Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ceramika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ceramika. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 kwietnia 2015

Tricolore, czyli korale w kolorach rewolucji, rewolucja świąteczna i kilka jaj:)

Tricolore. Biały - królewski, niebieski - szlachecki, czerwony - ludowy. Na fladze po równo, a u mnie w asymetrycznym nieładzie. Koralowo.
Biały - koral, czerwony - ceramika i koral , niebieski - ceramika. Do trójkolorowej kratki. Mam słabość do bluzek w kratkę. I do kolorów francuskiej rewolucji. Nic nie poradzę.
Na święta też rewolucja. Ha! Uciekamy z Warszawy. Precz z zakupami, garami i krzątaniną. Odpocznę:)
Już się cieszę.  Zrobiłam tylko dwa mazurki, podobne do tych. Zwykle wychodzą podobnie, więc zdjęcia tym razem trochę inaczej.
Jeden dzieciom, drugi tradycyjnie w prezencie komuś bliskiemu sercu i już:)
Będzie czas, las, spokój i wszystko podstawione pod nos. Zasłużyłam sobie.
Jaj dosłownie kilka. Pro publico bono tylko, czyli na prośbę i na prezenty oficjalne.
Pięknych i Radosnych Świąt Wielkanocnych 
Wam życzę:)

środa, 18 marca 2015

Coś drgnęło..

Tak między Bogiem, a prawdą (synonimy do "między Bogiem, a prawdą": faktycznie, istotnie, na dobrą sprawę, rzeczywiście, właściwie, zaiste, itd.) od bardzo długiego czasu nic nie robiłam ze swoich ulubionych dłubanek. Miesiące całe. Nic.
Zastój (synonimy do "zastój": stagnacja, bezruch, marazm, bezwład, martwota, letarg, inercja, bezczyn, apatia, itp.)
straszny (synonimy do "straszny": makabryczny, koszmarny, upiorny, przeraźliwy, potworny, porażający, itd.) 
Ostatnio coś drgnęło. Delikatnie. 
Wyciągnęłam z dawien dawna wypaloną i poszkliwioną drobnicę.
I patrzę.
To nie jest proste. Wiadro gliny stoi i czeka od półtora roku. Ludzie, bliscy i kochani dopominają się o mydelniczki, kafle i takie tam inne. Dzień dłuższy, pies jęczy i tylko by chodził, z pracy wracam urobiona, zasadniczo nic mi się nie chce,
ale patrzę...

poniedziałek, 6 maja 2013

Sto słów, czyli mieszanka majowa.

Nowe stare paciorki, dawno wypalone, teraz poskładane. Lesio w polu i w lesie z psyjacielem plus trochę wiosny, czyli mieszanka majowa. Słowem skrót. Spokojnie mogłabym zrobić z tego posta, przynajmniej trzy, a przy odrobinie wysiłku z pięć.
Ale nie zrobię;) Pisać też nie będę za wiele. Od dawna myślę o tym, aby narzucić sobie ograniczenie ilości słów w poście np. do stu.
A to dlatego, że codziennie służbowo i prywatnie spędzam przy komputerze zbyt dużo czasu. I lubię wyzwania. Nawet najciekawsze, długie posty czytam zwykle pobieżnie. Wolę krótki przekaz.
A zatem paciorki, wiosna, pies i sto słów.
 
 
 
 
Miłego liczenia. Dobranoc:)




środa, 21 listopada 2012

Wypały z letnich zapasów - część I

Wreszcie to, co kaprysie lubią najbardziej. Ulepki:)
Udało mi się zrobić kilka zdjęć. Słońca jak na lekarstwo, dzień krótki, światła do zdjęć brak, ale coś tam widać. Od sierpnia nie lepiłam nic nowego. Szkliwię i wypalam letnie zapasy.
Część wychodzi ładnie, część do poprawki, a trochę do kosza, cóż ceramika bywa kapryśna;) 
Korci mnie kupiona ostatnio glina LA, która ładnie poddaje się formowaniu i wypala na piękny biały kolor, ale oczywiście brakuje mi czasu.
Srodze też zawiodło mnie, drogie jak nieszczęście, szkliwo o obiecującej nazwie "Czerwień Marlboro", bo zamiast pięknej głębokiej czerwieni wypaliły mi się rozgotowane, blade buraczki, pfuj. 
Dziś do wglądu niezawodny turkus crakle na mydelniczce, miseczce i broszkach.

I jeszcze spóźnione podziękowania dla Pantery i Strefy filcu za przemiłe wyróżnienia.

Z kaprysiami jest tylko ten problem, że zupełnie ignorują twarde wyróżnieniowe zasady i zawsze robią po swojemu;) 
Rozdaję więc, co dostałam bez opamiętania i zasad:) 
Proszę bardzo, bierzcie te wyróżnienia wszyscy moi oglądacze, jeśli tylko macie na nie ochotę:) Zupełnie nie mam serca do wybierania kilku blogów, które chciałabym wyróżnić. Do każdego, który mnie zainteresował staram się zaglądać tak często, jak pozwala mi na to wolny czas.
Dla mnie niezmiennie największym wyróżnieniem są Wasze wizyty i komentarze zostawione pod postami:)

czwartek, 2 sierpnia 2012

Sielskie klimaty, czyli ciężkie przypadki wróbelka elemelka..

Jeszcze tak nie było, żebym wróciła z działki wypoczęta ;)
Tam zawsze jest coś do wypielenia, posprzątania, ugotowania i przetworzenia. Rozliczne zajęcia same się nakręcają, a mówią, że perpetuum mobile nie istnieje. Myślałby kto.
Nie daję się. Żeby nie wiem co znajduję czas dla siebie.
Przynajmniej na książkę i lepienie, a najmilsze chwile łapię z samego rana, kiedy rodzinka słodko chrapie. Siadam wtedy przy stole pod winogronami i smakuję sobie cichy, letni, wiejski, zamglony poranek popijając zieloną herbatkę, a Mrautak biega i łapie wszystko co się rusza. Czasem biedronki, a czasem co innego.
Kot jeździ z nami. Nie lubi, ale jeździ. To znaczy jeździć nie lubi, ale działkową wolność bardzo sobie chwali. Ostatnio za bardzo.
Byliśmy z nią wielokrotnie i nigdy do tego łaciatego łba nie wpadł pomysł oddalania się z podwórka. Do czasu.
Dzień, w którym szukałam kota od rana do nocy po całej wsi i okolicznych polach zapamiętam na długo. W końcu rodzina też zaczęła szukać.
Cała wieś szukała. Bite 14 godzin. Jeszcze na drugi dzień pani w sklepie, w miasteczku odległym od naszego domu o dwa kilometry pytała, czy kot tej pani z Warszawy, co tak chodziła tyle godzin z rozwianym włosem i czerwonymi oczami, w końcu się znalazł. Przynajmniej o mrautaczą cnotę, a właściwie o perspektywę zostania kocią babcią, byłam spokojna, bo szczęśliwie jest wysterylizowana, ale inne czarne wizje towarzyszyły mi dzień cały i kawałek nocy. Znalezienie kota w łanach dojrzewającego zboża graniczy z cudem. Nie znaleźliśmy.
Panienka przyszła sama późnym bardzo wieczorem z rozpaczliwie ćwierkającym wróbelkiem w zębach.
Młoda narobiła krzyku, kot otworzył pysk, a wróbelek zniknął nam z pola widzenia. Obrażona Mrautak uprzejmie się posiliła, wysikała do kuwety (te miejskie maniery;)) i poszła spać. My też.
A rano zza kredensu ćwir, ćwir, ćwir...
Upał, trzydzieści parę stopni, a my odsuwaliśmy wszystkie meble. Rozpierdziocha na całego, bo żeby ruszyć kredens trzeba było wszystko wyjąć, a to solidne stare, ciężkie, drewniane sprzęty są. Potem w ruch poszło łóżko z drewnianymi zagłówkami, lodówka, szafa i dywan.
Polowanie zajęło nam dwie godziny. Kota nie było na szczęście, bo też poszła polować, ale tym razem już widziałam dokąd. Blisko nawet. Do starej stodoły sąsiadów, w której trzymają mnóstwo kostek starej słomy, a spokojny żywot wiodło kilka mysich rodzin.
Raj dla kota po prostu. 
Ptaszek nawet nie był przetrącony i wrócił na wolność, zdjęcia mu nie zrobiłam, bo za bardzo mi się ręce trzęsły. Sprzątaliśmy potem kolejnych kilka godzin. Każdy spędza wolny czas, jak lubi;))) 
A potem nie mogliśmy jechać do Warszawy, bo cholera łaciata nie wracała, dopiero po dziewiątej wieczór była uprzejma się pojawić, zdziwiona niezwykle czego to się od niej chce, bo przecież myszki już nie przynosiła, skoro takie piękne łupy nam się nie podobają. Teraz kolejny dzień odpoczywa biedactwo.
Zanim kot dostarczył nam rozrywki zajmowałam się nowymi śmieciami (czytaj skarbami), albo jak kto woli, nowymi skarbami (czytaj śmieciami).
Na strychu dopadłam zniszczoną okienną ramkę, którą ocaliłam przed porąbaniem i spaleniem w węglowej kuchni. Mam ambitny plan przerobienia jej na lustro. Na zdjęciu jest już wstępnie oszlifowana,
a pan mąż pozyskał stary wojskowy kuferek, z przodu również po wstępnym szlifowaniu.
O takim Tomuś Czereśniak w Pancernych śpiewał, że już stoi zrychtowany:)
Kuferek wymaga solidnego czyszczenia, napraw i  konserwacji metalowych okuć. Gdyby nie akcja wróbelek pewnie bym się bardziej skarbami-śmieciami zajęła.
Przed akcją zdążyłam trochę polepić. Wysycha sobie wszystko pomału i czeka na jesienny wypał.
Z przedwakacyjnego została mydelniczka zrobiona według życzenia Sekutnicy i czeka na przekazanie w ręce nowej właścicielki. Poważne to było wyzwanie, do tego kaprysiowa profanacja Blue Nude II - Henriego Matisse'a, ale ładniej nie umiałam.
A tu znowu upałem straszą, a człowiek zasadniczo po urlopie.
Ale to nic. Na działkę może sobie znowu pojedziemy odpocząć;)))

niedziela, 24 czerwca 2012

O diable, co siedzi w szczegółach i starym młynku.

