Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pies. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pies. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 marca 2015

Leś - pieś.

Leś ma się dobrze.
Wiedzie szczęśliwy, ustatkowany psi żywot, rzec można, luksusowy.
Życie lesiowego stada podporządkowane jest kilku prostym zasadom:
psu, o psie, dla psa, z psem.
Jedyne troski, przyjmowane zresztą z urażoną godnością i bezgranicznym wyrazem potępienia i dezaprobaty na pysku, dotyczą godzin spędzanych w osamotnieniu. Stado czasami wychodzi z domu bez Lesia. Do pracy na przykład, albo sklepu. Skandal.
Na szczęście Leś szybko wybacza. Poza tym stado się stara, co Leś docenia. Łaskawie.
 Leś nadmorski
 Leś kajakowy
abstrakcyjny portret z psyjacielem
 z tymże w łóżku, cokolwiek miałoby to znaczyć;)
z dużym bratem przyrodnim w knajpie Piotra Najsztuba "Przegryź"
Jest więc rzeczą oczywistą i zrozumiałą, że stado jeździ tylko tam , gdzie właściciele proponują pobyt z psami, jeżeli odwiedza restauracje, to najchętniej te, gdzie psy są mile widziane, a czas wolny spędza na psich spacerach.
Słowem dwa lata szaleństwa, psiejstwa i lesiejstwa. Ot, co:))) 

*02 marca 2015 r. 
Dodatek specjalny do posta, czyli lista warszawskich psiestauracji:

Przegryź, ul. Mokotowska 52
słynie z domowego rosołu Piotra Najsztuba, psie menu: mała porcja mielonego mięska z rosołu z warzywami 250g - 7 zł, średnia 500g - 10 zł, duża 1kg - 13 zł

Biały Domek, ul. św. Andrzeja Boboli 11
dla czworonogów wędzone ucho lub mielone mięsko, ceny od 5 do 10 zł

Czyli Chili, ul. Oboźna 9
dla każdego szczekającego gościa kocyk gratis, w menu mięsko z warzywami od 10 do 20 zł za porcję plus specjalne psie ciasteczka z Psiekarni od 3 do 10 zł

Kafka, ul.Oboźna 3 i Grawitacja, ul.Browarna 6
dla każdego czworonoga woda i pałeczki ze skóry gratis. W menu karma sucha lub mokra w saszetkach

Życzliwe przyjęcie, głaski i miseczkę z wodą proponują również:

Biosfera, Al. Niepodległości 80
Pub Lolek, Pole Mokotowskie
Kawiarnia Relaks, ul. Puławska 48
Kępa Cafe, ul.Finlandzka 12
Misianka, Park Skaryszewski
La Strada, ul.Kłopotowskiego 23/25

I czekamy na więcej, bo miejsca urocze, ludzie zapsieni, a ceny do zniesienia:)
A kto wie, może, jak mnie z pracy wyrzucą, sama założę jakąś miłą Psiawiarenkę, albo może Lesiarenkę? ;) Kto wie...

 

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Ludzie !!!

Nie będzie stu słów. 
W ogóle o słowach nie będzie, bo słów mi brak z wrażenia.
O rytmach będzie i niezwykłej niespodziance. 
No, bo tak. Ja tu sobie wyjeżdżam na kilka długich dni, a przedtem omijam szerokim łukiem laptopa przez czas dłuższy, a tu anka wrocławianka sprawiła mi niezwykłą niespodziankę i podarowała piosenkę w kapitalnym wykonaniu jej zdolnego syna. 
Tak oto śmieszny stusłowny wierszyk o Lesiu w lesie został tekstem.

I co Wy na to?
Ja jestem pod wrażeniem talentu ankowego Wrocławskiego, miło mi niezmiernie, dziękuję jak nie wiem co i wracam do zaniedbywanego ostatnimi czasy kapryśnika.
W blogowym świecie naprawdę dzieją się czasem rzeczy niezwykłe.
Dziękuję Anko:) I Lesio dziękuje :)))

piątek, 10 maja 2013

O Lesiu i lesie rymowanka w stu słowach:)

  

O Lesiu i lesie rymowanka w stu słowach.

 

Czy słońce przygrzewa,
czy deszcz w rynnach gra
my z Lesiem po lesie
chodzimy co dnia.

