sobota, 31 grudnia 2011

Uśmiech:)

W sylwestrowy wieczór wszystkim niezrażonym kapryśnikową ciszą i wciąż jeszcze tu zaglądającym życzę Dobrego Nowego Roku 2012 i bardzo dziękuję za świąteczne serdeczności pozostawione pod poprzednim postem i przesłane mailem.
Stary rok żegnam bez żalu, niech znika powoli tak jak kot z "Alicji w krainie czarów", który opanował sztuczkę powolnego znikania, zaczynając od końca ogona, a kończąc na uśmiechu, utrzymującym się jeszcze pewien czas potem, gdy reszta kota już znikła.
"Ach, często widywałam kota bez uśmiechu - pomyślała Alicja - ale uśmiech bez kota?! To najdziwniejsza rzecz, jaką widziałam w życiu!"
Czy naprawdę to takie dziwne? To raczej właściwy sposób na pożegnanie;) Tak myślę:)
Dziękuję za wszystkie zostawione w minionym roku komentarze, za Waszą obecność i poświęcony kapryśnikowi czas.
Na Nowy Rok zostawiam kocie uśmiechy i życzenia by był lepszy od poprzedniego:)
zdjęcie znalezione w sieci

poniedziałek, 7 listopada 2011

Przerwa w przerwie;)

Zupełnie nie umiem odnaleźć w sobie chęci do pisania. Dni mijają, zajmuje mnie mnóstwo spraw, z czego większość nie poprawia mi nastroju, a kapryśnik leży w kącie i porasta grubą warstwą kurzu.
Remont jest już odległym wspomnieniem. Lubimy krótkie i sprawne remonty. Gorzej z porządkami, ponieważ nie tylko do pisania nie mam chęci;)
W ramach odkurzania trochę zdjęć tego co w czasie ostatnich tygodni dostałam, poskładałam i wypaliłam.
Najpierw dostana prześliczna bransoletka od Dysiaczka. Bardzo nośliwa, urokliwa i jesienna, bo chociaż koralowa, to jarzębinowa:)
Dziękuję raz jeszcze Dysiaczku i ciągle mrugam z niedowierzania, że to ja wygrałam Twoje candy:) Dostałam też materiałowe podkładki w różyczki niezwykłej urody i waniliowo pachnący świecznik, zdjęcie jednak wyszło mi haniebnie kiepsko, więc do oglądania zapraszam do Dysiakowa w poście o oświeceniu z 23 października br.
A poniżej ceramiczna miseczka, różne naszyjniki i korale, które poskładałam w czasie blogowej nieobecności z wypalonych ostatnio i dawniej elementów.








Szkliwa to mandaryn, turkus cracle, portofino, metaliczne złoto i czerwień kardynalska. Brązowe przekładki w pierwszych i ostatnich koralach są wykonane z drewna kokosowego.
A na zakończenie tradycyjnie zalaptopowy rozmruczany Mrautak na dobranoc dla wszystkich, którzy nie stracili cierpliwości i nadal tu zaglądają, bo pomimo przerwy w przerwie, przerwa trwa;)

sobota, 22 października 2011

Porządki.

Domowe, rodzinne i zdrowotne, czyli harmider, zamieszanie i zwolnienie.
Mrautak zachwycona. W domu kartony, walizki, wiadra z farbą, drabiny, malarze,  zdechła ja, kuweta do sikania w pokoju i wszędzie szeleszcząca folia. Cudownie.
Niniejszym ogłaszam wypisanie się z wirtualnej rzeczywistości na czas dłuższy. Ta prawdziwa spadła mi na głowę z siłą lawiny. 
Zapraszam kiedyś.
Na pożegnanie Mrautak remontująca i dwa Mrautaki. Ten mniejszy od atteo. Bardzo podobny do oryginału i bardzo śliczny:) 
Dziękuję:)


sobota, 1 października 2011

Mrucząca sobota.

