"32 omdlenia" Teatr Polonia, adaptacja i reżyseria Andrzeja Domalika, spektakl oparty na trzech jednoaktówkach Antoniego Czechowa, "Niedźwiedź", "Oświadczyny" i "Historia zakulisowa", benefis artystyczny Jerzego Stuhra.
Występują: Jerzy Stuhr, Krystyna Janda i Ignacy Gogolewski.
Chyba nic więcej nie trzeba dodawać:) Szkoda byłoby nie obejrzeć tego spektaklu. To klasyka w najlepszym wydaniu. Czechow bawi, aktorzy zachwycają, widownia wieńczy spektakl owacją na stojąco.
Część pierwsza "Niedźwiedź" wprowadza widza w świat postaci Czechowa, uwagę zwraca niezwykle naturalna gra Ignacego Gogolewskiego, który w tej części nie gra, lecz wręcz staje się postacią wiernego sługi.
Role Krystyny Jandy i Jerzego Stuhra w "Oświadczynach" wywołują spontaniczne salwy śmiechu, natomiast zakończenie trzeciej jednoaktówki zaskakuje, pobudza do chwili refleksji i pozostawia uśmiech satysfakcji na twarzach widzów. Bardzo oszczędna scenografia, podkreślona grą świateł sprzyja skupieniu uwagi na tekście i aktorskiej interpretacji.
Spektakl jest fenomenalny. Niestety bilety są bardzo drogie, ale można też skorzystać z trzykrotnie tańszych wejściówek sprzedawanych tuż przed przedstawieniem. Trzeba jednak ustawić się po nie w kolejce (można też się usadzić w holu), przynajmniej na godzinę przed rozpoczęciem sprzedaży. Nie zawsze się uda, ale próbować warto z pewnością, co zrobię na pewno przed kolejną wizytą w Polonii:) Cudowny teatralny wieczór sponsorowała znowu Młoda, zatem siedzieć po wejściówki, przed kolejną teatralną przyjemnością, uda się matka. A co wysiedzi i obejrzy, to potem opisze:)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą coś ciekawego. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą coś ciekawego. Pokaż wszystkie posty
środa, 20 lutego 2013
piątek, 1 lutego 2013
Prezent na weekend.
W prezencie dla wszystkich kapryśnikowych gości. Mnie zachwyciło.
Miłego weekendu:)
I jeszcze jeden, dla uprzyjemnienia sobotnich zakupów:)
Miłego weekendu:)
I jeszcze jeden, dla uprzyjemnienia sobotnich zakupów:)
niedziela, 27 stycznia 2013
Dziękuję Krysiu, czyli "Miedzianka. Historia znikania" Filipa Springera.
Kupferberg - Miedzianka, miasteczko, którego nie ma.
Niezwykły historyczny reportaż o przemijaniu, który od pierwszych zdań czyta się jak najlepszy kryminał.
O losach i historii miasteczek Dolnego Śląska nie uczono na szkolnych lekcjach. Do dziś to temat niewygodny i trudny. Dotyka zbyt wielu spraw przez lata "zamiatanych pod dywan".
O tych, którzy zostawiali swoje domy i całe dotychczasowe życie, i o tych, którzy umierali po kilku latach pracy w kopalniach rud uranu, nie uczy się i nie przypomina. Korzystając z dostępnych przekazów i opowieści żyjących mieszkańców Miedzianki, Filip Springer opowiedział historię miasteczka z siedmiowiekową tradycją, które istnieje tylko we wspomnieniach.
Dzięki mojej bliskiej koleżance, z którą pracuję od wielu lat, mogę opisać garść jej wspomnień związanych z tym miejscem.
Krysia przyjechała do Kowar latem 1945 roku. Rodzice wprowadzili się do jednego z domów wyznaczonych do zasiedlenia. Dom należał do sióstr Krüger. W rodzinnym domu Krysi, w podwarszawskim Pruszkowie została urządzona kantyna dla sowieckich oficerów. Rodzice Krysi przyjechali tylko z tym, co udało się zapakować w kilka walizek.
Frau i fräulein Krüger mieszkały z rodziną Iglów jeszcze dwa lata.
Opiekowały się, urodzoną już w Kowarach, siostrą Krysi, pomagały w prowadzeniu domu i restauracji. