotrzebnie, samymi szparagami można było się najeść. 
Z każdym dniem są droższe i twardsze, następne więc za rok. Teraz nadszedł czas młodych ziemniaczków ze zsiadłym mlekiem, czereśni, wiśni, jagód, chłodników, sałat i lodów. Lato jest smaczne:)
Przy takim koszmarnym upale po jedzeniu sjesta, a później zajęcia proste, łatwe i przyjemne.
Mrautak proponuje przygotować: 
Lniany sznurek na sporej szpulce, paczkę kolorowych paciorków i szydełko.
Koty lubią pracę przy sznureczkach i koralikach.
 Na sznurek nawlekamy paciorki.
Jak nawleczemy, zaczynamy robić szydełkowy łańcuszek. Przy co piątym oczku przekładamy koralik. 
Dziergamy, aż udziergamy i wykorzystamy wszystkie koraliki.
Łączymy oba końce, zwijamy, skręcamy i mamy letnie lniano-paciorkowe korale. Pierwsze mniej udane,
 
a drugie już bardziej.
Oba udziergane według wskazówek niezmordowanej w swej inwencji twórczej Małgosi:) Uwaga! Bardzo wciągające:)
Mrautak pomagała przy dzierganiu, więc mimo upału należał jej się spacer.
Chodzimy tylko na nasze podwóreczko pod balkonem. Tam czuje się bezpiecznie,  z upodobaniem obwąchuje trawę i łapie robaczki. 
Kocie spacery nie są bardzo wyczerpujące. Zabieram ze sobą mały kocyk, siadam na trawie, a ona kładzie się obok. Potem odwrotnie i tak sobie spacerujemy;) 

Niestety plany urlopowe musiałam zweryfikować, "bo jak nie urok, to przemarsz wojska", i tylko dni znowu coraz krótsze, i niebo szare od upału, i 40 na termometrze, i grad, który nie przynosi ochłodzenia, i spłakani Włosi na koniec Euro. Do tego ja nie bardzo, ale za to kot zdrowy, a nie był. 
I lato, lato, lato, aż do października. Potem może da się odwołać, albo nie;) Może lepiej niech zostanie, bo jak odejdzie, to zrobi się smuda. Jesienna.
Tymczasem OLLLE!!!

niedziela, 22 kwietnia 2012

Cisza o ciszy, spływ Świdrem i wiosenne życzenia.

Przepraszam, że przemilczę milczenie.
Zamiast napisać za wiele, lepiej nie pisać nic. 
Najważniejsze, że wiosenna burza przyniosła ożywczy, ulewny deszcz, który spłukał brudy. W promieniach wiosennego słońca, maj nabierze rumieńców, zazieleni liście i rozkwitnie kwiatami. Wyschną kałuże i łzy, wróci spokój i radość życia. Dobrze jest czasem solidnie posprzątać, również w rzece. Sprzątnęliśmy więc Świder:)
14-go kwietnia TKKF Szczęśliwice i PTTK Mazowsze pod patronatem Burmistrza Józefowa organizowały IX ekologiczny spływ Świdrem. Sprzątaliśmy razem:) Tutaj harmonogram spływu i zdjęcia ze strony TKKF Szczęśliwice, a poniżej kilka naszych ujęć:
 
I chociaż rano straszył deszcz i chłód, szybko zrobiło się pogodnie i ciepło. Po prawie dwuletniej przerwie bardzo było przyjemnie znowu płynąć kajakiem i dać się zaskoczyć Świdrowi, który wcale nie jest spokojną i łatwiutką rzeczką. Ku naszemu zaskoczeniu, pod jednym z mostów ćwiczyli nawet górscy kajakarze w sportowych jedynkach.
I jeszcze niespodzianka, spotkałam koleżankę z harcerstwa, z którą nie widziałyśmy się ponad trzydzieści lat. I poznałyśmy się. Sukces ;)
A to już efekt naszego spływu. O tyle śmieci w Świdrze pływa mniej:)
Skoro solidnie pomachaliśmy wiosłami, to po powrocie ze spływu należała nam się solidna porcja kalorii. Tego dnia, porcja luksusowa, bo spływem i królewską kolacją uczciliśmy jedno święto i pewien koniec :)
A gdzie? Oczywiście w naszym ulubionym i niepowtarzalnym Oregano.
Przed Wielkanocą od przesympatycznej bloggerki, która pisząc mruga "Lewym okiem", dostałam śliczną wełnianą czesankę (pokażę innym razem, być może już jako wyrób), a od wielu z Was życzenia i serdeczności.
Za wszystkie bardzo dziękuję i równocześnie przepraszam za swoje milczenie. A z okazji odkurzenia kapryśnika i zmierzającego do nas wielkimi krokami maja, wszystkim blogowym sympatiom składam życzenia pięknej, ciepłej, słonecznej, radosnej i nareszcie prawdziwej WIOSNY !!!