I z Lesiem po lesie
brykając słuchamy
jak ptaszki ćwierkają, 
wiatr gada z drzewami.

Żywica zapachnie,
lub dzięcioł zastuka.
Jak miło jest w lesie
gdy w Lesiu mam druha.

A z lasu do domu
z językiem na wierzchu, 
wracamy by znowu 
wyjść zaraz po zmierzchu.

Bo Lesio do lasu 
co rusz chodzić chce
Kto ma swego Lesia,
jak jest, dobrze wie.

Pod drzwiami znów Lesia
rozmachał się chwost,
więc zaraz w stu słowach
zamykam mój post.


 

poniedziałek, 6 maja 2013

Sto słów, czyli mieszanka majowa.

Nowe stare paciorki, dawno wypalone, teraz poskładane. Lesio w polu i w lesie z psyjacielem plus trochę wiosny, czyli mieszanka majowa. Słowem skrót. Spokojnie mogłabym zrobić z tego posta, przynajmniej trzy, a przy odrobinie wysiłku z pięć.
Ale nie zrobię;) Pisać też nie będę za wiele. Od dawna myślę o tym, aby narzucić sobie ograniczenie ilości słów w poście np. do stu.
A to dlatego, że codziennie służbowo i prywatnie spędzam przy komputerze zbyt dużo czasu. I lubię wyzwania. Nawet najciekawsze, długie posty czytam zwykle pobieżnie. Wolę krótki przekaz.
A zatem paciorki, wiosna, pies i sto słów.
 
 
 
 
Miłego liczenia. Dobranoc:)




sobota, 16 marca 2013

Niespiesznie.

Kapryśnik jest do odpoczywania i dla przyjemności.
Jak mam ochotę się podenerwować czytam gazety. Na bieżące tematy ogólne mówi się i pisze i tak za wiele. Tu jest cisza i spokój. 
I lesiowe futerko, czarny wilgotny nos i machający ogon.
To dopiero trzy tygodnie, a już jest całkiem nasz. Mniej piszczy pod drzwiami jak wychodzimy i grzecznie czeka na nasz powrót. O siusianiu w domu dawno zapomnieliśmy. Zdarzyło mu się to tylko dwa razy i to na samym początku, jak bał się wychodzić na spacerki.
Mądry, kochany Lesio:)
Chciałabym, żeby ten weekend minął nam niespiesznie. Słońce pięknie świeci, ale nadal mróz i zimy wiatr nie zachęcają do długich spacerów. Młoda zdobywa świat wiele tysięcy kilometrów stąd, pan mąż leczy katar, a ja chciałabym odpocząć w ciepłym, przytulnym domu z filiżanką zielonej herbaty i przytulonym Lesiem. Zapomnieć o pracy, nagłówkach gazet i codziennym zgiełku. I może jeszcze naszykować i ozdobić kilka wydmuszek. Nigdy nie ma ich za wiele kiedy razem ze świątecznymi życzeniami rozdaję je bliskim.
A to kilka gotowych:

A to Lesio już z podniesionym ogonem na spacerku i z koleżanką,
 I w domu, na łóżku oczywiście:)
 
Miłego , rodzinnego weekendu Wam życzę:)

sobota, 9 marca 2013

Lesio przestępca i decoupage.

Marzec zaczął się ekstremalnie. Ciągle nie bardzo mogę do siebie dojść, a przebiegane za Lesiem noc i dzień przypominają mi się coraz to nowymi dolegliwościami;) Bardzo też jestem zadowolona, że śnieg spadł teraz, a nie tydzień temu. Bardzo;) Pożytek z tego wszystkiego taki, że Lesio dokładnie już wie, jak w razie czego, wrócić do domu;)
Tak wiele lęków i urazów mieszka w tej małej psiej główce, że wiele jeszcze potrzeba czasu i cierpliwości, żeby mógł o nich zapomnieć. Nadal boi się mężczyzn, gwałtownych ruchów i nie chce wychodzić na spacerki z pańciem, chociaż pod naszą nieobecność roznosi po mieszkaniu zarówno buty moje, jak i męża. Łóżko pańcia też jest w porządku. Na męskie spacerki przyjdzie kiedyś czas, choć przyznam, że wyczekuję go bardzo niecierpliwie;)
Na razie Lesio lubi czasem uciąć sobie z pańcią drzemkę, a nudę ostatniej nocy zabijał pożerając mojego kapcia. Z miłości jak sądzę i dla rozrywki jedynie, bo żadnego poszarpanego kawałeczka skóry nie zjadł na szczęście.
Jak nie chodzę z psem i nie pracuję, chociaż właściwie cały mój czas porządkują głównie obie te czynności, to kleję.
Zrobiłam już trochę pisanek i jedną deseczkę z nową, dwustronną rymowanką dosyć dokładnie ilustrująca czym powinnam się leczyć, chociaż mogę tylko miodem:)

