Kupferberg - Miedzianka, miasteczko, którego nie ma.
Niezwykły historyczny reportaż o przemijaniu, który od pierwszych zdań czyta się jak najlepszy kryminał.
O losach i historii miasteczek Dolnego Śląska nie uczono na szkolnych lekcjach. Do dziś to temat niewygodny i trudny. Dotyka zbyt wielu spraw przez lata "zamiatanych pod dywan".
O tych, którzy zostawiali swoje domy i całe dotychczasowe życie, i o tych, którzy umierali po kilku latach pracy w kopalniach rud uranu, nie uczy się i nie przypomina. Korzystając z dostępnych przekazów i opowieści żyjących mieszkańców Miedzianki, Filip Springer opowiedział historię miasteczka z siedmiowiekową tradycją, które istnieje tylko we wspomnieniach.
Dzięki mojej bliskiej koleżance, z którą pracuję od wielu lat, mogę opisać garść jej wspomnień związanych z tym miejscem.
Krysia przyjechała do Kowar latem 1945 roku. Rodzice wprowadzili się do jednego z domów wyznaczonych do zasiedlenia. Dom należał do sióstr Krüger. W rodzinnym domu Krysi, w podwarszawskim Pruszkowie została urządzona kantyna dla sowieckich oficerów. Rodzice Krysi przyjechali tylko z tym, co udało się zapakować w kilka walizek.
Frau i fräulein Krüger mieszkały z rodziną Iglów jeszcze dwa lata.
Opiekowały się, urodzoną już w Kowarach, siostrą Krysi, pomagały w prowadzeniu domu i restauracji. Restauracje były dwie. Jedna "Grażyna" położona w parku i bar na dworcu w Kowarach.
Piwo do obu tata Krysi kupował w browarze w Miedziance.
Mała Krysia pamięta zabawy z rówieśnikami i wyprawy do Miedzianki. Zakazane zabawy w opuszczonych domach i groby właścicieli pałacu, do których zaglądali. Dorośli zajęci własnymi sprawami nie byli w stanie upilnować dzieciarni, dla której groby i śmierć była równie fascynująca, jak abstrakcyjna. Niemieckie koleżanki i koledzy z czasem znikali, do zabaw i wypraw dołączali mali Rosjanie.
Miedzianka i Kowary we wspomnieniach Krysi, to ciche, urokliwe uliczki pełne kwiatów, z kutymi starymi latarniami, senne i spokojne. Pamięta restaurację ojca przy stacji kolejowej z drewnianymi boksami oddzielającymi stoliki. Wieszaki z poroży jeleni, żółtą tapetę w złote wzorki, wysoki bar z pompką do piwa. Pamięta też migocące promienie słońca na dużych , sześcioosobowych stołach nakrytych kraciastymi obrusami. Komplety obrusów były trzy, zmieniane w miarę potrzeby, czerwony, niebieski i seledynowy.
W rogu restauracji stała pianola z pięknym starym mechanizmem, dzięki któremu instrument sam wygrywał melodie, a po przesunięciu dźwigni można było grać na nim, jak na każdym zwykłym pianinie. Za darmowe obiady, drobny, przygarbiony nauczyciel muzyki uczył na niej grać małą Krysię. Nie wyjechał do Niemiec z innymi repatriantami. Popełnił samobójstwo, ale o tym Krysia dowiedziała się od rodziców wiele lat później.
Siostry Krüger były przez ojca Krysi zatrudniane, wielokrotnie też interweniował u władz i udawało mu się opóźnić ich wyjazd. Dom był duży i wygodny, a ludzie chcieli po prostu spokojnie żyć.
Wyjechały pod koniec 1947 roku, z pomocą ojca Krysi udało się im odszukać daleką rodzinę w Niemczech.
W roku 1950 okolice Kowar i Miedzianki było już innym miejscem. Rozrosła się zamknięta strefa R-1 wokół zarządzanej przez Rosjan kopalni rud uranu, a rodzina Iglów dostała dwadzieścia cztery godziny na opuszczenie domu i Kowar.
Taka była cena za pomoc i sympatię dla ludzi, którzy mieszkali tam od wieków i za dobrze prosperujące dwie restauracje. Własność i prywatna inicjatywa nie mieściły się w schemacie nowych socjalistycznych porządków.
To niezwykłe móc przyjrzeć się historii oczami jej świadków. Taką cudowną możliwość daje książka Filipa Springera.
Krysi pozwoliła wrócić do wspomnień dzieciństwa, które choćby najtrudniejsze, to zawsze pozostają radosne i jasne, a ja dzięki niej zyskałam możliwość poznania i zapisania ich drobnej cząstki.
Dziękuję Krysiu:)
Dla zainteresowanych aktywne linki:
http://www.polityka.pl/spoleczenstwo/reportaze/303896,1,dlaczego-miedzianka-musiala-zniknac.read
http://www.culture.pl/baza-literatura-pelna-tresc/-/eo_event_asset_publisher/eAN5/content/filip-springer-miedzianka-historia-znikania
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą coś osobistego. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą coś osobistego. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 27 stycznia 2013
poniedziałek, 7 maja 2012
Bez.
Bez sensu.
Jeden post na miesiąc. Nie mam czasu, weny, ochoty. A tu maj.
Bez przerwy.
Zajęta, zmęczona, znużona, zapracowana. Okropność. A tu maj.
Bez długiego weekendu.
Bez wyjazdu.
Bez opalania.
Bez kiełbasy spalonej na grillu.
Bez działkowego odpoczynku.
A tu maj.
Bez żalu. Optymistycznie, bo może być tylko lepiej, a właściwie to już jest:)
Bez ograniczeń. Bo tak:)
Bez stresu. Przynajmniej sporej części. Trochę zawsze zostaje.
Nie ma tak dobrze;)
Nie ma tak dobrze;)
Bez znaczenia. Małość, podłość, wyrachowanie i bezduszność. A kysz;)
Bez zmian. Większych. Od prawie trzech lat tu piszę. Kto by pomyślał:)
A tu znowu maj:)
I bez:
I Pierwsza Komunia Marysi:
Świętowana przemiło i rodzinnie w sielskim łomiankowskim szynku " U Kazia" z wystrojem godnym skansenu:
I uśmiechnięta chrzestna mama, czyli Młoda:
I pyszny tort w domu:
I noc najbliższa przede mną bez snu, bo przecież muszę koniecznie wpaść do Was z majową wizytą i bzem:)
sobota, 17 września 2011
Rymowanki dla pewnego łasucha jesienne i słodkie:)
W niedzielny zimny poranek
z jabłek dojrzałych i słodkich
wyduszę smaki jesieni
i włożę je do szarlotki.
Ciastem zapachnie mieszkanie
złociście, słodko, jabłecznie,
a gdy ugryziesz kawałek
rozpłynie się w ustach bajecznie.
A potem podam ci szklankę
ciepłej, słonecznej jesieni
i pomyślimy w zadumie,
czy szarość nam jej nie odmieni.
W takim śniadaniu wrześniowym
niczego mi nie brakuje,
szarlotka, niedziela i jesień
we dwoje najlepiej smakuje.
środa, 17 sierpnia 2011
Jednak urlop.
Schyłek lata i koniec krótkiego urlopu.
Korzystając z kilku ciepłych i słonecznych dni, bez planów i ustaleń, uciekliśmy nad morze.
Morskie kurorty to nie są miejsca, które kaprysie lubią najbardziej, ale ten rok tak mi dokuczył, że marzyłam tylko o tym, żeby móc leżeć cały dzień na słońcu i nie myśleć o niczym.
Plaża nadaje się do tego bardzo dobrze, a jakimś cudem czekało na nas, dostępne od już, wygodne lokum nad samą wodą w Krynicy Morskiej.
Na plażę jeździliśmy jednak kilka kilometrów dalej, była z to cudownie czysta i pusta.
Korzystając z kilku ciepłych i słonecznych dni, bez planów i ustaleń, uciekliśmy nad morze.
Morskie kurorty to nie są miejsca, które kaprysie lubią najbardziej, ale ten rok tak mi dokuczył, że marzyłam tylko o tym, żeby móc leżeć cały dzień na słońcu i nie myśleć o niczym.
Plaża nadaje się do tego bardzo dobrze, a jakimś cudem czekało na nas, dostępne od już, wygodne lokum nad samą wodą w Krynicy Morskiej.
Na plażę jeździliśmy jednak kilka kilometrów dalej, była z to cudownie czysta i pusta.
Najpierw na wschód, gdzie po kilku kilometrach skończyła się nam Polska,
a potem na zachód, aż do ujścia Wisły do morza w Mikoszewie.
i odwiedziliśmy urokliwą gdańską Starówkę.
Nie dokarmialiśmy też dzików,
i pochylniami kanału Ostródzko -Elbląskiego, jedynej konstrukcji hydrotechnicznej dzięki , której stateczki naprawdę płyną po łąkach:)
Dobry znak, to to, że wraca spokój. Zaczęły mnie kusić gliniane paciorki, wypalanki, dłubanki itp.
Coś nawet już zaczęłam dłubać, ale pokażę jak nadłubię więcej, a teraz pozaglądam do Was, bo zaległości mam całe morze;)
I jeszcze raz, wszystkim blogowym przyjaciółkom, które zostawiły ciepłe i serdeczne słowa otuchy pod poprzednim postem, najserdeczniej Dziękuję.
a potem na zachód, aż do ujścia Wisły do morza w Mikoszewie.
żeby na koniec jednak wrócić na plażę, z której ostatniego dnia wygoniły nas granatowe chmury kolejnego deszczowego frontu;)
chociaż bardzo prosiły:)
Pozachwycaliśmy się Zalewem Wiślanymi pochylniami kanału Ostródzko -Elbląskiego, jedynej konstrukcji hydrotechnicznej dzięki , której stateczki naprawdę płyną po łąkach:)
Dobry znak, to to, że wraca spokój. Zaczęły mnie kusić gliniane paciorki, wypalanki, dłubanki itp.
Coś nawet już zaczęłam dłubać, ale pokażę jak nadłubię więcej, a teraz pozaglądam do Was, bo zaległości mam całe morze;)
I jeszcze raz, wszystkim blogowym przyjaciółkom, które zostawiły ciepłe i serdeczne słowa otuchy pod poprzednim postem, najserdeczniej Dziękuję.
czwartek, 28 lipca 2011
Pożegnanie
Od września zeszłego roku nie byliśmy na działce.
Trawa wybujała na półtora metra konkuruje z pięknie kwitnącą rudbekią. W tej dżungli zielska i chwastów rozgościły się świerszcze, stadko ropuch i kilka krecich rodzin.
Robiąc porządki zostawiliśmy w ogródku część tej zielonej plątaniny.
Trochę dla ropuch, trochę z braku sił, a trochę dla kota.
Mrautak z pewnością nie pamięta rodzinnych stron.
W kocim życiu okres od niecałych trzech miesięcy do ponad roku to szmat czasu. Zafascynowana i pełna obaw na nowo odkrywa działkową przestrzeń, zapachy i odgłosy wsi.
Nasze psy, najpierw Misio, a potem Władek, kochały tu przyjeżdżać. Jak my. Przez lata dawny rodzinny dom mamy mojego męża stał się też moim drugim domem.
Tu pod najczulszą babciną i prababciną opiekę przywoziłam Młodą, tu również zawsze spędzaliśmy część wakacji, a teściowie, już na emeryturze, ciepłą część roku.
W dolinie, dwa kilometry od domu jest duża wieś, prawie miasteczko, ze starym kościołem i małym cmentarzem.
To miejsce, w którym w upalne lipcowe dni powietrze pachnie dojrzewającym na pobliskich polach zbożem, wieczorem aż drży od koncertu tysięcy grających świerszczy, a rano otula mgła, obok bliskich i przyjaciół, wybrała sobie moja teściowa i tam, z ciężkim sercem, ją pożegnaliśmy.
Smutny w tym roku jest mój lipiec i pusty działkowy dom mimo częstej naszej obecności..
Trawa wybujała na półtora metra konkuruje z pięknie kwitnącą rudbekią. W tej dżungli zielska i chwastów rozgościły się świerszcze, stadko ropuch i kilka krecich rodzin.
Robiąc porządki zostawiliśmy w ogródku część tej zielonej plątaniny.
Trochę dla ropuch, trochę z braku sił, a trochę dla kota.
Mrautak z pewnością nie pamięta rodzinnych stron.
W kocim życiu okres od niecałych trzech miesięcy do ponad roku to szmat czasu. Zafascynowana i pełna obaw na nowo odkrywa działkową przestrzeń, zapachy i odgłosy wsi.
Nasze psy, najpierw Misio, a potem Władek, kochały tu przyjeżdżać. Jak my. Przez lata dawny rodzinny dom mamy mojego męża stał się też moim drugim domem.
Tu pod najczulszą babciną i prababciną opiekę przywoziłam Młodą, tu również zawsze spędzaliśmy część wakacji, a teściowie, już na emeryturze, ciepłą część roku.
W dolinie, dwa kilometry od domu jest duża wieś, prawie miasteczko, ze starym kościołem i małym cmentarzem.
To miejsce, w którym w upalne lipcowe dni powietrze pachnie dojrzewającym na pobliskich polach zbożem, wieczorem aż drży od koncertu tysięcy grających świerszczy, a rano otula mgła, obok bliskich i przyjaciół, wybrała sobie moja teściowa i tam, z ciężkim sercem, ją pożegnaliśmy.
Smutny w tym roku jest mój lipiec i pusty działkowy dom mimo częstej naszej obecności..
poniedziałek, 4 lipca 2011
Deszczowe rymowanki i zdjęcie od Anki;)
Deszczowe zdjęcie autorstwa Młodej:)
a tu w końcu przecież lato.
W kroplach deszczu proste, ciche
rymy się składają liche.