piątek, 10 lutego 2012

Pączki i znikający kapryśnik.

 
Zawsze w karnawale robiłam faworki. Za kilka dni tłusty czwartek i tym razem dla odmiany usmażę pączki:)
Pączki uwielbiam, ale ile razy próbowałam je robić wg różnych przepisów (za każdym razem pewnych i sprawdzonych;)) wychodziły gnioty.
Wreszcie znalazłam w internecie film z cyklu "Anielska kuchnia".
Przepis Siostry Anieli jest tak prosty, jak genialny.
Do tego cała pączkowa technologia pokazana jest jak na dłoni, a pączki z tego przepisu wychodzą fantastyczne. Śmiem twierdzić, że lepsze jak u Bliklego, szczególnie w tłusty czwartek, kiedy w cukierni piecze się ich setki tysięcy i bywają czasem przypalone, że o cenie nie wspomnę.
Z proporcji podanych w filmiku wychodzi wielka góra pączków. Do wycinania używałam małej szklaneczki, więc było ich więcej, za to mniejsze.
I to tyle w temacie mojego odtłuszczania;) Na razie -2 kg się utrzymuje, ale myślę, że po pączkach ten wynik będzie tylko rzewnym wspomnieniem;)



Mam nadzieję, że zamieszczenie w blogu ogólnodostępnego filmiku nie jest naruszeniem różnych strasznych przepisów dotyczących prawa autorskiego, tym bardziej, że w końcówce podany jest autor i producent, a kod HTML do zamieszczenia na stronie jest w przeglądarce Google, ale nigdy nic nie wiadomo.
Nie dalej jak kilka dni temu mój blog zniknął. Ot, tak po prostu wyskoczył komunikat: "Twój blog został usunięty". Stało się to około północy, więc odzyskiwanie bloga zajęło mi czas prawie do rana. 
Trudna to była noc, bo najpierw zalała mnie krew, żółć, wściekłość i skoczyło mi ciśnienie, potem jak zobaczyłam, że to nie żart, błąd i inne takie, to się poryczałam ze złości i bezsilności. Następnie wydmuchałam nos, zrobiłam sobie herbatę szatana i siedziałam przy laptopie prawie do rana, aż odzyskałam blog, a przy okazji konto mailowe i wszystko, co w jakimś stopniu związane jest z Google. Przy okazji przeczytałam wszystko na temat zawartości blogów, regulaminów, etcetera. Lepiej tego nie czytać, bo można się zdenerwować jeszcze bardziej:(
Blog może zniknąć w każdej chwili i bez podania przyczyny. Ot tak.
Już po wszystkim przyjrzałam się sceptycznie całej tej sytuacji i doszłam do wniosku, że za bardzo się chyba zżyłam z kapryśnikiem. To właściwie uzależnienie, a tu wystarczy małe pyk w systemie i nie ma;)
Problemy z blogiem, to też kwestia umiejętności. Niestety informatykiem to ja już raczej w tym życiu nie będę, ale poduczyć się, co nie co, nigdy nie zaszkodzi, co przy okazji pozwoli zaoszczędzić sporo czasu i nerwów:) Zamierzam.
Teraz wyciągnę z szuflady igły do filcowania i będę się relaksować dydłaniem na sucho różnych głupotek, zagryzając czasem pączkiem:)
Jak udydłam to pokażę, chyba, że bloga nie będzie.


sobota, 7 stycznia 2012

Nowe - stare, stare - nowe.

