Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 września 2013

Winnie-the-Pooh

Ten krótki post niech będzie świadectwem, że w blogu poruszam również tematy kontrowersyjne. Zaraz na początku oświadczam, żeby nie było, że jestem niezwykle tolerancyjna.
Otóż jestem w stanie zaakceptować fakt, że bycie dziewczynką lub chłopcem może być odwracalne. Ale człowiek ułomny jest i jak się raz przyzwyczaił za sprawą pani Ireny Tuwim, że Kubuś Puchatek to chłopak, to nawet niezaprzeczalny fakt, że tak naprawdę jest inaczej, może zachwiać światopoglądem. Tenże, jak wiadomo, kształtowany jest od dziecka, a Kubusia Puchatka czyta się dzieciom.
W roku 1986 moja Młoda była malutka, a ja nieświadoma konsekwencji, nowy przekład Winnie-the-Pooh pióra Moniki Adamczyk-Grabowskiej zbyłam wzruszeniem ramion, bo mi się zwyczajnie nie podobał, bo co to za tytuł dla Kubusia Puchatka : "Fredzia Phi-Phi". Dziecku swojemu twardo czytałam książeczki o Kubusiu Puchatku, znaczy chłopczyku i faktu uświadomienia szerokiej opinii publicznej prawdziwej płci misia w ogóle nie roztrząsałam.
Po latach jednak, mimo natłoku codziennej dorosłej Bardzo Ważnej Pracy, Młoda przypadkiem odkryła prawdę, po czym natychmiast wykonała telefon z pytaniem: Mamo!!!!! Jak to?
No i weź tu się człowieku tłumacz teraz.
I cóż z tego, że tłumaczenie z roku 1986 jest bliższe oryginałowi?
Jeden z krytyków Fredzi Phi-Phi napisał, że Monika Adamczyk - Grabowska wykonała kawał rzetelnej roboty, tyle, że nikomu do niczego nie potrzebnej.
A poza tym, powiedzcie same, Wy, wszystkie moje drogie czytelniczki, czy wizerunek sympatycznego, ale niezwykle jednak łakomego misia o bardzo małym rozumku może przystawać do dziewczynki?
Odpowiedź jest jedna: W żadnym wypadku !!! :)))
Zainteresowanych odsyłam do źródeł, a Ciebie moje drogie dziecko upraszam o wyrozumiałość, bo to się przecież zupełnie w głowie nie mieści, żeby Kubuś, był Kubusią, że już nie wspomnę o tym, jak to rzutuje na wzajemne relacje między zwierzątkami;)
Ten temat szczegółowo rozważali w tle bohaterowie polskiej czarnej komedii "Ciało", który to film jednych bawi, a innych drażni. Oboje z mężem zaliczamy się do fanów tej niedocenionej produkcji, ale to już całkiem inna sprawa:)
Kończę, ponieważ brzuszek mi mówi, że nadszedł czas na małe co nie co;)))
 Niedźwiedzica Winnie, od której wziął imię Kubuś Puchatek - źródło

niedziela, 27 stycznia 2013

Dziękuję Krysiu, czyli "Miedzianka. Historia znikania" Filipa Springera.

Kupferberg - Miedzianka, miasteczko, którego nie ma. 
Niezwykły historyczny reportaż o przemijaniu, który od pierwszych zdań czyta się jak najlepszy kryminał.
O losach i historii miasteczek Dolnego Śląska nie uczono na szkolnych lekcjach. Do dziś to temat niewygodny i trudny. Dotyka zbyt wielu spraw przez lata "zamiatanych pod dywan".
O tych, którzy zostawiali swoje domy i całe dotychczasowe życie, i o tych, którzy umierali  po kilku latach pracy w kopalniach rud uranu, nie uczy się i nie przypomina. Korzystając z dostępnych przekazów i opowieści żyjących mieszkańców Miedzianki, Filip Springer opowiedział historię miasteczka z siedmiowiekową tradycją, które istnieje tylko we wspomnieniach.
Dzięki mojej bliskiej koleżance, z którą pracuję od wielu lat, mogę opisać garść jej wspomnień związanych z tym miejscem.
Krysia przyjechała do Kowar latem 1945 roku. Rodzice wprowadzili się do jednego z domów wyznaczonych do zasiedlenia. Dom należał do sióstr Krüger. W rodzinnym domu Krysi, w podwarszawskim Pruszkowie została urządzona kantyna dla sowieckich oficerów. Rodzice Krysi przyjechali tylko z tym, co udało się zapakować w kilka walizek.
Frau i fräulein Krüger mieszkały z rodziną Iglów jeszcze dwa lata.
Opiekowały się, urodzoną już w Kowarach, siostrą Krysi, pomagały w prowadzeniu domu i restauracji. Restauracje były dwie. Jedna "Grażyna" położona w parku i bar na dworcu w Kowarach.
Piwo do obu tata Krysi kupował w browarze w Miedziance. 
Mała Krysia pamięta zabawy z rówieśnikami i wyprawy do Miedzianki. Zakazane zabawy w opuszczonych domach i groby właścicieli pałacu, do których zaglądali. Dorośli zajęci własnymi sprawami nie byli w stanie upilnować dzieciarni, dla której groby i śmierć była równie fascynująca, jak abstrakcyjna. Niemieckie koleżanki i koledzy z czasem znikali, do zabaw i wypraw dołączali mali Rosjanie.
Miedzianka i Kowary we wspomnieniach Krysi, to ciche, urokliwe uliczki pełne kwiatów, z kutymi starymi latarniami, senne i spokojne. Pamięta restaurację ojca przy stacji kolejowej z drewnianymi boksami oddzielającymi stoliki. Wieszaki z poroży jeleni, żółtą tapetę w złote wzorki, wysoki bar z pompką do piwa. Pamięta też migocące promienie słońca na dużych , sześcioosobowych stołach nakrytych kraciastymi obrusami. Komplety obrusów były trzy, zmieniane w miarę potrzeby, czerwony, niebieski i seledynowy.
W rogu restauracji stała pianola z pięknym starym mechanizmem, dzięki któremu instrument sam wygrywał melodie, a po przesunięciu dźwigni można było grać na nim, jak na każdym zwykłym pianinie. Za darmowe obiady, drobny, przygarbiony nauczyciel muzyki uczył na niej grać małą Krysię. Nie wyjechał do Niemiec z innymi repatriantami. Popełnił samobójstwo, ale o tym Krysia dowiedziała się od rodziców wiele lat później.
Siostry Krüger były przez ojca Krysi zatrudniane, wielokrotnie też interweniował u władz i udawało mu się opóźnić ich wyjazd. Dom był duży i wygodny, a ludzie chcieli po prostu spokojnie żyć.
Wyjechały pod koniec 1947 roku, z pomocą ojca Krysi udało się im odszukać daleką rodzinę w Niemczech.
W roku 1950 okolice Kowar i Miedzianki było już innym miejscem. Rozrosła się zamknięta strefa R-1 wokół zarządzanej przez Rosjan kopalni rud uranu, a rodzina Iglów dostała dwadzieścia cztery godziny na opuszczenie domu i Kowar.
Taka była cena za pomoc i sympatię dla ludzi, którzy mieszkali tam od wieków i za dobrze prosperujące dwie restauracje. Własność i prywatna inicjatywa nie mieściły się w schemacie nowych socjalistycznych porządków.
To niezwykłe móc przyjrzeć się historii oczami jej świadków. Taką cudowną możliwość daje książka Filipa Springera.
Krysi pozwoliła wrócić do wspomnień dzieciństwa, które choćby najtrudniejsze, to zawsze pozostają radosne i jasne, a ja dzięki niej zyskałam możliwość poznania i zapisania ich drobnej cząstki.
Dziękuję Krysiu:)

Dla zainteresowanych aktywne linki:
http://www.polityka.pl/spoleczenstwo/reportaze/303896,1,dlaczego-miedzianka-musiala-zniknac.read
http://www.culture.pl/baza-literatura-pelna-tresc/-/eo_event_asset_publisher/eAN5/content/filip-springer-miedzianka-historia-znikania

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Statystyka

Statystyczna krzywa Gaussa ma kształt kapelusza. Nie noszę kapeluszy. Ładnie mi w nich, ale baba w kapeluszu z siatami w rękach wygląda idiotycznie. W powozie, w Ascot, w limuzynie, w pałacu, ok, ale w tramwaju? Głupio.
Zakładając, że moja sąsiadka nosi kapelusz codziennie, a ja wcale, to statystycznie chodzimy w nich co drugi dzień. Właściwie mogłybyśmy używać jednego.
Statystyczna Polka ma dziś około 40 lat, 165 cm wzrostu, średnie wykształcenie, waży 68 kg, pracuje w handlu, oświacie lub służbie zdrowia, za rzadko robi badania i ma więcej niż jedno dziecko ;), a przed sobą 27 lat pracy.
Praca dla kobiety do sześćdziesięciu siedmiu lat. Tak cudnie nam wymyślono, że co sobie o tym przypominam, to mnie mdli, chociaż mi niby zostało "tylko" koło jedenastu. Pfuj.
Jakby mi tak ktoś kilka odjął, to już nawet mogę chodzić w tym kapeluszu sąsiadki co drugi dzień. 
Jak więc widać po wstępie zaczęłam z obrzydzeniem kolejny tydzień, kolejnego roku. Za oknem szaro, buro i zimna chlapa, dzień krótki, kot śpi, nogi puchną, tyłek rośnie. 
Najlepsze pocieszenie w dobrym jedzeniu, ale tyłek rośnie. I jeszcze w czytaniu, niestety na siedząco, więc tyłek rośnie.
Zupełnie nie po kolei zaliczyłam całą kryminalną sagę Camilli Lackberg. Bardzo sympatyczne czytadło:) Jest coś niezwykle przyjemnego i przyciągającego w śledzeniu losów znajomych bohaterów uwikłanych w coraz to nowe, mroczne, kryminalne historie rozgrywające się w malowniczej szwedzkiej Fjallbace. Prosty język, dobrze zawiązane intrygi, wartka akcja, a przy tym ciekawy obyczajowy obraz szwedzkiej prowincji. Jak już koniecznie miałabym się do czegoś przyczepić, to do nieprawdopodobnych ilości kawy wypijanej każdego dnia i o każdej porze przez bohaterów, ale ja po prostu lubię się czepiać, a do tego nie lubię kawy;)
Z przyjemnością zastanawiam się nad kolejną książką. Na stoliku czeka "Zniknięcie słonia" Murakamiego - czytam z przerwami, bo to specyficzne opowiadania, bardzo ciekawie zapowiadająca się "Historia smaku" Bryana Bruce, "Zarys dziejów traktora po ukraińsku" Mariny Lewyckiej i reportaże Filipa Springera "Miedzianka. Historia znikania." oraz Liao Yiwu "Prowadzący umarłych" - zbiór blisko trzydziestu wywiadów z przedstawicielami najniższych warstw chińskiego społeczeństwa, zupełnie niezwykła galeria postaci całkiem niepasujących do oficjalnego obrazu nowoczesnych Chin.
Smakowity wybór :) A tyłek rośnie;)
Na koniec pokazuję obfotografowany kołnierzyk od Ediny i kota póki jeszcze z nami mieszka i idę czytać. Zupełnie niestatystycznie, ponieważ przeciętnie Polak czyta podobno jedną książkę w roku.
Z tym, że oczywiście Polek ta statystyka nie dotyczy, prawda? :)))

niedziela, 2 grudnia 2012

Mikołaj był...

"   starszy od grzechu, a jego broda nie mogła bardziej posiwieć. Chciał umrzeć.
Krasnale, żyjące w jaskiniach Arktyki nie znały jego języka, rozmawiały jednak we własnej szczebiotliwej mowie, i kiedy nie pracowały w fabrykach, odprawiały niezrozumiałe rytuały.
Każdego roku zmuszały go, mimo protestów i płaczu, do wejścia w Wieczną Noc. Podczas swoich podróży zatrzymywał się obok każdego dziecka na świecie i zostawiał mu przy łóżku niewidzialny krasnoludzki prezent. Dzieci spały uwięzione w czasie.
Zazdrościł Prometeuszowi i Lokiemu, Syzyfowi i Judaszowi. Jego kara była cięższa.
Ho.
Ho.
Ho.  "
Neil Gaiman
Zegar tyka. Tyk, tyk, tyk i znowu grudzień. Może byłby i sympatyczny, gdyby nie sklepy, gary, porządki, praca i czas, który pędzi na oślep.
I jak tu się cieszyć świętami?
Biedny Mikołaj. Biedne kaprysie.
Ho.
Ho.
Ho.
Cytat to chyba najkrótsze opowiadanie Gaimana zamieszczone w zbiorku "Dym i lustra". Jak ja lubię tego autora:)
Zawsze znajdę u niego coś zaskakującego. Tym razem szczypta czarnego humoru, ot tak, żeby zmącić grudniową, lukrowaną przedświąteczną atmosferę kropelką dziegciu;)
Zresztą kto zaprzeczy, że wymyślenie/znalezienie/zrobienie/kupienie/dopasowanie do upodobań* kilkunastu prezentów pod choinkę, to nie jest zadanie karkołomne?
Pomysły jakieś? Konstruktywne?

* podkreślić wybrane


piątek, 20 stycznia 2012

Prawo Pani Parkinson.