Na kwiatki i smutki
na rozpaprane robótki
na weekend za krótki
na "a może napić się wódki?"
na koci wąs, na róży pąs,
kapie deszcz
I smętne dumanki, deszczowe mruczanki
w ucho szepczą tak:
dwadzieścia mieć znowu lat
i kibić jak trzcinka
i spać jak dziecinka
( w klawiaturze koci kłak ),
jeść móc co chcieć,
i pieniądze mieć,
winem się upić,
pokochać i rzucić
Marzyć i chcieć,
tabletki wyrzucić do kosza precz,
a dziś może na spacer iść, choć
kapie deszcz...
To oczywiście deszczowe nieudolne kaprysine wierszoklectwo inspirowane:)
A kto zgadnie czyimi i którymi wierszami, hę? :)))
A kto zgadnie czyimi i którymi wierszami, hę? :)))
Ogłaszam kaprysiną blogową zabawę bez nagród;) A zresztą kto wie, jak dłużej popada, to może jednak z nagrodą?;) Ładną jakąś:)
piątek, 24 czerwca 2011
24 czerwca 1984 roku
Jakoś nie mam sentymentu do okrągłych rocznic.
Nie są w niczym ciekawsze, czy lepsze od nieokrągłych.
Dwadzieścia siedem lat, ależ to szmat czasu.
Mamy więcej kilogramów, lat, doświadczeń i przeżyć, a mniej włosów, sił, zdrowia, entuzjazmu i planów, ale na razie trwamy, he,he ;)
Kiedy to zleciało, jakby z bata strzelił, niesamowite.....
Nie są w niczym ciekawsze, czy lepsze od nieokrągłych.
Dwadzieścia siedem lat, ależ to szmat czasu.
Mamy więcej kilogramów, lat, doświadczeń i przeżyć, a mniej włosów, sił, zdrowia, entuzjazmu i planów, ale na razie trwamy, he,he ;)
Kiedy to zleciało, jakby z bata strzelił, niesamowite.....
wtorek, 24 maja 2011
Mrautaczy spacer i kilka ważnych słów.
Maj rozkwita. Nęci słońcem i długimi ciepłymi dniami. Zwyczajnie zawraca kotu w głowie.
Moich tłumaczeń, że mądry kot powinien zrozumieć, że nie mam czasu, ponieważ jestem zajęta bardzo ważnymi sprawami, Mrautak grzecznie wysłuchuje, a po chwili wraca pod drzwi w przedpokoju i niemiłosiernie drze swój piękny łaciaty pyszczek domagając się spacerów.
Już trudno, że w szelkach i na smyczy. Jest w stanie pogodzić się z tą okropną niewygodą, byle na dwór. Na trawniczku pod domem są robaczki, nieostrożne szpaki i wróbelki, chodzą małe sympatyczne pieski, na które można pofukać. Wszystko pachnie, porusza się na wietrze i jest fascynujące, a na parterze mieszka znajomy kot szczęściarz - właściciel ogródka, ach...
Mrautak bardzo mu zazdrości:)
Z uwagi na miękkie serce, wrodzony brak konsekwencji w wychowywaniu futrzaków i wrażliwy słuch (ach, jak ona się drze pod drzwiami, oj..) w napiętym rozkładzie majowych dni opracowałyśmy kompromis. Jeden spacer dziennie. Dla Mrautak to oczywiście trochę za mało, dla mnie trochę za dużo, w sumie średnio w sam raz;)))
Czasu barakuje mi nie tylko na mrautacze spacery, czasami tylko udaje mi się odwiedzić zaprzyjaźnione blogi.
Życie dyktuje swoje warunki i raczej nie rozpieszcza, ale trzeba być twardym, a nie "miętkim" jak powiedział nie pamiętam kto;)))
Nie daję się więc, prowadzę batalie ciężkie, ale i czasem zwycięskie:) Nie o siebie, bo chyba by mi się nie chciało, a przeciwnika mam nie lada - to nasza ukochana publiczna "służba zdrowia".
A swoją drogą, czy już aby nie czas, żeby zrezygnować z tej anachronicznej nazwy. Jaka służba?! Komu?! Bo przecież nie chorym, zaawansowanym w latach i bezradnym w swojej słabości, do cholery!
Na szczęście po przebiciu się przez limity, standardy, kontrakty, braki, formularze i wszystko co zafundował nam NFZ, gdzieś na końcu przy odrobinie szczęścia czasem udaje się spotkać człowieka.
Wybaczcie zatem przedłużające się okresy milczenia i brak komentarzy. Jestem zajęta.
Proszę, żądam, pluję jadem i bucham ogniem,
a dziś uśmiecham się i dziękuję.
Bardzo.