Jak dobrze w sobotę odpocząć.
I kupić sobie ciuch w jesienną kratkę. I jeszcze czerwoną torebkę, która mi do niczego nie pasuje, a marzyłam o takiej właśnie czerwonej i nie pasującej do niczego, już chyba dobrze ponad dwa lata;)
Tak :)))
Tylko dlaczego po tym odpoczynku, tak okropnie bolą mnie nogi, zupełnie nie rozumiem;)
Do kraciastej sukienki zrobiłam nowe długie jesienne korale.
Szaro-wełniano-bursztynowe, bo już jesień i czas najwyższy przeprosić się z filcowaniem.
Mrautak oczywiście pomagała. Bardzo się ucieszyła kiedy otworzyłam szufladę z czesankami. Bardzo.
Czesanka jakiś czas fruwała w całym mieszkaniu, a potem Mrautak była zmęczona i też odpoczywała.
Na balkonie, w ciepłym październikowym słońcu. Miło, ciepło, leniwie i mrucząco.
Tak bardzo bym chciała umieć zebrać takie dni jak dzisiejszy, nawlec na nitkę, poprzekładać promieniami słońca zamkniętymi w bursztynkach i takie rozleniwione, ciepłe i mruczące schować do szafy.
A potem zawsze móc po nie sięgnąć, jak po filcowe korale :)
Jutro zamierzam odpoczywać jeszcze intensywniej;)


Za wszystkie rymowanki, które znalazły się w komentarzach pod poprzednim postem bardzo dziękuję:)
Mrautak zupełnie nie może się zdecydować, który wierszyk najbardziej jej się podoba. Wszystkie jej przeczytałam i wszystkie zostały nagrodzone bardzo przychylnym mruczeniem.
W tej sytuacji postanowiłyśmy, że ja zrobię ładny jesienny filcowy kwiat-broszkę, a Mrautak wylosuje, której z poetek go wyślemy:)
Jak tylko się uwiniemy, to napiszemy, ale prosimy o cierpliwość, bo takie soboty jak dzisiejsza niezmiernie rzadko nam się trafiają:)



poniedziałek, 26 września 2011

Wierszydełko z przepisem na rymy.

Objawy przepracowania bywają bardzo różnorodne.
Prócz kilku ciekawych dolegliwości natury fizjologicznej zaczęłam składać rymowanki i wierszydełka. Co gorsza czasem je publikuję. Przykro mi.
Traktuję kapryśnikowe zapiski pamiętnikowo, stąd zresztą nazwa bloga, i jak coś sklecę to czasem zapisuję.
Czytacie na własną odpowiedzialność.
Dziś nie będzie słonecznie, jabłecznie i słodko.
Będzie niegramatycznie, informacyjnie, porządkowo i cmentarnie.
A to dlatego, że będąc ostatnio na cmentarzu stwierdziłam, że na większości nekropolii nie ma, są nie wiadomo gdzie, jest za mało* (*właściwe podkreślić) toalet.
W kościołach zresztą podobnie, tylko gorzej. 
Zirytowana powyższym przedstawiam wierszydełko informacyjne, a w nim przepis na rymy oraz zaproszenie do zabawy:)

To nie sztuka znaleźć rym
każde słowo będzie nim,
które taki koniec ma
jakiego nam właśnie trza.

Że to rym jest częstochowski
trudno, niech precz znikną troski
zasad wszelkich też w nim brak
za to rym jest tak, czy siak.

Oto przykład literacki
krótki i nie elegancki
napisany przez J.T.
by zbudował ktoś WC:

Cytat z Juliana Tuwima:
" Tu leży wieszcz, przechodniu nie szcz."