Głównym problemem kobiety pracującej, zamężnej, mającej dzieci, zwierzę(-ta) domowe, czasem dolegliwości i niepojętą chęć ogarnięcia całości w jakiej takiej harmonii, jest cykliczne powtarzanie się dni krytycznych.
Wszystko sprzysięga się przeciwko nam. Mleko kipi, kot wymiotuje, autobus zamknął nam drzwi przed nosem i ochlapał błotnistą breją, migrena jest nieznośna, a praca nie do wytrzymania.
Nie możemy się zdecydować, czy płakać, krzyczeć, czy może włożyć głowę do gazowego piecyka. Ciąg fatalnych zdarzeń postępuje w sposób pozornie niemożliwy do zatrzymania.
Otóż okazuje się, że opisany kataklizm narasta wprost proporcjonalnie do rosnącej temperatury naszych negatywnych emocji, a tym samym temperatury w ogóle. 
Czy jeśli krojąc cebulę wbijecie sobie nóż w palec, a następnie zbijecie ulubiony porcelanowy talerz po prababci, robi się wam gorąco?
No, właśnie.
A jeśli dodatkowo przypadkiem w skrzynce na listy znajdziecie ponaglenie za niezapłacony rachunek za prąd, który to opłacić miał mąż dwa tygodnie temu, nasza temperatura emocjonalna może osiągnąć wskaźniki krytyczne, zbliżone do temperatury lawy tuż przed wybuchem wulkanu.
Należy zaznaczyć, że ewentualny wybuch chwilowo tę temperaturę obniża, ale tylko w sytuacji kiedy jest ją komu przekazać. Na przykład akwizytorowi sprzedającemu wełniane poduszki. Nieszczęśnik taki ucieka potem w popłochu przerażony wrzaskiem jakim go przywitałyśmy i omija nasze mieszkanie szerokim łukiem do końca życia. Niestety nasza sytuacja poprawia się tylko na chwilę.
Skoro więc jednak naszą katastroficzną serię można wyjaśnić prostą matematyczno-fizyczną zależnością, zastanówmy się i podejdźmy do problemu naukowo.
Wszystkie parametry wrócą do normy jeżeli obniżymy temperaturę.
Sposobów jest wiele. Świetnie działa napój z lodem, chłodny tusz, czy wreszcie zimna kalkulacja.
Wychodząc spod prysznica i spokojnie wycierając głowę ręcznikiem dojdziemy do prostego wniosku, że większość fatalnych zdarzeń, które były naszym udziałem w ciągu ostatnich kilku godzin, prowokowałyśmy same.
A czort z tym autobusem, można go było nie gonić, przyjedzie przecież następny. Mleko dla osób dorosłych jest niestrawne, więc lepiej, że go nie wypiłyśmy. Kotu należy podać odkłaczającą pastę, a korespondencję zostawiać do otwarcia mężowi. Z pewnością ureguluje rachunek nic nam o tym nie mówiąc:) Jak już nakleimy na palec plaster, to głowa sama przestanie nas boleć, a temperatura wróci do normy.
Rozluźnione i spokojne możemy oddać się naszym ulubionym zajęciom i zrobić kolejne korale do wiszącej już jakiś czas w szafie kraciastej kiecki,
albo poczytać książkę.
Najlepiej "Prawo Pani Parkinson i inne studia z zakresu wiedzy domowej" C. Northcote Parkinsona, z której zaczerpnęłam myśl przewodnią powyższego wywodu oraz część zdania z gazowym piecykiem, ponieważ bardzo mi się podobała:)
Pozycja tak dobra, jak stara. Ostatnie wydanie ukazało się nakładem "Książki i Wiedzy" w roku 1970.
Szczerze polecam i zachęcam do poszukiwań w antykwariatach i bibliotekach, bo nic tak nie poprawia nastroju w dniu krytycznym, jak lekka i zabawna lektura:)

sobota, 20 sierpnia 2011

Dlaczego chińskie matki są lepsze, czyli "Bojowa pieśń tygrysicy" Amy Chua i trochę nowych ceramicznych koralików.

Książka Amy Chua "Bojowa pieśń tygrysicy" wywołała w USA lawinę kontrowersji.
To, według recenzji Zuzanny Ziomeckiej, absolutnie rewelacyjna krytyka współczesnego modelu wychowania przez zachuchanie.
Dając mi ją do przeczytania Młoda uśmiechnęła się i stwierdziła:
"Przeczytaj, bo świetnie napisana, ale pewnie Cię w niej nic specjalnie nie zaskoczy, bo przecież byłaś dla mnie "chińską matką", nie ortodoksyjną, ale chińską:)"
W recenzji książki "Dalily Telegraph" napisał:
" Jeśli myślisz, że jesteś wymagający dla swojego dziecka "Bojowa pieśń tygrysicy" wyprowadzi Cię z błędu... Rodzicielska filozofia Amy Chua może się czasem wydawać nieludzka, ale zadajmy sobie pytanie: czy ten model jest na pewno bardziej okrutny niż wychowywanie dziecka przed ekranem telewizora?"
Dla wyjaśnienia w czym rzecz, zacytuję jeszcze autorkę:
"Chińska matka wychodzi z założenia, że:
1. naukę stawiamy na pierwszym miejscu;
2. szóstka minus to zły stopień;
3. dziecko ma wyprzedzać resztę klasy w matematyce o dwa lata;
4. nie należy chwalić dzieci publicznie;
5. jeśli dziecko kiedykolwiek poróżni się z nauczycielem lub instruktorem, zawsze stajemy po stronie nauczyciela lub instruktora;
6. dzieci mogą uczestniczyć w zajęciach, w których jest szansa na zdobycie medalu;
7. złotego, oczywiście."
I co Wy na to? :)))
W pierwszych latach nauki Młodej nie było jeszcze szóstek, opisowych ocen i głupawych uśmieszków stawianych w miejsce stopni.
Kiedy przynosiła ocenę 5-, pierwsze pytanie jakie słyszała ode mnie brzmiało: " A za co minus?" Potem analizowałyśmy czego nie umiała, albo w czym popełniła błąd.
W wieku lat chyba trzech, przez kilka bitych godzin nie wstała od biurka zanim nie zaczęła prawidłowo wymawiać słowa "lekko", zamiast koszmarnego "letko", które doprowadzało mnie do szewskiej pasji.
Straszna byłam, wiem:) A tu okazało się, że po prostu chińska:)
Dziś zapewne inaczej zachowałabym się w wielu sytuacjach, z jednej został mi nawet moralny kac, ale w sumie nadal uważam, że wymagająca matczyna miłość jest po stokroć lepsza od  zbytniej wyrozumiałości i pobłażliwości, a tak zwane bezstresowe wychowanie, to w praktyce nieporozumienie.
Za takim modelem wychowawczym wypowiada się większość psychologicznych sław, ale naprawdę wygląda to tak, że dziecko w odczuciu matki wychowywane bezstresowo, nie jest wychowywane wcale. A efekty mamy w szkołach, autobusach, sklepach, a ostatnio na ulicach brytyjskich miast. 
Chiński model to pot i łzy, ale po latach przychodzi słodka jak miód satysfakcja. Warto jej spróbować, wierzcie mi:)
Amy Chua jest profesorem prawa na Uniwersytecie Yale, urodzoną w USA córką chińskich emigrantów i żoną żydowskiego naukowca. Obie jej córki biegle mówią po mandaryńsku i obie uroczyście obchodziły swoją bat micwę.
Historia jej rodziny to również kapitalny przykład stapiania kultur i pokazowa lekcja wzajemnego szacunku, tolerancji i miłości.
Książkę czyta się świetnie. Zachęcam szczerze, bo niezależnie od wyznawanych metod wychowawczych to ciekawa i doskonale napisana lektura, a że za parę dni początek roku szkolnego, na pewno na czasie;)