Numer konta: 73 1020 1042 0000 8502 0115 9532
KRS 0000218644
poniedziałek, 14 lutego 2011
Mama i ja, czyli Walentynki
Kaprysie nie są konsekwentne. Dziś więc będzie post z przewagą treści osobistych;)
A to dlatego, że 14 luty zawsze był dla mnie świętem. To dzień urodzin mojej mamy.
Nikt nie słyszał wtedy o Walentynkach, kartkach z serduszkami i Dniu Zakochanych. W kalendarzu mojego dzieciństwa dla zakochanych zarezerwowany był maj.
Powiecie, że smutne to czasy realnego socjalizmu i "dyktatury proletariatu", bez wolności słowa i z zamkniętymi granicami?
Prawda, no i co z tego, skoro dla mnie to był czas najpiękniejszy, bo miałam lat kilka, kochających rodziców, a przed sobą cały świat i życie, które wtedy wydawało się nieskończone..
Lubię dzisiejsze Walentynki. Nie przeszkadzają mi tysiące serduszek w centrach handlowych i uśmiechnięte młode pary w zatłoczonych knajpkach i na spacerach.
Mimo wieloletniego stażu w zakochaniu również my z mężem wybraliśmy się spędzić miły walentynkowy wieczór w sympatycznym miejscu, ale myślami byłam dziś jak zwykle przy mamie.
Chociaż w tym roku minie już trzydzieści lat odkąd jej nie ma, każdego dnia brakuje mi jej tak samo.
Nie lubiła mazgajów, zawsze była bardzo pogodna i uśmiechnięta.
Już bardzo chora, na komplementy o treści:"Ależ pani wspaniale wygląda!" odpowiadała: " Na twarz przecież nie choruję" ;)))
Święty Walenty przyniósł jej drugie imię - Walentyna. Była więc imienniczką Tiereszkowej;)
Czy młodzież wie, kto to była Tierieszkowa? ;)))
A to dlatego, że 14 luty zawsze był dla mnie świętem. To dzień urodzin mojej mamy.
Nikt nie słyszał wtedy o Walentynkach, kartkach z serduszkami i Dniu Zakochanych. W kalendarzu mojego dzieciństwa dla zakochanych zarezerwowany był maj.
Powiecie, że smutne to czasy realnego socjalizmu i "dyktatury proletariatu", bez wolności słowa i z zamkniętymi granicami?
Prawda, no i co z tego, skoro dla mnie to był czas najpiękniejszy, bo miałam lat kilka, kochających rodziców, a przed sobą cały świat i życie, które wtedy wydawało się nieskończone..
Lubię dzisiejsze Walentynki. Nie przeszkadzają mi tysiące serduszek w centrach handlowych i uśmiechnięte młode pary w zatłoczonych knajpkach i na spacerach.
Mimo wieloletniego stażu w zakochaniu również my z mężem wybraliśmy się spędzić miły walentynkowy wieczór w sympatycznym miejscu, ale myślami byłam dziś jak zwykle przy mamie.
Chociaż w tym roku minie już trzydzieści lat odkąd jej nie ma, każdego dnia brakuje mi jej tak samo.
Nie lubiła mazgajów, zawsze była bardzo pogodna i uśmiechnięta.
Już bardzo chora, na komplementy o treści:"Ależ pani wspaniale wygląda!" odpowiadała: " Na twarz przecież nie choruję" ;)))
Święty Walenty przyniósł jej drugie imię - Walentyna. Była więc imienniczką Tiereszkowej;)
Czy młodzież wie, kto to była Tierieszkowa? ;)))
"Walentyna twist" Alibabek nadal jest jedną z tych starych melodii, do których lubię wracać.
Dziś ją sobie z przyjemnością zanucę, a Wam życzę radosnych i zakochanych Walentynek:)niedziela, 30 stycznia 2011
Chrust
To jeden ze smaków mojego dzieciństwa.
W moim domu smażenie faworków było zawsze rodzinnym świętem i rytuałem. Mama zagniatała ciasto z kilograma mąki.
Taka ilość to kilka godzin wałkowania, smażenia i posypywania cukrem pudrem. Tata smażył, układał usmażone na talerzach i paterach w misterne piramidy, a ja posypywałam je cukrem pudrem.
Spędzaliśmy w kuchni razem kilka godzin. Co pewien czas trzeba było dokładać świeży smalec w miejsce wypalonego, robiliśmy przerwy na odpoczynek, rodzice opowiadali anegdoty, śpiewaliśmy kolędy, pieśni Moniuszki i przeboje Ordonki, warszawskie ballady i rosyjskie dumki, stare wojskowe piosenki i nowe przeboje, smalec skwierczał wesoło, a góry faworków rosły i rosły:)
Kiedy już trochę podrosłam i to ja wałkowałam i kroiłam radełkiem faworki, a mama, już wtedy chora, przejęła posypywanie cukrem, próbowaliśmy też jesienią nastawianych nalewek.