"Na żółć co zalewa,
na nudę co ziewa,
na gardło i dreszcze
i inne też jeszcze
przyczyny i skutki
najlepszy prócz wódki,
jest miodek słodziutki..."

Zamiast miodek mogłoby być Lesio, gdyby nie kapeć. Mieliśmy zasadniczą rozmowę, po której poszedł spać, więc być może przemyśli swoje postępowanie;)
Pisanki następnym razem, a dziś, deseczka, Lesio przestępca i drzemka z przestępcą:)
A my oczywiście na spacerek;)

niedziela, 3 marca 2013

Podziękowania i lesiowe historie.

Wszystkim dobrym i kochanym duszom, które okazały mi wsparcie i pomoc w poszukiwaniach Lesia dziękuję z całego serca. Mam wobec Was wszystkich wielki dług wdzięczności. To jedna z najwspanialszych rzeczy znaleźć tyle serca, wsparcia i bezinteresownej pomocy w trudnych chwilach.
Jesteście wspaniałe:) Nie dałabym bez Was rady.
Szczególne podziękowania kieruję do Joasi, która w piątek od pierwszej w nocy przez kilka godzin jeździła po Tarchominie rozklejając pierwsze zrobione i wydrukowane przez siebie ogłoszenia, a potem do świtu mailowała z Młodą układając treść kolejnych, żeby następnie większość soboty spędzić na szukaniu Lesia, rozklejaniu kolejnych ogłoszeń i wożeniu mnie, ponieważ nogi odmówiły mi posłuszeństwa.
I do Anki Wrocławianki, która jako pierwsza nagłośniła zaginięcie Lesia na swoim blogu, na facebooku i na tablicy.pl, a także do wszystkich osób, które kolejno zamieszczały ogłoszenia o Lesiu na swoich kontach.
Wybaczcie, że nie odpowiadałam na komentarze. Właściwie cały czas byliśmy poza domem krążąc po okolicy i rozwieszając oraz rozdając ogłoszenia. 
Dziękuję również Agnieszce i Bartkowi, którzy przyjechali specjalnie, żeby nas wspomóc w oklejaniu dalszych osiedli i sklepów, oraz wszystkim znajomym Młodej, którzy zadeklarowali przyjazd kolejnego dnia i pomoc w poszukiwaniach. O dziecku swym, czyli Młodej nawet nie piszę, bo ona wie sama, że bez niej bym padła zaraz w nocy w piątek, bo ja sama byłam w stanie wyłącznie biegać całą noc w prawdopodobnych miejscach, w które Lesio mógł się skierować. Wszyscy troje plus Asia (ja się w życiu Tobie Asieńko nie wywdzięczę) nie spaliśmy w nocy z piątku na sobotę dosyć intensywnie przemieszczając się na piechotę po sporym obszarze.
Nad ranem dwie godziny odpoczynku i od nowa chodzenie przez resztę soboty.
W sumie rozkleiliśmy i rozdaliśmy ponad 600 ogłoszeń. Znamy teraz też większość właścicieli psów na Tarchominie i wszyscy mają mój numer telefonu:)
Już w sobotę rano zaczęły spływać pierwsze informacje od osób, które widziały Lesia. To mapka, którą opracowałam na podstawie informacji telefonicznych i od spotykanych właścicieli psów, z którymi się bawił i którzy go widzieli.
Punkt A to miejsce, w którym przerażony Lesio zaczął uciekać. Była 21.30 w piątek. Na nieszczęście otwarta była furtka na osiedle, bo inaczej nie wydostałby się z terenu zamkniętego. W miejscu oznaczonym czerwoną strzałką ostatni raz go widziałam.
Zaczepił tam smyczą o koło samochodu i jakiś facet zamiast go przytrzymać odpiął smycz. Dobiegłam o minutę, dwie za późno.
Był ode mnie 3, 4 metry, ale uciekał dalej i nie reagował na wołanie. Wpadł na niezabudowany teren nieużytków pełen różnych traw, dołów i krzaczorów. Większość terenu widocznego na mapce i jeszcze sporą część dalej na północ obeszliśmy w nocy z piątku na sobotę i w sobotę. Krzaczory i doły po ciemku również. Byłam zdesperowana i zrozpaczona. Niebieskie romby to miejsca, w których był widziany w sobotę przez osoby, które do mnie dzwoniły lub z którymi rozmawialiśmy osobiście. 
Wniosek płynie z tego taki, że Lesio nie wrócił po własnych śladach. Przez pierwszy tydzień tylko raz wyszłam z nim poza teren osiedla i to tylko na dosłownie kilka metrów. Nie znał więc zupełnie terenu, na którym się znalazł. Nie wracał też trasą własnej ucieczki. Najwyżej położony na mapce niebieski romb, to informacja z godz. około 18.00 w sobotę. Byliśmy tam, w ciągu 10 minut, ale go nie znaleźliśmy. Musiał rozpoznać zapach naszych śladów i po nich wrócił. Jest niesamowity:)))   
I dobrze, że tyle chodziliśmy, chociaż nóg nie czuję, w diabły poszła cała moja rehabilitacja, mam chyba też zapalenie oskrzeli, bo noc była zimna, a sprint za Lesiem zaraz po ucieczce, to chyba około 800 metrów i myślałam, że płuca wypluję, a teraz wypluwam z jakimś takim dziwnym charkotem, co go jeszcze nigdy takiego nie miałam;) o stanie przedzawałowym, ciśnieniu i innych takich nie wspominając. Ale to nic, bo jak wracaliśmy wczoraj po rozwieszaniu ogłoszeń w odleglejszych osiedlach, zobaczyliśmy Lesia jak siedzi na chodniku w pobliżu naszej klatki schodowej. Była chyba 20.30. Jak tylko nas zobaczył, przybiegł i witał się najczulej, jak tylko stęskniony, zgubiony pies po przejściach potrafi:)))
Jak odpuściły nerwy, skończyły się szlochy szczęścia, pies dostał jeść, a my zamówiliśmy jakieś coś z KFC (pierwsze jedzenie od piątku wieczór, do tej pory jechaliśmy na herbacie, kawie i jednej jajecznicy z trzech jajek dla trojga - jakoś nie mieliśmy apetytu;)) i położyliśmy się nareszcie spać. Po raz pierwszy razem z Lesiem. Jakoś tam się zmieściliśmy, bo łóżko jest spore:)
To skrócona relacja z jednych z najgorszych dwudziestu dwu godzin jakie mi się w życiu przytrafiły, ale wszystko dobre, co się dobrze kończy:)
Kochany Lesio i Wy kochani wszyscy wspierający Lesia i mnie, czynnie i dobrymi myślami:)
DZIĘKUJEMY :)))))))))))))