A teraz parafraza fragmentu wiersza tegoż autora:
"Rusz czytelniku mózgiem swym i napisz jakiś własny rym"
;)))
Tematyka dowolna, rymy obowiązkowe.
Oceniać będzie Mrautak, ponieważ ona bardzo dobrze zna się na rymowaniu, bo przecież nie ma nic bardziej poetyckiego jak kocie mruczando;)
Ktoś podejmie wyzwanie?
Kompletnie nie na temat, ilustracją do posta są łapy księżniczki Mrautak jurora, która zawsze wchodzi w kadr, ponieważ słusznie uważa, że ona jest najważniejsza i zdjęcia należy robić jej, a nie jakimś koralikom, tak po prostu ponadziewanym na rzemyk, które pomimo tego, że są pokryte ciekawym matowym szkliwem pt. aligator i trochę je nawet na zdjęciu widać, na uwagę nie zasługują.



sobota, 17 września 2011

Rymowanki dla pewnego łasucha jesienne i słodkie:)

W niedzielny zimny poranek
z jabłek dojrzałych i słodkich
wyduszę smaki jesieni
i włożę je do szarlotki.

Ciastem zapachnie mieszkanie
złociście, słodko, jabłecznie,
a gdy ugryziesz kawałek
rozpłynie się w ustach bajecznie.

A potem podam ci szklankę
ciepłej, słonecznej jesieni
i pomyślimy w zadumie,
czy szarość nam jej nie odmieni.

W takim śniadaniu wrześniowym
niczego mi nie brakuje,
szarlotka, niedziela i jesień
we dwoje najlepiej smakuje.

sobota, 10 września 2011

Korale koloru koralowego, wyróżnienie i psio-kocie sprawy.

Piętrzą mi się zaległości. Najróżniejsze. Tylko praca i praca, pfuj.
Post będzie bez ładu i składu, a i tak nie o wszystkim napiszę. Przepraszam.
Na początek ceramika.
Pomysły, wena i chęci wyparowały gdzieś w siną dal, ale mam sporo ulepionych letnich zapasów, a że zaprzyjaźniony piec pracuje ostatnio pełną parą, to mimo braku czasu, powypalałam sporo nowych koralików.
Dzięki podpowiedzi Plastusi po raz pierwszy udało mi się zrobić duże ceramiczne kule puste w środku, czyli lekkie:)
Ulepiłam je na mokrych gazetowych kulkach. W wysokiej temperaturze wypału gazeta zamienia się w popiół, wystarczy go później z koralików wydmuchać, a po szkliwieniu i kolejnym wypale uzyskałam kilka kul w moich ulubionych czerwonościach.
Gorzej z kompozycją. Układałam, przekładałam i w końcu zmęczona nadziałam kule na rzemień i już. To dobry patent, bo dziury w kulkach zrobiłam duże, rzemień razem z zameczkiem przechodzi przez nie gładko i jak mi się znudzi, to w każdej chwili mogę zmienić elementy korali na inne;)
Sześcienne koraliki z pierwszego zdjęcia również są nałożone na obrożę, na której mogę je dowolnie komponować. Patent dla zapracowanych i niezdecydowanych kapryśnic:)
W robieniu zdjęć pomagała mi Mrautak, a razem z koralikami i kotem pozuje również miseczka łódeczka z tego samego wypału.
Wracając do zaległości, to jakiś czas temu zostałam obdarowana przez Dysiaka wyróżnieniem.
 
To bardzo miłe wyróżnienie Dysiaczku i bardzo Ci za nie dziękuję, ale czy warto dawać wyróżnienia kapryśnicom, które piszą o tym z takim opóźnieniem i do tego zazwyczaj nie wywiązują się z wyróżnieniowych zobowiązań?
Tym razem jednak przynajmniej postaram się napisać o sobie wymagane siedem rzeczy, a zainteresowanych szczegółami odsyłam do odpowiednich horoskopów;)
1) jestem zodiakalnym Baranem
2) w kalendarzu chińskim jestem Bawołem
3) w horoskopie Majów jestem Rubinem
4) w celtyckim Klonem
5) w kwiatowym Hortensją
6) w kartach damą karo
7) mój żywioł Feng Shui to ogień, a wyróżnienie przekazuję wszystkim sympatycznym gościom zaglądającym do kapryśnika:)