Zawsze przy faworkach było rodzinnie i wesoło. A potem oczywiście przychodzili goście.
Bardzo chętnie przychodzili :)))
Kilka dni temu zadzwoniła Młoda: "Mamo, kiedy robimy faworki?"
To również smak jej dzieciństwa:)
Już dawno przeszła wszystkie stopnie wtajemniczenia, od posypywania, przez krojenie, przewijanie, wałkowanie i zagniatanie ciasta, aż do smażenia.
Za ileś lat przejmie radełko i przywoła własne wspomnienia.
Ależ to życie pędzi na oślep do przodu, przymykam oczy, a wspomnienia minionych lat jak widoki w oknie jadącego pociągu migają mi przed oczami....
Tylko faworki wciąż tak samo kuszą i wciąż trzeba po ich smażeniu dobre pół godziny solidnie wietrzyć mieszkanie;)
Przepis ( niezawodny ) za "Kuchnią Polską", wydanie z roku 1951
20 dkg mąki
3 żółtka, sól
3 - 4 łyżki gęstej śmietany
płaska łyżeczka proszku do pieczenia ( ja daję pół lub wcale )
1 łyżka spirytusu (solidna)
cukier puder z wanilią lub cukrem waniliowym do posypywania
tłuszcz do smażenia ( ja używam dobrego smalcu)
Z mąki wymieszanej z proszkiem do pieczenia i solą, śmietany, żółtek i spirytusu zagnieść ciasto o gęstości i konsystencji ciasta kluskowego.
Ciasto wałkować partiami, jak najcieniej i kroić radełkiem, bądź nożem na paski długości ok. 15 cm i szerokości 3 cm.
Każdy pasek przekroić wzdłuż na długości kilku centymetrów i przewinąć. Smażyć w głębokim bardzo rozgrzanym tłuszczu do uzyskania złotego koloru z obu stron, zwykle 20 - 30 sekund.
Osączyć, ułożyć na talerzu i posypać cukrem pudrem z wanilią.
Faworki z garnka najlepiej wyjmować długimi ostro zakończonymi patyczkami, na jednym z patyczków trzymając je chwilę nad garnkiem, aż obciekną, a drugą ręką wkładając już do garnka kolejne.
Wymaga to trochę wprawy, ale nie palą się i nie chłoną w ten sposób dużo tłuszczu.
Koniecznie trzeba pamiętać, żeby nie podsypywać pod wałkowane ciasto dużo mąki i bardzo uważać żeby do gorącego tłuszczu nie dostał się cukier.
Z podanych proporcji wychodzi jeden solidny talerz chrustu.
Smacznego:)niedziela, 16 stycznia 2011
O blogu(ach), koralach i sennym kocie.
Podobno Polacy są największymi miłośnikami blogów.
Jeśli tak, to stanowię potwierdzenie reguły.
Od czasu kiedy jakiś diablik podszepnął mi pomysł założenia bloga mam zdecydowanie mniej czasu na sen.
Z początku męczyłam się jak potępiona z ustawieniami bloggera, wstawianiem komentarzy i nie znałam zasad blogowych zabaw.
Byłam przekonana, że piszę dla siebie, własny ilustrowany notatnik-dziennik-tygodnik. Zawsze chciałam notować myśli, wspomnienia, wrażenia. Nigdy nie starczało mi czasu i konsekwencji.
Pisanie w komputerze to całkiem inna jakość pisania.
Łatwość edycji tekstu, możliwość swobodnego poprawiania sformułowań i błędów urzekła mnie już wiele lat temu, kiedy zamieniłam maszynę do pisania na klawiaturę. W blogu mogłam nareszcie zamieścić zdjęcia i swoje wyklejanki.
A tu, ku mojej niesamowitej uciesze, pod postami zaczęły pojawiać się komentarze:)
Pisały je osoby, których z pewnością nie udałoby mi się spotkać poza blogowym światem.
Połączyły nas zainteresowania, życzliwość i tęsknota za babskimi pogaduszkami, na które brak czasu w zaganianym świecie pracy, zakupów, trosk i szarej codzienności.
Zaczęły się przyjaźnie. Poznałam mnóstwo wspaniałych osób, z niektórymi udało mi się spotkać. W życiu byśmy się nie odszukały bez zaczarowanego świata blogów.
Po blisko dwóch latach mogę śmiało powiedzieć, że warto było.
Zgłaszając blog do konkursu na "Blog Roku" pomyślałam, że jest to sposób, by wśród osób, które dzięki konkursowi zajrzą w kapryśnikowe kartki może znalazł się ktoś, kto zostanie na chwilę z nami i zechce pogawędzić w miłym babskim gronie i może nawet za jakiś czas wypije w naszym towarzystwie najprawdziwszą kawę, jak wiosną u Ori.