sobota, 2 marca 2013

JEST !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

WRÓCIŁ SAM !!!

Lesio śpi w łóżku. My szlochamy ze szczęścia.
Wszystkim bardzo dziękujemy za pomoc i wsparcie.

Matka jutro zda szczegółową relację, ponieważ teraz ledwo żyje z nadmiaru emocji.

Młoda.


Czarna rozpacz.

Napisałam poprzedniego posta i wyszłam z Lesiem na spacer. Pod samym domem niechcący nadepnęłam mu na łapkę. Wpadł w panikę , wyrwał mi smycz i w panice zaczął uciekać. Biegłam za nim przez kilka kolejnych osiedli, aż zniknął mi z oczu. Po drodze urwał smycz. Uciekał przede mną, więc jak go doganiałam przyspieszał kroku. W końcu zniknął mi z oczu. Jak to pisałam była prawie pierwsza w nocy. Lesia nie ma. Serce mi pęka. Objechaliśmy samochodem wszystkie ulice. Jest tu dużo dzikich nieużytków, lasków, terenów budowy. Wiem gdzie widziałam go po raz ostatni. O świcie zaczynamy szukać na nowo, ale to jak znaleźć igłę w stogu siana. Nie wiem gdzie pobiegł, nie wiem jak daleko, nie mam pojęcia jak daleko mógł się oddalić. Był w czarnych szeleczkach, ale nie był zaczipowany, bo przytulisko dałoby mi książeczkę, a nie dostałam. Jestem w rozpaczy. Nawet nie płaczę, tylko wyję. Boże co robić....