Również wszystkich zaglądających, którzy nie wyobrażają sobie dnia bez machania ogonem i przymilnego mruczenia, zapraszam do odwiedzenia jednego z  najsympatyczniejszych psiokocich blogów "Pełnia lata w Domu Tymianka".
W ostatnich dniach staraniem Ori powołana została do życia Fundacja "Dom Tymianka", której celem jest pomoc jak największej liczbie potrzebujących czworonogów.
Czytając pogodne teksty i ciesząc oko uroczymi psio i kotografiami dorzucicie może grosik na konto Fundacji. A może właśnie któryś radosny ogon będzie machać właśnie dla Was ?:)
Wszyscy miauczący i szczekający podopieczni z góry bardzo dziękują, a Mrautak mrucząco zachęca:)

Fundacja „Dom Tymianka”
Kołaki - Kwasy 8
06-406 Opinogóra Górna

52 1090 1694 0000 0001 1684 9209



poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Suszone pomidory, trochę glinianych ulepek i akcent pesymistyczny.

Sezon pomidorowy w pełni. Na straganach wybór i różnorodność. Bawole serca, malinowe, podłużne, okrągłe, duże i małe. Uwielbiam:)
Zeszłej jesieni, już z ostatnich małych gruntowych podłużnych pomidorków, zrobiłam na próbę dwa słoiczki.
Przepis Oli Smile znalazłam, przypadkowo błąkając się w sieci, na stronie www.smakimprezy.pl  
Robiłam je bez przekonania, a gotowe dałam Młodym do wypróbowania, bo często pitraszą coś włoskiego. A tu telefon: "Mamo, cudo!" 
Skoro tak, to w tym roku też robię. Dużo:)
Przepis Oli zmodyfikowałam bardzo niewiele.
Do każdego słoika dodaję świeży czosnek, bo lubimy, a o skórce cytrynowej zapomniałam i rok temu, i teraz, więc nie dodaję, a ocet stosuję winny, ponieważ jest delikatniejszy w smaku.
Do 3 kg pomidorów zużywam około 10 ząbków czosnku, litr dobrego oleju z dodatkiem oliwy, trochę soli i po garści suszonej bazylii, oregano i tymianku, 3-4 łyżki octu winnego.
Z takiej ilości wychodzi pięć dżemowych słoików.
Pomidory kroję na połówki, a większe na ćwiartki. Łyżeczką wybieram gniazda nasienne (robię z nich przecier do zupy pomidorowej).
Wydrążone połówki i ćwiartki układam ciasno na blasze wyłożonej pergaminem,
lekko solę i suszę w piekarniku z termoobiegiem w temp. około 70 - 90 st. C przy lekko uchylonych drzwiczkach 3 - 4 godziny. 
Po suszeniu wyglądają tak:
Nie suszę ich na wiórek, powinny być dobrze podsuszone, ale miękkie.
Wysuszone pomidory mieszam w dużej misce z ziołami i octem, układam ciasno w słoikach do 3/5 wysokości (zalane olejem bardzo zwiększają objętość). Podgrzewam olej i prawie wrzącym zalewam pomidory. Zakręcam słoiki i odstawiam do góry denkiem do wystygnięcia. Wekują się same.
Rzeczywiście są o wiele smaczniejsze od tych kupowanych w sklepie.
Wspaniałe do makaronów, pizzy, a najlepsze prosto ze słoika na chrupiącej bagietce. Mniam :)
A jak nie robię pomidorów, to robię gruszki - przepis tu, a jak nie zajmuję się przetwarzaniem, to w wolnych chwilach lepię gliniane różności,
albo siedzę przed laptopem i stukam w klawiaturę, albo czytam, albo mrautaczę się z kotem, a góra prasowania czeka na zmiłowanie i inne takie też, buuu...
Najbardziej w dobrej organizacji dnia przeszkadza mi praca, bo do domu przychodzę zmęczona. Kto to słyszał, żeby się w pracy męczyć? Skandal doprawdy;)
Ale niestety bez pracy nie ma kołaczy, co ilustruje plakat wypatrzony przez Młodą na Tajwanie:
I tym pesymistycznym akcentem żegnam się z Wami do następnego razu:) 

czwartek, 25 sierpnia 2011

Dactylopius coccus - reaktywacja i senne fotomrautaki.