Przy naszym stoliku w blogowym ogródku jest jeszcze dużo miejsca:)
Na chandrę, na burą, rozchlapaną zimę, frustrującą pracę, objawy klimakterium, pryszcze, fałdki na brzuchu i kurze łapki, cellulitis, paskudne nastroje i zły los - piszmy blogi:)
Wszystkim, którzy mnie odwiedzają, podglądają i mają cierpliwość czytać, dziękuję za obecność, a moim wspaniałym i wytrwałym komentatorkom i komentatorom życzę, żeby nasze wirtualne i rzeczywiste spotkania niosły tyle radości i otuchy, co mnie.
Ponieważ głosowanie jest płatne, nie namawiam Was do wysyłania smsów, ale serdecznie zapraszam do zaglądania i komentowania Kapryśnika.
Wielbicieli kotów zapraszam również do Kotłowni, wymyślonego i założonego przez Beatę spisu kocich blogów. Przybywajcie:)
Przy pisaniu dzisiejszego posta oczywiście towarzyszyła mi senna i zamyślona Mrautak.
Jak zwykle asystowała też przy kulkaniu i składaniu nowych korali.
Pokazuję więc dziś kolejne efekty naszej twórczej kooperacji i zaraz udaję się na poszukiwanie koralików i kulek, które Mrautak uznała za zbyteczne i porozrzucała po podłodze w całym mieszkaniu:)
I tak wspólnie zrobiłyśmy:
Jeśli tak, to stanowię potwierdzenie reguły.
Od czasu kiedy jakiś diablik podszepnął mi pomysł założenia bloga mam zdecydowanie mniej czasu na sen.
Z początku męczyłam się jak potępiona z ustawieniami bloggera, wstawianiem komentarzy i nie znałam zasad blogowych zabaw.
Byłam przekonana, że piszę dla siebie, własny ilustrowany notatnik-dziennik-tygodnik. Zawsze chciałam notować myśli, wspomnienia, wrażenia. Nigdy nie starczało mi czasu i konsekwencji.
Pisanie w komputerze to całkiem inna jakość pisania.
Łatwość edycji tekstu, możliwość swobodnego poprawiania sformułowań i błędów urzekła mnie już wiele lat temu, kiedy zamieniłam maszynę do pisania na klawiaturę. W blogu mogłam nareszcie zamieścić zdjęcia i swoje wyklejanki.
A tu, ku mojej niesamowitej uciesze, pod postami zaczęły pojawiać się komentarze:)
Pisały je osoby, których z pewnością nie udałoby mi się spotkać poza blogowym światem.
Połączyły nas zainteresowania, życzliwość i tęsknota za babskimi pogaduszkami, na które brak czasu w zaganianym świecie pracy, zakupów, trosk i szarej codzienności.
Zaczęły się przyjaźnie. Poznałam mnóstwo wspaniałych osób, z niektórymi udało mi się spotkać. W życiu byśmy się nie odszukały bez zaczarowanego świata blogów.
Po blisko dwóch latach mogę śmiało powiedzieć, że warto było.
Zgłaszając blog do konkursu na "Blog Roku" pomyślałam, że jest to sposób, by wśród osób, które dzięki konkursowi zajrzą w kapryśnikowe kartki może znalazł się ktoś, kto zostanie na chwilę z nami i zechce pogawędzić w miłym babskim gronie i może nawet za jakiś czas wypije w naszym towarzystwie najprawdziwszą kawę, jak wiosną u Ori.
Przy naszym stoliku w blogowym ogródku jest jeszcze dużo miejsca:)
Na chandrę, na burą, rozchlapaną zimę, frustrującą pracę, objawy klimakterium, pryszcze, fałdki na brzuchu i kurze łapki, cellulitis, paskudne nastroje i zły los - piszmy blogi:)
Wszystkim, którzy mnie odwiedzają, podglądają i mają cierpliwość czytać, dziękuję za obecność, a moim wspaniałym i wytrwałym komentatorkom i komentatorom życzę, żeby nasze wirtualne i rzeczywiste spotkania niosły tyle radości i otuchy, co mnie.
Ponieważ głosowanie jest płatne, nie namawiam Was do wysyłania smsów, ale serdecznie zapraszam do zaglądania i komentowania Kapryśnika.
Wielbicieli kotów zapraszam również do Kotłowni, wymyślonego i założonego przez Beatę spisu kocich blogów. Przybywajcie:)
Przy pisaniu dzisiejszego posta oczywiście towarzyszyła mi senna i zamyślona Mrautak.
Jak zwykle asystowała też przy kulkaniu i składaniu nowych korali.