Stara śmieciowa waga w nowej odsłonie. Nadal bez szalek i odważników. Zamiast szalek, na razie, fajansowe białe miski.
Pewnie kiedyś wyjedzie do działkowego domu, bo chociaż ładnie się prezentuje po renowacji, to jednak kawał klamota;)
Filcowe korale. Nowy pomysł dawno zrealizowany. Noszone już od dłuższego czasu przez moją pracową koleżankę.  Z futerkiem:) 

I kolejne granatowo-szaro-srebrno-perłowe, w kolorach zimy. Stary pomysł, nowe wykonanie. Prezent dla siostrzyczki. Kolory i kompozycja zgodnie z zamówieniem:)
 
Z dawna wygrany u Zdolności tworzenia niespodziankowy prezent. Batikowa zawieszka z symbolem równowagi pierwotnych, przeciwnych i uzupełniających się sił: in i yang. Znak tak bardzo potrzebnej mi wewnętrznej harmonii.
Dziękuję bardzo Elu i przepraszam, że z takim opóźnieniem o nim piszę. Wszystko przez przerwę:)
A na koniec stary przepis na przystawkową sałatkę podejrzany u waniliowej An-ny i w Kwestii Smaku, w nowej kaprysiowej odsłonie.
Melon w szynce parmeńskiej. Proste, efektowne i pyszne:)
 
Przepisy tutaj i tutaj. Ja zamiast orzeszków pinii użyłam prażonych ziarenek słonecznika, a zamiast szpinaku, sałatę i rukolę. Sos balsamiczny udało mi się kupić, ale można też zrobić samemu, jak w przepisie Kwestii smaku.
Dobre było:)

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Suszone pomidory, trochę glinianych ulepek i akcent pesymistyczny.

Sezon pomidorowy w pełni. Na straganach wybór i różnorodność. Bawole serca, malinowe, podłużne, okrągłe, duże i małe. Uwielbiam:)
Zeszłej jesieni, już z ostatnich małych gruntowych podłużnych pomidorków, zrobiłam na próbę dwa słoiczki.
Przepis Oli Smile znalazłam, przypadkowo błąkając się w sieci, na stronie www.smakimprezy.pl  
Robiłam je bez przekonania, a gotowe dałam Młodym do wypróbowania, bo często pitraszą coś włoskiego. A tu telefon: "Mamo, cudo!" 
Skoro tak, to w tym roku też robię. Dużo:)
Przepis Oli zmodyfikowałam bardzo niewiele.
Do każdego słoika dodaję świeży czosnek, bo lubimy, a o skórce cytrynowej zapomniałam i rok temu, i teraz, więc nie dodaję, a ocet stosuję winny, ponieważ jest delikatniejszy w smaku.
Do 3 kg pomidorów zużywam około 10 ząbków czosnku, litr dobrego oleju z dodatkiem oliwy, trochę soli i po garści suszonej bazylii, oregano i tymianku, 3-4 łyżki octu winnego.
Z takiej ilości wychodzi pięć dżemowych słoików.
Pomidory kroję na połówki, a większe na ćwiartki. Łyżeczką wybieram gniazda nasienne (robię z nich przecier do zupy pomidorowej).
Wydrążone połówki i ćwiartki układam ciasno na blasze wyłożonej pergaminem,
lekko solę i suszę w piekarniku z termoobiegiem w temp. około 70 - 90 st. C przy lekko uchylonych drzwiczkach 3 - 4 godziny. 
Po suszeniu wyglądają tak:
Nie suszę ich na wiórek, powinny być dobrze podsuszone, ale miękkie.
Wysuszone pomidory mieszam w dużej misce z ziołami i octem, układam ciasno w słoikach do 3/5 wysokości (zalane olejem bardzo zwiększają objętość). Podgrzewam olej i prawie wrzącym zalewam pomidory. Zakręcam słoiki i odstawiam do góry denkiem do wystygnięcia. Wekują się same.
Rzeczywiście są o wiele smaczniejsze od tych kupowanych w sklepie.
Wspaniałe do makaronów, pizzy, a najlepsze prosto ze słoika na chrupiącej bagietce. Mniam :)
A jak nie robię pomidorów, to robię gruszki - przepis tu, a jak nie zajmuję się przetwarzaniem, to w wolnych chwilach lepię gliniane różności,
albo siedzę przed laptopem i stukam w klawiaturę, albo czytam, albo mrautaczę się z kotem, a góra prasowania czeka na zmiłowanie i inne takie też, buuu...
Najbardziej w dobrej organizacji dnia przeszkadza mi praca, bo do domu przychodzę zmęczona. Kto to słyszał, żeby się w pracy męczyć? Skandal doprawdy;)
Ale niestety bez pracy nie ma kołaczy, co ilustruje plakat wypatrzony przez Młodą na Tajwanie:
I tym pesymistycznym akcentem żegnam się z Wami do następnego razu:) 