Z bloggerem nie żyjemy najlepiej. Jak nie muszę, to mu w opcjach i możliwościach najróżniejszych bez potrzeby nie grzebię.
Ale znowu pada, Mrautak bardzo miło towarzyszy mi na tyłach laptopa, a czort jakiś podszepnął, żeby zajrzeć do statystyk.
A tam zobaczyłam, że najczęściej czytanym i otwieranym moim postem jest Dactylopius coccus, czyli post zawierający treści drastyczne.
Skoro tyle osób ciągle go czyta, to i ja też postanowiłam tam zajrzeć. A tu niespodzianka: zamieszczone w tekście aktywne linki do Kubusiów nie przekierowują już na stronę producenta. Strona w dawnej formie przestała istnieć. Na nowej ślicznej stronie Tymbarku próżno będziecie szukać składu soków, są tam teraz umieszczone jedynie informacje o ich wartości odżywczej, zniknął też z oferty sok pomarańczowy z dodatkiem czerwonych pomarańczy z Sycylii;)*
Za to na stronie z Kubusiami sok z truskawkami jest, ale składu też nie ma. Żadnego;))) 
Ciekawa sprawa:) Doprawdy intrygująca;) 
Ja powyższe fakty zostawiam bez komentarza, ponieważ każdy może zdecydować sam, co kupuje i od którego producenta. 
Jak wspominałam moje pożycie z bloggerem i tak już nie układa się najlepiej, niby w spiskową teorię dziejów nie wierzę, ale przyzwyczaiłam się do pisania, zaprzyjaźniłam z niejedną wirtualną duszą i wolałabym, żeby mi się blog jakoś psiejsko-czarodziesko nie wykrzaczył;))
Dla ścisłości przekazu w tekście posta o robakach w soku zamieściłam postscriptum, a ponieważ znowu leje jak z cebra, na wycieczkę poznawczą do sklepu, z dużym wyborem różnych kolorowych soków, wybiorę się może jutro, bo bardzo jestem ciekawa, co takiego teraz znajduje się w informacjach na opakowaniach:) 
W taką pogodę, jak dziś, zamiast chodzić po sklepach i śledzić koszenilę, lepiej wcześnie iść spać. Jak Mrautak:)
Dla wszystkich  zaglądających kilka sennych fotomrautaków:


Dobranoc:)
* sok pomarańczowy z dodatkiem czerwonych pomarańczy czarodziejsko się pojawił, ale składu nie ma nadal;))) 21.02.2012r.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Portofino

" Jest długie lato w Portofino
i dużo gości z wszystkich stron,
i strumieniami płynie wino
tu w Portofino przez całą noc..."
Agnieszka Osiecka
Znowu Osiecka i znowu korale. Powtarzam się, ale nic na to nie poradzę:)
Do tego melodia "chodzi za mną" uparcie:
Szkliwa używane w ceramice to zwykle wodne zawiesiny różnych związków chemicznych. Tlenki i inne związki metali, podczas wypału, w wysokich temperaturach pokrywają glinę różnokolorową powłoką. Producenci fabrycznych szkliw prócz oznaczeń cyfrowych i literowych nadają im również nazwy.
Dziś przedstawiam Wam niebieskie portofino FE 5104. 
Do ceramiki dodałam muszle. Miało być samo niebieskie, ale do morza muszelki pasują, jak ten naszyjnik do Młodej:) 
Zresztą duża środkowa muszla przyjechała z nią z któregoś z odległych krajów i właśnie doczekała się swojego naszyjnika:)
A na zdjęciu poniżej prawdziwe Portofino, ach..
zdjęcie znalezione w sieci

sobota, 20 sierpnia 2011

Dlaczego chińskie matki są lepsze, czyli "Bojowa pieśń tygrysicy" Amy Chua i trochę nowych ceramicznych koralików.