A to już ceramiczne paciorki z ostatniego wypału i pierwsze złożone korale:
 
Szkliwo na koralach ze zdjęcia to stare złoto. Powtórzę szkliwienie nim na kolejnych elementach, bo bardzo mi się spodobało.
Kolejny faworyt to czerwień kardynalska, a zaraz za nią portofino w ładnych marmurkowych niebieskościach.
Tym razem korale będą jednokolorowe, sama czerwień i samo portofino. Co do żółtości, to jeszcze nie wymyśliłam;)
Młoda miała oko na portofino właśnie, a ja na czerwień.
Jak poskładam pokażę, a na razie sobie przyjemnie poprzekładam i pokombinuję, zapytam o zdanie Mrautak i zobaczymy co nam wyjdzie.
Jak dobrze, że chińską matką jest się tylko kilkanaście lat. Potem już można bawić się z kotem paciorkami i robić dla dziecka korale :)

piątek, 6 maja 2011

"Chłopiec z latawcem" Khaleda Hosseiniego i chustecznik.

Jest oczywiste, że człowiek, a zwłaszcza kobieta, jak smutna, zmartwiona i depresyjna, to pochlipuje. Skutkiem pochlipywania jest zasmarkany nos generujący stałe zużycie jednorazowych chusteczek.
Odkąd bawię się decoupage obkleiłam sporo różnych chusteczników, ale sobie jakoś nie zrobiłam, a przydałby się:)
Znalazłam więc ładną serwetkę, pudełko i szybką żelazkową metodą, w przerwach w wieczornym gotowaniu, zrobiłam wiosenny chustecznik, a później przeczytałam książkę. Niezwykłą.
Khaled Hosseini napisał powieść bardzo prostą i głęboko poruszającą. 
Losy dwóch afgańskich chłopców układają się w niej w historię wielkiej przyjaźni, podłości i wyrzutów sumienia, które kształtują życie głównego bohatera.
Powieść Hosseiniego warto przeczytać  nie tylko dlatego, że tak bardzo mało wiemy o tragedii Afganistanu, czy też o muzułmanach i islamie w ogóle, ale dlatego, że tak prawdziwie opowiada o słabościach bliskich i znajomych każdemu, a przez to czyniących nas wszystkich bardziej podobnymi sobie niż mogłoby się nam wydawać.
Zdrada, odkupienienie, czy zbrodnia są uniwersalne.
Wartka akcja, prosty język i niezwykle wciągająca fabuła to atuty, które sprawiły, że "Chłopiec z latawcem" od lat króluje w czołówce list bestsellerów.
Wydana w ośmiu milionach egzemplarzy, przełożona na czterdzieści dwa języki to jedna z tych książek, na które warto wykraść dobie parę godzin, w którą można się schować przed codziennością i po której przeczytaniu poczułam się bogatsza.

A tak prezentuje się wiosenny chustecznik, który Mrautak wyjątkowo upodobała sobie do ocierania pyszczka. Bardzo praktyczna rzecz. Będzie służyć nam obu:)

wtorek, 3 maja 2011

Maj

Jak to się stało, że już maj?
Za kilka dni minie dwa lata odkąd zamieściłam pierwszego posta. Pomyślałam, że jeśli dziś nie opublikuję choć kilku słów i zdjęć, to do bloga być może już nie wrócę.
Jestem znużona. To chyba najodpowiedniejsze określenie. 
Zbyt wiele spraw mnie martwi, zabiera zapał i czas na blogowe przyjemnostki. Wiosna w tym roku dokuczyła mi wyjątkowo.
Mam takie odczucie, że całą energię potrzebną drzewom do zmiany malutkich rachitycznych listeczków w duże normalne liście zabrała ode mnie. Nie od dziś za sobą nie przepadamy. Królewna wiochna i królewicz kwiecień od zawsze działali mi na nerwy;)
Pomimo, że plany i pomysły na zmiany poszły precz w kąt, coś tam czasem obkleję, coś przeczytam, głaszczę kota i z niechęcią myślę o kolejnym dniu.
Biedną Mrautak pozbawiłam atrybutów płci. Zapewne nigdy mi tego nie wybaczy. Ja bym nie wybaczyła. Gryzie mnie częściej i mniej się przytula. Rozumiem.
Łykam różne mało skuteczne tabletki i zastanawiam się jaki sens ma opisywanie na forum smutków. Blog powinien tchnąć optymizmem, zapałem, humorem i inspiracjami.
Albo prowokować, intrygować i pobudzać, ale w żadnym wypadku nie powinno się w nim smędzić i nudzić. A już szczególnie nudzić siebie;)
Nie warto czytać nudnego kapryśnika. Warto przeczytać dobrą książkę. 
Na przykład "Chłopca z latawcem" Khaleda Hosseiniego.
O tej i innych książkach napiszę może innym razem, a teraz już tylko zdjęcia ostatnich obklejonych korali dla mnie na pociechę, kota dla urozmaicenia i mojej czarnej melancholii z odrobiną czerwieni zamkniętej w koralach dla dziecka.



sobota, 5 lutego 2011

Książki

Kilka dni temu Inkwizycja zaprosiła mnie do zabawy pod niepokojącym tytułem: "Pokaż mi swoje książki, a powiem ci kim jesteś".
I któż by pomyślał, że w XXI wieku przyjdzie mi zeznawać przed Inkwizycją. Całe szczęście, że czułą ;) Proszę więc, pokazuję:)
To półka podręczna, niepełna i zupełnie przypadkowa.
Nasze książki krążą między domami. Część zabrała Młoda, kolejną część jeszcze zabierze, czasem coś przywiezie, a tym co kupujemy wymieniamy się na bieżąco.
A to kilka półek biblioteki stacjonarnej. Tak myślę, że raczej po zawartości biblioteki nie da się wywnioskować kim jestem;)
A co czytam? Jak mam ochotę na uspokojenie myśli i nie jestem w trakcie czytania czegoś nowego, wracam do krótkich opowiadań Roberta Gravesa, Guy de Maupassanta, Czechowa, czy Sartrea.
Działają jak balsam.
Jak jestem zmęczona i mam mało czasu, a muszę  przeczytać kilka kartek lub chociaż zdań przed snem, bo inaczej nie usnę, sięgam po cokolwiek, z tym, że nie może to być na przykład biografia Kingi Rusin:)
Drażni mnie tak zwana literatura kobieca. Nie czytam Grocholi, ba, odłożyłam nawet Kalicińską, znużyła mnie.
Czytam czasem Ludluma, Folleta, Grishama, Cooka, Kinga i wszelkie dobre kryminały z Agathą Christie na czele. Za Pratchettem nie przepadam. Dobry Omen przeczytałam, ale zdecydowanie wolę Gaimana solo, chociaż fantastyka, to nie jest to, co kaprysie lubią najbardziej.
Sapkowskiego nie mogę, a Krajewskiego z jego mrocznym Wrocławiem lubię.
Chociaż mają sto lat uwielbiam felietony Tadeusza Boya i recenzje teatralne Antoniego Słonimskiego (nieco młodsze;)). Tylko on umiał zamknąć recenzję marnej sztuki teatralnej pt. "Kartka papieru" dwoma krótkimi zdaniami: "To nie była kartka. To była rolka" :)))
Uwielbiam poezje Tuwima, Wierzyńskiego, Marii Jasnorzewskiej-Pawlikowskiej, Baczyńskiego i Wisławy Szymborskiej.
Na Makuszyńskim uczyłam się czytać, a czytając Wańkowicza, "Dzienniki" Marii Dąbrowskiej i Prusa uczyłam się pisać. 
Bardzo lubię Whartona, a Vonnegut trochę mnie drażni, chociaż lubię sposób w jaki pisał. Bardziej drażni mnie Salinger, a jeszcze bardziej Masłowska.
Lubię Marqueza, Zafona, Mendozę, Whartona. Ostatnio urzekła mnie proza Olgi Tokarczuk,  lubię książki Orhana Pamuka, ale zmuszają mnie do koncentracji.
Z przyjemnością przeczytałam całego Harego Pottera:)
Czasami lubię też zażyć szmiry, tak dla kontrastu;) "Trędowatą" znam, a jakże, ale to cudowny pastisz "Na ustach grzechu" Magdaleny Samozwaniec doprowadził mnie do histerycznych ataków śmiechu.
Nie pamiętam dokładnie, ale to było jakoś tak: " Stefcia westchnąwszy głęboko wsparła się gibką kibicią na framudze. Wspomniawszy powłóczyste spojrzenie ordynata spłonęła rumieńcem, a zmysły wypełzły jej na usta. Spojrzała przez okno. Na ulicach znikały już ostatnie ochłapy śniegu" -  i tak dalej, czy jakoś tak podobnie :))) Z tym śniegiem to zupełnie podobnie jak teraz:)
W księgarni potrafię spędzić długie godziny. Czytając kilka zdań nieznanej książki już wiem czy warto i czy chcę ją kupić. Częściej jednak wypożyczam, ach te ceny...
A gdybym miała wskazać jedną, tę jedyną ze wszystkich, tę która najbardziej zachwyciła i zostawiła ślad w młodej głowie (wtedy młodej), to  wybrałabym "Mistrza i Małgorzatę" Michaiła Bułhakowa. Chyba tak:)

Bardzo to pobieżny i chaotyczny przegląd lektur. Klasyczny groch z kapustą:)
W krótkim poście nie umiem upchnąć wszystkich ważnych dla mnie tytułów i autorów. Rzecz w tym, że po prostu lubię czytać i czytam sporo, chociaż miałabym ochotę na więcej. 
Według reguł zabawy muszę wezwać do złożenia zeznań kolejne osoby, zapraszam więc: 
Mirę z Poukładanego świata, od której dostałam ostatnio wyróżnienie i zaproszenie do kolejnej blogowej zabawy, ale to już temat na inny post, Joasię szukającą inspiracji i Bobe Majse, za czym kryje się chytry plan i nadzieja na wynotowanie dla sobie ciekawych tytułów do przeczytania:)

niedziela, 23 stycznia 2011

"Poluj, bo upolują ciebie", a także korale, dred i mięsożerny Mrautak .

Od czasu do czasu bardzo lubię zażyć nieco makabry i czarnego humoru.
"Poluj, bo upolują ciebie. Rok z życia straaasznie wrednego gronostaja." opisał Chips Hardy. Bardzo zajmująco.
Ciekawie jest oglądać leśny parking, okoliczną łąkę i świńską fermę ze zwierzęcej perspektywy. 
Bohaterem powieści jest gronostaj Maks - wykwalifikowany zabójca nie pozbawiony dowcipu i dobrych manier, które nie przeszkadzają mu pożreć kosa, z którym przed chwilą uprzejmie wymieniał opinie na temat pogody;)
Maksowi w jego przygodach, a właściwie codziennym życiu, towarzyszy wiele różnych zwierząt, które albo są jego ofiarami (potencjalnymi lub upolowanymi) lub też myśliwymi polującymi na młodego gronostaja, jak sowa Catherine, borsuk, pustułka Derwent z rodziną, pies, czy nawet w sprzyjających okolicznościach, para bandziorowatych kruków Stan i Ray. 
Trup ściele się gęsto, mysia i królicza krew tryska na boki i jest starannie wylizywana z pyszczków, futerek oraz dziobów, a piękny pachnący igliwiem las i ukwiecona łąka to tak naprawdę arena odwiecznej morderczej walki.
Fakt, takie życie. Trochę straszne, trochę śmieszne. 
Właściwie nasze też jest takie.
Dla Maksa ludzie to nieudolni, dziwni i śmieszni Śwniobójcy mieszkający w murowanych wysokich ryczących norach, jeżdżący kaszlącymi pudłami i wypuszczający raz do roku na pobliską łąkę strasznego potwora, żercę pochłaniającego ogromną paszczą kłosy zbóż i uciekające w popłochu gryzonie, jeże, ptaki, zające i wszystko co miało pecha znaleźć się na jego drodze. Zresztą większość uciekających spod ostrzy kombajnu stanowiła dla Maksa i innych należących do Gangu Krwiożerców łatwy i obfity, acz ryzykowny posiłek.
Całość to pouczająca lektura szczególnie dla miłośników leśnych pikników oraz krwawy i dosadny sposób zwrócenia naszej uwagi, na fakt, że w pewnych niezbyt sprzyjających nam warunkach również możemy się stać częścią naturalnego łańcucha pokarmowego;)
To była dobra przedweekendowa proza na moje ponure nastroje;)

Pokrzepiona literacko zabrałam się za składanie naszyjników i wykańczanie nowych dredów. 
Poniżej srebrzysto czarny naszyjnik z lawą i ceramicznymi kulami , czerwone korale z brązową lawą, ceramiką i koralem oraz czerwono czarny dred również z koralami.