Wszystko co chce się zrobić w miarę solidnie jest wyczerpujące.
Niedoróbki są irytujące, w każdym razie mnie irytują, bo ciężki jest los perfekcjonisty teoretyka;) Coraz większego teoretyka.
Nadal drażni mnie krzywo wisząca firanka i poplamiony obrus, za to kurz na oknach ostatnio jakby mniej;) Silne umiłowanie do porządku zostało mi wyłącznie w odniesieniu do słowa pisanego.
Ostatnio, ku mojej uciesze, profesor Bralczyk podjął walkę z niechlujstwem językowym polegającym na pomijaniu w smsach i mailach polskich znaków. Mającym wątpliwości zwrócił uwagę na fakt, że pomiędzy zdaniem "Zrobić komuś łaskę", a "Zrobić komuś laskę" jest spora różnica znaczeń;) 
Za to w ceramice niedoskonałość jest zaletą. Nierównomiernie rozłożone szkliwo, nieprzewidywalny efekt wypalania i wędrówka kolorów w piecu nadaje przedmiotom ciekawe, indywidualne piętno i niepowtarzalność.
Równe, gładkie, robione seryjnie ceramiczne przedmioty, chociaż kolorowe i ładne, straciły dla mnie urok. W niedoskonałych szczegółach, tych lepionych i szkliwionych ręcznie, siedzi przysłowiowy diabeł, kusi i przyciąga oko. Takie lubię:)
Nareszcie poskładałam wypalone wcześniej korale i mogę je pokazać.
Następne ciągle czekają w kolejce do pieca. W połowie lipca pracownia zamyka podwoje i to, co nie zostanie wypalone teraz, poczeka do jesieni.
Za to całe lato mogę poświęcić lepieniu. Ceramika uczy cierpliwości:)
Marzy mi się kupienie własnego niewielkiego pieca, ale na razie to mrzonki. Zresztą spełnione marzenia tracą większość swojej atrakcyjności;)
A to jeszcze talerzyk i różyczka, która albo zyska bliźniaczkę i będą gałkami uchwytów do szafki, albo będzie zwieńczeniem pokrywki cukiernicy;)
Na razie jest białą różą z dalszymi możliwościami, a zrobiłam ją chcąc sprawdzić, czy umiem ulepić gliniany kwiatek. Jak widać nie bardzo:)
Za to oboje z mężem umiemy i lubimy zbierać starocie.
Brudne, stare i wyrzucone, ale ciekawe w swojej niedoskonałości.
Kiedyś pokazałam wagę, teraz metalowy i zardzewiały młynek z obłażącą farbą. Przynajmniej niczego nie udaje, jest jaki jest, ze swoją nieznaną nam historią i sprawnym mechanizmem. Chyba nie chcemy go odnawiać, umyję go tylko i oczyszczę. Taki jak teraz jest prawdziwy.
A za oknem już lato. I jaśmin kwitnie, i kot spaceruje, i szparagi się kończą, i może jakoś dożyjemy do urlopu;) O tym jednak napiszę pewnie następnym razem:)

wtorek, 29 maja 2012

Cyklicznie ceramicznie - odcinek nr 2, czyli mydelniczki po raz kolejny i waniliowy woreczek.

Czy to jako kara za spory kieliszek czerwonego wina wieczorową porą, czy też z powodu zmiennej pogody, czy raczej z obu przyczyn razem wziętych, głowa boli mnie dziś od samego rana niemiłosiernie.
Z tego powodu mam spore trudności z formułowaniem składnych zdań. W telegraficznym skrócie przedstawiam więc kolejne ulepki z ostatniego wypału.
Mydelniczka nr 1.
Dla Agnieszki i Bartka do ich ślicznej zielonej łazienki.
Szkliwo - Limonka.
Mydelniczka nr 2.
Dla Młodej do jej łazieneczki urządzanej na kolorowo.
Szkliwo - Turkus crakle.
I puste w środku koraliki tym razem bez miseczki;).
Szkliwo - Turkus crakle i Tiffany efect.
Korale z pokazanych i niepokazanych jeszcze elementów złożę i sfotografuję jak tylko minie mi ten koszmarny ból głowy.
Tak więc ceramiczny ciąg dalszy nastąpi, a na koniec muszę pochwalić się uroczym waniliowo pachnącym woreczkiem, który dostałam od Dysiaczka.
Udało nam się nareszcie spotkać i spędzić przesympatyczne popołudnie przy pogaduszkach i mrożonej herbacie. Choćbyśmy nie wiem jak mało miały czasu na własne przyjemności, to takie babskie spotkania zawsze są bezcenne i powinny mieć czasowy priorytet.
Dziękuję Edytko za przemiłe popołudnie:) A to woreczek, i w dodatku z kotkiem.
Mrautak również bardzo się spodobał, ledwo jej zabrałam:)