Książka Amy Chua "Bojowa pieśń tygrysicy" wywołała w USA lawinę kontrowersji.
To, według recenzji Zuzanny Ziomeckiej, absolutnie rewelacyjna krytyka współczesnego modelu wychowania przez zachuchanie.
Dając mi ją do przeczytania Młoda uśmiechnęła się i stwierdziła:
"Przeczytaj, bo świetnie napisana, ale pewnie Cię w niej nic specjalnie nie zaskoczy, bo przecież byłaś dla mnie "chińską matką", nie ortodoksyjną, ale chińską:)"
W recenzji książki "Dalily Telegraph" napisał:
" Jeśli myślisz, że jesteś wymagający dla swojego dziecka "Bojowa pieśń tygrysicy" wyprowadzi Cię z błędu... Rodzicielska filozofia Amy Chua może się czasem wydawać nieludzka, ale zadajmy sobie pytanie: czy ten model jest na pewno bardziej okrutny niż wychowywanie dziecka przed ekranem telewizora?"
Dla wyjaśnienia w czym rzecz, zacytuję jeszcze autorkę:
"Chińska matka wychodzi z założenia, że:
1. naukę stawiamy na pierwszym miejscu;
2. szóstka minus to zły stopień;
3. dziecko ma wyprzedzać resztę klasy w matematyce o dwa lata;
4. nie należy chwalić dzieci publicznie;
5. jeśli dziecko kiedykolwiek poróżni się z nauczycielem lub instruktorem, zawsze stajemy po stronie nauczyciela lub instruktora;
6. dzieci mogą uczestniczyć w zajęciach, w których jest szansa na zdobycie medalu;
7. złotego, oczywiście."
I co Wy na to? :)))
W pierwszych latach nauki Młodej nie było jeszcze szóstek, opisowych ocen i głupawych uśmieszków stawianych w miejsce stopni.
Kiedy przynosiła ocenę 5-, pierwsze pytanie jakie słyszała ode mnie brzmiało: " A za co minus?" Potem analizowałyśmy czego nie umiała, albo w czym popełniła błąd.
W wieku lat chyba trzech, przez kilka bitych godzin nie wstała od biurka zanim nie zaczęła prawidłowo wymawiać słowa "lekko", zamiast koszmarnego "letko", które doprowadzało mnie do szewskiej pasji.
Straszna byłam, wiem:) A tu okazało się, że po prostu chińska:)
Dziś zapewne inaczej zachowałabym się w wielu sytuacjach, z jednej został mi nawet moralny kac, ale w sumie nadal uważam, że wymagająca matczyna miłość jest po stokroć lepsza od  zbytniej wyrozumiałości i pobłażliwości, a tak zwane bezstresowe wychowanie, to w praktyce nieporozumienie.
Za takim modelem wychowawczym wypowiada się większość psychologicznych sław, ale naprawdę wygląda to tak, że dziecko w odczuciu matki wychowywane bezstresowo, nie jest wychowywane wcale. A efekty mamy w szkołach, autobusach, sklepach, a ostatnio na ulicach brytyjskich miast. 
Chiński model to pot i łzy, ale po latach przychodzi słodka jak miód satysfakcja. Warto jej spróbować, wierzcie mi:)
Amy Chua jest profesorem prawa na Uniwersytecie Yale, urodzoną w USA córką chińskich emigrantów i żoną żydowskiego naukowca. Obie jej córki biegle mówią po mandaryńsku i obie uroczyście obchodziły swoją bat micwę.
Historia jej rodziny to również kapitalny przykład stapiania kultur i pokazowa lekcja wzajemnego szacunku, tolerancji i miłości.
Książkę czyta się świetnie. Zachęcam szczerze, bo niezależnie od wyznawanych metod wychowawczych to ciekawa i doskonale napisana lektura, a że za parę dni początek roku szkolnego, na pewno na czasie;)