To było w nocy, dziś jest jeszcze gorzej. Lesia nie ma. Rozwieszamy ogłoszenia, pytamy ludzi, zawiadomione schroniska, służba miejska i okoliczne kliniki weterynaryjne. Wróciłam do domu, a mąż i córka nadal chodzą, szukają, pytają i rozwieszają ogłoszenia. Nie mogę już chodzić, dwa tygodnie temu odstawiłam kule.
Skazałam Lesia na los gorszy niż schronisko, przez własne niedołęstwo, niezgrabność i beznadziejność.
Jak wróci córka spróbuję zamieścić plakat . Pomóżcie proszę...
Na razie udało mi się wkleić taki :

piątek, 1 marca 2013

Lesio

Myślałam, że budowanie zaufania u tak przerażonego i zestresowanego pieska, jakim siedem dni temu był Lesio, będzie trwało tygodnie.
Przez pierwsze trzy dni nie robił siusiu.
Jak już zrobił, to w kuchni, czyli najdalej oddalonym od jego koszyczka miejscu. Pierwsze spacerki to trauma, ani kroku za próg mieszkania.
Brałam go na ręce i odchodziłam od klatki za każdym razem kawałek dalej. Po sikaniu w kuchni  padło na puchową kołdrę na łóżku, w ostatniej chwili zdążyłam uratować materac;) I co gorzej to wysikał się na nią po półgodzinnym spacerku. Nagadałam mu, bo przecież nie mogłam podnieść głosu, a mały głupek machał ogonem;)
Ale już na kolejnym spacerze była kupa:)))))
Na następny poszłam więc już z torebkami. Skoro obsikał kołdrę na łóżku przed wyjściem do pracy przykryłam kocem fotel. Jak wróciłam spał na nim i po raz pierwszy wybiegł mi na spotkanie:) I na spacerze było siusiu, a w mieszkaniu już nie. Mądry Lesio. 
Każdy kolejny spacer, to coraz większa frajda. Lubi inne pieski, chętnie się z nimi bawi, a potem z gorącymi uszami i podniesionym(!) ogonem wraca do domu.
Ciągle nie jest jeszcze bardzo pewny siebie, ale jest uroczym i przymilnym pieskiem. Nie umie się tylko bawić z ludźmi, ale i na to przyjdzie kiedyś czas. Na smyczy chodzi pięknie, właściwie przy nodze. To chyba najdziwniejsze, bo przed znalezieniem się w przytulisku błąkał się na wsi, na smyczy nie chodził nigdy i sądzę też, że nigdy nie był w mieszkaniu. Kilka dni temu bał się ręki, smyczy, każdego gwałtownego ruchu i nowego odgłosu.
Klasyczne trudne dzieciństwo. Biedny mały Lesio.
Dziś była kąpiel (oj, nie lubimy się kąpać, bardzo, bardzo) i wizyta u naszego pana doktora (lubimy, bo mizia, drapie za uszami i kocha pieski) i spacerki, spacerki, spacerki... nóg nie czuję;)
A to już Lesio. Na fotelu oczywiście:)
I na spacerku. Jakość nie najlepsza, bo z telefonu, ale widać całość psa:)
 
I to już wszystko na dziś, bo przecież zaraz spacerek, spacerek, spacerek !!! :)))

niedziela, 24 lutego 2013

Zmiana

Radykalna i nieoczekiwana. Niełatwa. W ogłoszeniu wolontariuszka dała mu na imię Pucuś. U nas zostanie Lesiem lub Bulajem, zobaczymy. Piesek jest przerażony. Trudno sobie wyobrazić co przeszedł. Przywieźliśmy go wczoraj z Zalesia. Jest nieufny i bardzo zestresowany. Dużo czasu upłynie zanim otworzy nam swoje psie serce. Na razie zaakceptował koszyk z posłankiem pod stołem i zjadł z ręki, a dziś rano pierwszy raz pomachał ogonem na mój widok:)
Czas, który będziemy spędzać w pracy pozwoli mu na spokojne i stopniowe przyzwyczajanie się do nowego otoczenia i rytmu życia w naszym domu.
Jak już zdecydowaliśmy się na dozwierzęcenie, to wybór padł na najtrudniejszy z możliwych. Kiedy jednak zobaczyłam jego zdjęcie w ogłoszeniu, adoptowanie jakiegokolwiek innego psa nie wchodziło w grę.
No, cóż, jak już zdobywać, to najlepiej Everest:)))
To zdjęcia ogłoszeniowe. Nowe dopiero po dłuższym czasie. Nie będę dodatkowo stresowała go aparatem. Wszystko pomalutku....:)))
A swoją drogą dziwna jestem. Wzięłam sobie na głowę solidny problem, a czuję się szczęśliwa:) Wariatka:)))