niedziela, 26 czerwca 2011

Coś dobrego czyli, Caprysio Tumanelli.


Bez wyjazdu i wielkich atrakcji te kilka wolnych czerwcowych dni minęło nam spokojnie i miło, a że i były różne rodzinno świąteczne okazje kochana córeczka tatusia zaprosiła nas do urokliwej knajpki na coś pysznego:)
Wszystkie dania, które we czwórkę zamówiliśmy były znakomite, ale jedno z nich tak bardzo mi zasmakowało, że pokusiłam się o domową powtórkę. 
Przepis zmodyfikowałam, zresztą nie znam sekretów receptury szefowej kuchni "Oregano", coś dodałam, coś ujęłam, danie zyskało kaprysiowe piętno i nieskromnie twierdzę, że wyszło równie smakowicie:)
W menu "Oregano" znajdziecie je wśród makaronów pod zagadkową nazwą Pichiatelli. 
Mimo wysiłków nie udało mi się znaleźć sensownego tłumaczenia tej nazwy. Jedyne co udało mi się ustalić to to, że pichiatelli, a właściwie picchiatello, po włosku oznacza głupka;)
Moje wydanie tego makaronu zyskało więc nazwę " CaprysioTumanelli". Uważam, że całkiem interesująco, a że przepis skomplikowany nie jest, to i odpowiednio ;)
Robienie domowych klusek (takie są w oryginalnym pichiatelli) darowałam sobie na wstępie i zastąpiłam je bardzo dobrym niedrogim włoskim makaronem campanelle.
A to pozostałe składniki:
Do Caprysio Tumanelli ;) dla dwóch osób potrzebne będą:
- makaron campanelle (ja użyłam Primo Gusto, dobry i tani) około 1/2 opakowania
- schab lub polędwiczki wieprzowe ok. 25 - 30 dkg
- solidna garść suszonych grzybów (najlepiej borowików, ale mogą być inne)
- średnia cebula
- garść orzechów (wg upodobania, ja użyłam włoskich)
- rukola
- twardy ser typu parmezan i trochę półtwardego koziego (bo lubię;)
- śmietanka 30%
- pół kieliszka białego wina
- oliwa, ocet balsamiczny, sól, pieprz, przyprawy

Suszone grzyby trzeba namoczyć przynajmniej na kilka godzin przed ugotowaniem, a najlepiej poprzedniego dnia. Po tym czasie ugotować je do miękkości. Na patelni zeszkilć pokrojoną w kostkę cebulę, dodać pokrojone grzyby i trochę białego wina. Poddusić razem, a następnie zaprawić śmietaną z dokładnie wymieszaną łyżeczką mąki.
Całość dusić jeszcze przez chwilę, a w razie potrzeby rozrzedzić sosem z gotowania grzybów.
Na drugiej patelni usmażyć mięso uprzednio pokrojone w cienkie paski i przyprawione czym kto lubi. Ja na godzinę przed smażeniem marynuję je w przyprawie korzennej Kamisa, sosie sojowym i oliwie. Dodaję też trochę octu balsamicznego i odrobinę ostrej przyprawy Sambal Oelek, bez której nie umiem się obyć w kuchni. W tym czasie gotuję również makaron, oczywiście al dente i prażę na patelni pokruszone orzechy.
Kiedy wszystkie składniki są już gotowe nakładam na talerz kolejno makaron, mięso, sos grzybowy, posypuję orzechami, kilkoma listkami rukoli i cieniutkimi płatkami sera.

Mmmmm.... Smacznego :)