Już wieczór, kończy się weekend.  Mrautak właśnie oblizuje pyszczek z resztek pysznej krwistej wołowinki. Moja śliczna, kochana i całkiem pełnoprawna członkini Gangu Krwiożerców natarczywie domaga się porcji codziennego mrautaczenia z drapankami.
Obie się więc z Wami żegnamy do następnego razu:)

wtorek, 4 stycznia 2011

W długie wieczory najlepiej poczytać:)

"Jaka to rozkosz, jaka słodycz życia - siedzieć w chłodnym domu, pić herbatę, pogryzać ciasto i czytać. Przeżuwać długie zdania, smakować ich sens, odkrywać nagle w mgnieniu sens głębszy, zdumiewać się nim i pozwalać sobie zastygać z oczami wklejonymi w prostokąt szyby. Herbata stygnie w delikatnej filiżance; nad jej powierzchnią unosi się koronkowy dymek; który znika w powietrzu, zostawiając ledwie uchwytny zapach. 
Sznureczki liter na białej stronie książki dają schronienie oczom, rozumowi, całemu człowiekowi. Świat jest przez to odkryty i bezpieczny. Okruszki ciasta wysypują się na serwetę, zęby dzwonią leciutko o porcelanę. W ustach zbiera się ślina, bo mądrość jest apetyczna jak drożdżowe ciasto, ożywiająca jak herbata"
- "Dom dzienny...; str. 244
Przed chwilą skończyłam czytać "DOM DZIENNY, DOM NOCNY" Olgi Tokarczuk i pomimo zachwycających fragmentów, jestem znużona.
W recenzjach zachwyty, peany, mistycyzm i magia, a ja przez tę lekturę chwilami brnęłam jak przez śnieg po kolana.
Rzadko tak długo czytam książkę, więc czemu tę akurat tak?
Zmęczona byłam do tego stopnia, że w trakcie czytania odłożyłam "domy" i sięgnęłam po "Prawiek i inne czasy" tejże autorki i "połknęłam" go przez jeden wieczór i większość nocy.
Zaskoczyło mnie porównanie tych dwóch książek, ponieważ obie powieści są bardzo podobnie skonstruowane i pisane w bardzo zbliżony sposób. Czemu więc tak różnie je odebrałam?
To pewnie dlatego, że jak wszyscy, lubię książki z obrazkami;)
Oczywiście powieści Olgi Tokarczuk nie są bogato ilustrowane.
Autorka obrazy rysuje słowem, bez pardonu wchodzi w wyobraźnię czytelnika, a ja nie lubię oglądać rozmazanych sennych wizji, nawet najciekawszych i najdoskonalej wkomponowanych w psychiczne, czy realne przeżycia, odczucia i wspomnienia bohaterów.
Zarówno w "Prawieku" jak i "Pługu" autorka czaruje obrazami. Kotlina Kłodzka jawi się czytelnikowi jako miejsce cudowne, magiczne i wymarzone, a ludzie zwykli niezwykłymi. W "Prowadź swój pług przez kości umarłych" narratorem jest bohaterka - Janina Duszejko, w "Prawieku i innych czasach" narrację prowadzi czas:), w "Domach" autorka.
Ciekawa jestem , w której z tych trzech książek najwięcej jest osobistych myśli i  doznań samej Olgi Tokarczuk:)
"Dom dzienny, dom nocny" odłożyłam troszkę rozczarowana. Może było dla mnie w tym pisarstwie za dużo filozofii i psychoanalizy.
Po skończeniu lektury "Prawieku i innych czasów" wrócił do mnie mój czas, wspomnienia, dawne chwile i wzruszenia. Zadziałała magia książki i niezwykły talent autorki.
Olgę Tokarczuk na pewno warto czytać, na pewno nie każdy też będzie się zachwycał jej prozą. Ja wrócę do niej z przyjemnością, ale za jakiś czas.
I to będzie znowu mój czas dla siebie i Olgi Tokarczuk:)


niedziela, 19 grudnia 2010

Skrzaty

"Ku mojemu zdumieniu doszły mnie słuchy, że podobno są ludzie, którzy nigdy nie widzieli skrzata.
Jestem przekonany, że mają po prostu słaby wzrok."
 Axel Munthe

Święta za chwilę, a ja jestem nieprzygotowana.
Z najróżniejszych powodów przez najbliższe dni też niewiele zrobię. Zaczynam się denerwować, niedobrze:(
W końcu pewnie ze wszystkim zdążę, ale bez ich pomocy byłoby to niemożliwe.
Często trzymają się ich psoty. Chowają mi okulary, albo klucze, które znajduję po jakimś czasie na samym środku stołu, ale przed świętami zawsze mogę na nie liczyć. 
Kiedy więc przed wieloma laty zobaczyłam w księgarni księgę szczegółowo omawiającą fizjologię, występowanie, zwyczaje, historię i życie codzienne Skrzatów, kupiłam ją bez namysłu.
Była prezentem gwiazdkowym dla mojej córeczki i choć minęło od tamtej pory wiele lat, obie nadal uwielbiamy do niej zaglądać.
Z wielką znajomością tematu "Skrzaty" napisał Wil Huygen, a przepięknymi ilustracjami zapełnił Rien Poortvliet.
Wil Huygen opisał skrzacią populację na przykładzie najliczniej dziś występującego w Europie Skrzata leśnego, moi niezawodni przyjaciele to Skrzaty domowe. Nie lubią rozgłosu i bardzo cenią sobie prywatność, opublikuję więc dziś kilka podobizn ich leśnych braci, którzy tak uprzejmie pozowali do książkowych ilustracji.

Jak widzicie siedem razy silniejsze od człowieka Skrzaty zimą i latem pomagają zwierzętom,
choć czasem  muszą też przed nimi uciekać, ale biegają tak szybko, że nawet Mrautak nie mogłaby ich dogonić, gdyby miała taki zamiar, ale nie goni ich nigdy. Któż by wtedy tak czule drapał ją za uszami podczas długich godzin nieobecności pozostałych domowników;)
Niestety nakład Instytutu wydawniczego PAX wyczerpał się wiele lat temu, wznowień nie było, ale warto poszukać tej książki w antykwariatach i na internetowych aukcjach.
Jest urokliwa i pięknie pasuje do świątecznego klimatu. Jeśli chcecie zaś poszukać Skrzatów to przedstawiam fotografię mapy występowania  opracowaną przez autorów i zamieszczoną w książce.
Krasnoludkowym tematem zaraziła mnie Raincloud pokazując śliczne świąteczne obrazki namalowane ręką Lennarta Helje.
I chociaż brak mi na wszystko czasu, to  nocą odreagowując dzienne stresy,  ufilcowałam  proste skrzatopodobne ozdoby na choinkę, bo na tegorocznej choince nie będzie szklanych bombek. Przecież mogłyby stłuczone pokaleczyć delikatne różowe kocie łapki. Choinka będzie mrautakoodporna:)
I może tak być, że na tegoroczne święta będzie tylko choinka, no chyba, że Skrzaty pomogą:)