wtorek, 12 stycznia 2010

Na działce w kąciku między tujami jest zacisznie i spokojnie. Leży tam metr śniegu, a pod nim jest miękka ziemia. W letnie gorące dni kładł się tam Władek obserwując okoliczne pola.
Jest tam teraz.
W miejscu, które kochał, przytulony do swojej wyglamganej przez lata pandy przytulanki. Razem z nim umarła część mojego serca.
Do zobaczenia mój ukochany piesku...

środa, 6 stycznia 2010

Sam Toft


Od paru lat prawie każdy z naszych gości  zatrzymuje wzrok na kilku obrazkach zdobiących ścianę nad kuchennym stołem i niemal za każdym razem pada pytanie :
" To Władek?!!!"
Odpowiadamy zależnie od nastroju;))) Tyle ,że tak naprawdę to nie Władek, ale podobieństwo jest tak duże, że łatwo można uwierzyć, że jednak Władek.
Autorem ( czy też być może autorką) "władkowych portretów" jest Sam Toft, psiak na zdjęciu na imię ma Doris, a jej ludzki towarzysz to Pan Musztarda. 
Na części obrazków pojawia się również Pani.
Nie tylko Władzio ,ale również oboje z mężem robimy się z każdym rokiem łudząco podobni do pary z obrazków stąd też u nas wielka sympatia do twórcy i jego dzieła :)))))



Zapraszam do oglądania, a jeśli wiecie coś nie coś więcej o tym artyście, to sprawicie mi wielka frajdę dzieląc się informacjami:)











poniedziałek, 12 października 2009

Rogaliki z wiśniami i psie smutki.





Rogaliki zostały upieczone. Mama robiła je z lukrem gotowanym "do piórka", ja posmarowałam je rozmąconym jajkiem i posypałam drobnym cukrem trzcinowym. Ładnie się przypieka i nie jest tak słodki jak lukier.
Do ciasta cukru nie daje się wcale. Za to bardzo słodkie są wiśniowe konfitury robione w proporcji : 1 kg wiśni na 1 kg cukru. Bez nich nie wyobrażam sobie jesieni i zimy. Łyżeczka, dwie do gorzkiej herbaty umili każdy zimny wieczór :)

Są też wspaniałym nadzieniem do rogalików ze śmietanowego ciasta.





Przepis na ciasto:

2 szklanki mąki , 2,5 dkg drożdży , pojemnik gęstej śmietany , 20 dkg masła, troszkę soli , jedno jajko.

Do przesianej mąki wkruszam surowe drożdże, dodaję miękkie masło i śmietanę, solę, siekam składniki nożem jak przy kruchym cieście, potem zagniatam i dosyć cienko wałkuję.
Rozwałkowane ciasto kroję na szerokie pasy, później w trójkąty.
U podstawy każdego trójkąta nakładam trochę konfitury. Zawijam rogalik i zlepiam końce.
Smaruję roztrzepanym jajkiem i posypuję cukrem trzcinowym.
Piekę na blaszce wysmarowanej masłem w temperaturze ok. 200 stopni C przez 15 - 20 min. do zrumienienia.







To łatwe ciasto i zawsze się udaje . Można do niego dodać gałki muszkatałowej i zrobić z niego paszteciki do czerwonego barszczu z mięsnym lub grzybowym nadzieniem.
Zwykle jednym z głównych domowych zjadaczy smakołyków jest nasz łaciaty Władzio. Teraz , kiedy pies jest chory i smutny, dostaje silne leki i nie interesują go nawet ciasteczkowe zapachy z kuchni, mnie też rogaliki nie smakują jak zwykle :(




Jesień w tym roku postanowiła dać się nam we znaki, ale wbrew wszystkiemu my się z Władziem jej nie damy.