Pokazuję więc dziś kolejne efekty naszej twórczej kooperacji i zaraz udaję się na poszukiwanie koralików i kulek, które Mrautak uznała za zbyteczne i porozrzucała po podłodze w całym mieszkaniu:)
I tak wspólnie zrobiłyśmy:
szary dred z turkusikami i srebrnymi kulkami
środa, 29 września 2010
Podróże, ach podróże...
Tak to już jest na tym świecie, że jak się jest starą babą i ma dorosłe dziecko, to się je ma na doskok:) Syndrom pustego gniazda skutecznie łagodzi mała, przytulna Mrautak, a mnie pozostaje przyjemność śledzenia podróżniczych wypraw Młodej:)
Nie ma co kryć, zazdroszczę jej trochę, ale i cieszę się, że ma takie możliwości:)
Rok, który spędziła na uniwersytecie w duńskim Aarhus zaowocował przyjaźniami w najrozmaitszych zakątkach globu.
Fantastycznie jest mieć 25 lat, zarabiać na swoje podróże, jeździć po świecie i odwiedzać przyjaciół.
Przez ostatnie ponad trzy tygodnie lata objechała część północno-wschodnich Chin.
Była gościem na ślubie Borny (koleżanki Młodej ze studiów w Aarhus) i Iwana. Para młoda na co dzień mieszka i pracuje w Finlandii, a śluby mieli dwa. Jeden w czerwcu w Iwana rodzinnej Estonii, a drugi we wrześniu w Chinach.
Prawie cztery tygodnie wymarzonego, starannie zaplanowanego urlopu wypełnionego intensywnym zwiedzaniem, starczyło na objechanie niewielkiej części Państwa Środka, ale prócz gościny w Baotou, rodzinnym mieście Borny leżącym w Mongolii Wewnętrznej (autonomicznej części Chin), zobaczyła między innymi: Datong i jaskinie w Yungang z wykutymi w skałach posągami Buddy, których jest ponad pięćdziesiąt jeden tysięcy, Pingyao - miasto zabytek, które zachowało wygląd z czasów dynastii Ming, Taiyuan, Shijiazhuang, Zhengding, Jinan, Qufu - rodzinne miasto Konfucjusza, Tai'an ze świętą górą buddyzmu Taishan i oczywiście Pekin.
Wybranie kilku zdjęć na blogowy użytek z ponad trzech tysięcy, przyprawiło mnie o ostry ból głowy;) Zamieszczam więc kilka ciekawych i nietuzinkowych z mnóstwa tych, które mnie podobały się najbardziej.
Nie ma co kryć, zazdroszczę jej trochę, ale i cieszę się, że ma takie możliwości:)
Rok, który spędziła na uniwersytecie w duńskim Aarhus zaowocował przyjaźniami w najrozmaitszych zakątkach globu.
Fantastycznie jest mieć 25 lat, zarabiać na swoje podróże, jeździć po świecie i odwiedzać przyjaciół.
Przez ostatnie ponad trzy tygodnie lata objechała część północno-wschodnich Chin.
Była gościem na ślubie Borny (koleżanki Młodej ze studiów w Aarhus) i Iwana. Para młoda na co dzień mieszka i pracuje w Finlandii, a śluby mieli dwa. Jeden w czerwcu w Iwana rodzinnej Estonii, a drugi we wrześniu w Chinach.
Prawie cztery tygodnie wymarzonego, starannie zaplanowanego urlopu wypełnionego intensywnym zwiedzaniem, starczyło na objechanie niewielkiej części Państwa Środka, ale prócz gościny w Baotou, rodzinnym mieście Borny leżącym w Mongolii Wewnętrznej (autonomicznej części Chin), zobaczyła między innymi: Datong i jaskinie w Yungang z wykutymi w skałach posągami Buddy, których jest ponad pięćdziesiąt jeden tysięcy, Pingyao - miasto zabytek, które zachowało wygląd z czasów dynastii Ming, Taiyuan, Shijiazhuang, Zhengding, Jinan, Qufu - rodzinne miasto Konfucjusza, Tai'an ze świętą górą buddyzmu Taishan i oczywiście Pekin.
Wybranie kilku zdjęć na blogowy użytek z ponad trzech tysięcy, przyprawiło mnie o ostry ból głowy;) Zamieszczam więc kilka ciekawych i nietuzinkowych z mnóstwa tych, które mnie podobały się najbardziej.
Pekin - Świątynia Nieba
Jaskinie w Yungang
Borna z mamą:)
Dom i dolina rodziny Borny, okolice Baotou
Posągi w Qufu
Mur
Ptasie gniazdo- stadion olimpijski Pekin
Ulica w Pekinie
Panda Wielka
Subskrybuj:
Posty (Atom)