niedziela, 12 grudnia 2010

Kocie historie i dobra książka


Zastanawiałam się ostatnio, która z nas bardziej potrzebuje tej drugiej i zdałam sobie sprawę, że bez codziennych seansów mrautaczenia moje starobabskie depresyjne humory panoszyłyby się całkiem bezkarnie:)
A tak, śnieg za oknem raz pada, raz się rozpuszcza, zamiecie szaleją, mokra paciaja na chodnikach to zamarza w wymyślne grudy, to babrze się między nogami, a ja słucham wymruczanych w samo ucho kocich historii.
Potem czarno-biały kłębuszek usypia z nosem pod moją pachą.
Mrautak śpi, a ja czytam.
Nareszcie znalazłam czas i sposobność, żeby poznać Janinę Duszejko. Wielka to była dla mnie przyjemność.
W książce Olgi Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych" można doszukiwać się kryminału, analizy psychologicznej, czy wręcz, literackiej prowokacji. Myślę, że w zamyśle autorki, powieść ma drażnić i niepokoić.
Ja znalazłam w niej ukojenie:)
Pisana w pierwszej osobie historia emerytowanej nauczycielki nie zawiera zbędnych zdań. Olga Tokarczuk po mistrzowsku rysuje postać głównej bohaterki. Wplecione w akcję cytaty z  Williama Blakea dodają opowiadanej historii poetyckiego, trochę nierealnego wymiaru.
Ale rzeczy wokół bohaterki dzieją się prawdziwe, konkretne, zagadkowe i straszne...
Rozwiązanie akcji nie zaskoczyło mnie, bardziej je wyczułam, niż wyczytałam z treści. I to właśnie zakończenie i klimat książki podziałały na mnie tak kojąco. 
Jeśli więc cenicie dobry literacki warsztat i kochacie zwierzęta, lektura sprawi wam wielką przyjemność. 
Jeśli zaś gardzicie astrologią i zwariowanymi, śmiesznymi starszymi paniami, które charakteryzuje pasja realizowana z  żelazną konsekwencją, a co gorzej zdarza się wam tolerować lub czynić ZŁO wobec zwierząt, przeczytajcie również tę książkę. I strzeżcie się.

piątek, 11 czerwca 2010

Upał, żuczek i "Niezwykła podróż Pomponiusza Flatusa"

Zimno źle, deszcz źle, upał źle. 
Każdy malkontent powinien być usatysfakcjonowany;)  Jest na co ponarzekać;)))
Jakby ktoś miał wątpliwości co do ocieplenia klimatu, to proszę bardzo. Rzut oka na termometr powinien starczyć za argument.
Co robić przy temperaturze 35 stopni w cieniu? 
Najlepiej nic:)))
Leżymy więc w przeciągu i sobie wegetujemy.Wegetację można pouprzyjemniać.  Do wyboru mamy lody, zimne napoje, chłodnik ( jak komuś się chciało i sobie wcześniej przygotował).
Jeśli leżymy w cieniu na trawce możemy obserwować czerwonego żuczka

lub poruszane lekkim wietrzykiem różowo-biało-zielone listki japońskiej wierzby na tle błękitnego nieba. 


Przy okazji gryzą nas komary i meszki, trawka kłuje w tyłek, każde ubranie parzy, a lody upaćkały wszystko wokół na słodko i marząco;)

Tak więc  wspaniale się składa, że nie mamy do dyspozycji trawki  w ogrodzie i jesteśmy aktualnie w  rozpalonej do czerwoności Warszawie. 
Asfalt prawie płynie ulicami, a my w chłodnym domku wegetację uprzyjemnić możemy książką.
Na tropikalne warunki atmosferyczne zalecana jest lektura lekka, łatwa i przyjemna, czyli prawie wakacyjna.
Proponuję niezastąpionego na takie okazje Eduardo Mendozę, na przykład w "Niezwykłej podróży Pomponiusza Flatusa".
Wątek po trosze sensacyjny i prawie historyczny, do tego wciągająca fabuła i narracja wywołująca salwy śmiechu, to świetne antidotum na upał.
Opowieść o wspólnej przygodzie bardzo młodego Jezusa i wędrującego po starożytnej Judei rzymskiego kronikarza, nie ma w sobie żadnych obrazoburczych treści, za to napisana jest z szelmowskim przymrużeniem oka, a do tego zgrabnie i lekko.
Sama przyjemność:)

wtorek, 4 maja 2010

Mniszki lekarskie, nic o Łucznicy i zakładka do "Wody dla słoni"

Majowy, deszczowy weekend upłynął mi pod znakiem walki z mniszkami.
Ślicznie żółciutkie rozgościły się na naszym działkowym trawniku i wśród rabatek niestety. Z listków robi się wiosenną sałatkę, z korzeni też coś się robi, z kwiatków podobno nawet również.
Ja zrobiłam im tylko zdjęcie, a później przyszedł czas na planową zagładę:) Jestem zapalonym mniszkobójcą. Trudno o bardziej przebojowe, uparte i dobrze rozsiewające się zielsko. A te korzenie !
Z góry skazana na niepowodzenie walka jest niezwykle wciągająca. Kiedy pielę i wyrywam, ogarnia mnie pasja niszczenia. Przerywam dopiero kiedy zaczyna pękać mi kręgosłup;)
Efekty są ulotne jak fruwający dmuchawcowy puch, ale choć na chwilę inne roślinki mają szansę na wygodniejsze rośnięcie.


zdjęcie znalezione w sieci
Zdrowo zmęczona fizycznie dziś o Łucznicy nie piszę. Muszę  trochę odpocząć od wszystkiego co wełniane, na troszkę. Jest więc o chwaście, a będzie o porzuconym jakiś czas temu decoupage i o książce. 
Odpoczywając po walce z mniszkami zrobiłam zakładkę. Podobne podejrzałam u Miry i kusiły mnie już od dłuższego czasu, głównie dlatego, że dzięki takiej szybkiej, niedużej formie mogłam wrócić do zdradzonych z wełną wyklejanek.
Głównym problemem z wytworkami decoupage jest brak ich praktycznego zastosowania, bo w końcu ile można mieć chusteczników i pudełeczek do trzymania mnóstwa niepotrzebnych rzeczy. Na dokładkę wszelkiego rodzaju wytrwale zbierające kurz "gównostojki" nie poprawiają mojej nadwątlonej kondycji psychicznej. 
Zakładka jest praktyczna. I jest do książki:)