A to już ceramiczne paciorki z ostatniego wypału i pierwsze złożone korale:
 
Szkliwo na koralach ze zdjęcia to stare złoto. Powtórzę szkliwienie nim na kolejnych elementach, bo bardzo mi się spodobało.
Kolejny faworyt to czerwień kardynalska, a zaraz za nią portofino w ładnych marmurkowych niebieskościach.
Tym razem korale będą jednokolorowe, sama czerwień i samo portofino. Co do żółtości, to jeszcze nie wymyśliłam;)
Młoda miała oko na portofino właśnie, a ja na czerwień.
Jak poskładam pokażę, a na razie sobie przyjemnie poprzekładam i pokombinuję, zapytam o zdanie Mrautak i zobaczymy co nam wyjdzie.
Jak dobrze, że chińską matką jest się tylko kilkanaście lat. Potem już można bawić się z kotem paciorkami i robić dla dziecka korale :)

środa, 17 sierpnia 2011

Jednak urlop.

Schyłek lata i koniec krótkiego urlopu.
Korzystając z kilku ciepłych i słonecznych dni, bez planów i ustaleń, uciekliśmy nad morze.
Morskie kurorty to nie są miejsca, które kaprysie lubią najbardziej, ale ten rok tak mi dokuczył, że marzyłam tylko o tym, żeby móc leżeć cały dzień na słońcu i nie myśleć o niczym.
Plaża nadaje się do tego bardzo dobrze, a jakimś cudem czekało na nas, dostępne od już, wygodne lokum nad samą wodą w Krynicy Morskiej.
Na plażę jeździliśmy jednak kilka kilometrów dalej, była z to cudownie czysta i pusta.

Po kilku dniach leżenia plackiem, spieczeni i nieco znudzeni zaczęliśmy wędrować.
Najpierw na wschód, gdzie po kilku kilometrach skończyła się nam Polska,
a potem na zachód, aż do ujścia Wisły do morza w Mikoszewie.
Tam przeprawiliśmy się promem przez przekop Wisły,
który jednak nie wszystkim przypadł do gustu ;) 
i odwiedziliśmy urokliwą gdańską Starówkę.
  
Chodziliśmy pomiędzy straganami Jarmarku Dominikańskiego,
 
 
żeby na koniec jednak wrócić na plażę, z której ostatniego dnia wygoniły nas granatowe chmury kolejnego deszczowego frontu;)
 
Nie dokarmialiśmy też dzików, 
chociaż bardzo prosiły:)  
Pozachwycaliśmy się Zalewem Wiślanym
i pochylniami kanału Ostródzko -Elbląskiego, jedynej konstrukcji hydrotechnicznej dzięki , której stateczki naprawdę płyną po łąkach:)

I po urlopie:)
Czy odpoczęłam? Troszeczkę, ale dobre i to. 
Mrautak czas naszego wyjazdu spędziła z wizytą u Młodych, wracała niechętnie, ale już przypomniała sobie o naszym codziennym kwadransie mrautaczenia z przytulankami:)
Dobry znak, to to, że wraca spokój. Zaczęły mnie kusić gliniane paciorki, wypalanki, dłubanki itp.
Coś nawet już zaczęłam dłubać, ale pokażę jak nadłubię więcej, a teraz pozaglądam do Was, bo zaległości mam całe morze;)
I jeszcze raz, wszystkim blogowym przyjaciółkom, które zostawiły ciepłe i serdeczne słowa otuchy pod poprzednim postem, najserdeczniej Dziękuję.