W majowy weekend skończyłam "Wodę dla słoni" Sary Gruen.
Narrator ma lat dziewięćdziesiąt albo dziewięćdziesiąt trzy. Jedno z dwojga, nie jest tego pewny. Rzeczowe relacje upokarzającej codzienności, płynącej monotonnie w domu opieki, przeplata  wspomnieniami z wczesnej młodości. Wspomina początek swego dorosłego życia spędzonego w cyrku, który w dwudziestych i trzydziestych  latach XX wieku przemierzał Amerykę w kolejowych wagonach.
Jest w tej książce portret dziwnego świata cyrku rządzącego się własnymi regułami, ale przede wszystkim jest historia człowieka, jego pasji, miłości i niezłomnej woli życia. Życia po swojemu. Sięgając po tę książkę nie byłam przekonana do tej lektury. Nie lubię cyrku. Od dziecka drażniły mnie postacie klaunów, zwierząt cyrkowych było mi żal, a popisy akrobatów budziły bardziej niepokój jak podziw.
Przyznać jednak muszę, że sztuka cyrkowa jest do dziś jedyną, w której nie ma miejsca na jakiekolwiek ułatwienia i fuszerki. W cyrku nie ma kilku ujęć tej samej sceny, nie ma kaskaderów i grafiki komputerowej. Albo ktoś umie zrobić salto na linie zawieszonej pod kopułą, albo skręci sobie kark. Dobry treser kocha i rozumie swojego tygrysa, zły straci głowę w jego paszczy.
"Wodę dla słoni" czytałam z rosnącym zaciekawieniem, fabuła wciąga, a zakończenie wywołuje uśmiech i sprawia autentyczną przyjemność czytelnikowi.
To dobra książka na deszczowy maj :)
Na deszczowy maj dobre są też pędzle, serwetki i klej, walka z mniszkami, wszystko właściwie, z wyjątkiem tego czego nie chcemy, a musimy.....
A może tak mały bunt, hę ?

piątek, 5 lutego 2010

"Chłopaki Anansiego" i inne przyjemności:)


To już uzależnienie. Kolejna książka Neila Gaimana, zarwana noc i dzień urlopu. Nie poszłam przez faceta do pracy. No, powiedzmy, że mogłam sobie na to pozwolić. Mój dzień wolny nikomu nie wadził,  musiałam dokończyć "Chłopaków Anansiego", a nocy mi zabrakło;) 
Zawsze przed kupieniem czytam w księgarni pierwsze zdania, czasem kartki, wybranej książki. Dedykację tej przytoczę:

"Wiesz, jak to jest. Bierzesz książkę, zaglądasz na stronę z dedykacją i odkrywasz,że po raz kolejny autor zadedykował swą powieść komuś innemu, nie Tobie.
Nie tym razem.
Ponieważ jeszcze się nie spotkaliśmy / znamy się tylko przelotnie / szalejemy za sobą / stanowczo zbyt długo się nie widzieliśmy / w jakimś stopniu jesteśmy spokrewnieni / nigdy się nie spotkamy, ale mimo wszystko będziemy ciepło o sobie myśleć....
Ta książka jest dla Ciebie.
Sam wiesz, z wyrazami czego i zapewne wiesz, czemu." 
Neil Gaiman.

Tak więc, przeczytałam w księgarni dedykację i bez książki już wyjść nie mogłam:) W książkach Gaimana niektóre wątki się powtarzają. Często mniej lub bardziej zadowolony z siebie pracownik biurowy odkrywa w sobie boga lub herosa, w ogóle bogów jest wokół bohaterów sporo, rozmowy ze zwierzętami są normą, ale dużo tam też ciepłego humoru,społecznej satyry, psychologii i sensacji. Zresztą wolę jak akurat Gaiman się powtarza niż ktoś inny , a to dlatego, że ma precyzyjny i zaskakujący sposób prowadzenia fabuły. Bohater spaceruje między światami wśród opadających gwiazd, a za chwilę wsiada do minibusu jadącego do Williamstown. Trochę w tym pisaniu jest bajki, a jak na bajkę przystało, jest i morał, no może wniosek, a raczej wnioski dla czytelnika.
I tak:
dobrze jest odnaleźć brata, nawet jeśli to bardzo skomplikuje nam życie,
nie należy wstydzić się rodziców, a raczej spróbować zobaczyć, ile z nich jest w nas,
piosenka nie jest tylko zlepkiem muzyki i słów, wiele zależy od wykonawcy,
praca w żadnym biurze nie może być naprawdę fajna, chociaż wydaje się nam ,że ją lubimy;))),
pająki mogą być sympatyczne, a z pewnością są pożyteczne:)
w każdym z nas jest moc tworzenia,a więc każdy może odnaleźć w sobie Anansiego:),
Skończyłam czytanie, było mi miło i błogo. Dokończyłam decoupage pudełka, dorobiłam lusterko, ufilcowałam kilka filcowanek, duch Władzia chrapał na fotelu ( ach...) i tak minął dzień.
Jak macie ochotę to poczytajcie, a jak nie, to pobawcie się nożyczkami, serwetkami i  klejem, albo wełną lub zaśpiewajcie piosenkę, podrapcie za uchem psa lub kota, pocałujcie kogoś kogo kochacie, owińcie się cieplutkim kocykiem,w fotelu przed kominkiem, albo wyobraźcie sobie,że macie kominek;), odgońcie smutki i pomyślcie o czymś przyjemnym:)
Miłego weekendu i niech moc będzie z Wami;)



wtorek, 26 stycznia 2010

"Millennium" Steig Larsson


Kiedy kończę czytać dobrą książkę czuję zwykle przyjemną satysfakcję. Dziś odłożyłam na półkę ostatni z  trzech tomów "Millennium" i zrobiło mi się również smutno. Tuż przed ukazaniem się w 2004 roku pierwszego tomu trylogii, jej autor Steig Larsson, zmarł nagle na zawał serca.  
Mikael Blomkvist i Lisbeth Salander nie poprowadzą już żadnego nowego dziennikarskiego śledztwa. Szkoda wielka.
To przedziwna para bohaterów: znany dziennikarz , wydawca czasopisma "Millennium"i dwudziestokilkuletnia , ubezwłasnowolniona podopieczna szwedzkiej machiny socjalnej, dysponująca wyjątkowymi umiejętnościami.
"Millenium" określane jest jako powieść kryminala lub kryminał polityczny. Jednak prócz wciągających śledztw dziennikarskich książki przekazują barwny i ciekawy obraz szwedzkiego społeczeństwa, opisują mechanizmy działalności przestępczej organizowanej na najwyższych szczeblach władzy.  Całość to dobra, rzetelna rozrywka mocno osadzona w politycznych realiach Szwecji.
Śledztwa dziennikarskie kończące się ujawnianiem wielkich afer, dające sławę dziennikarzom i mediom, nie zdarzają się często, ale mają moc obalania rządów. Po skończonej lekturze przychodzą poważne refleksje. Ile brudów, mafijnych powiązań, zbrodni i afer toczących się wokół nas czeka na prawdziwych, rzeczywistych Salandr i Blumkvista. 
Książki Larssona są świetną rozrywką ze zgrabnie napisaną fabułą uwieńczoną dobrym zakończeniem, które jakoś wcale nie napawa mnie otuchą. Dużo w tym literackiej bajki i trudno jest mi pozbyć się przykrego wrażenia, że w naszym ojczystym piekiełku, hipotetycznie realnie działający bohaterowie, nie dożyliby do połowy drugiego tomu;)
Tak, ale lektura świetna i ciekawa, polecam na mroźne wieczory.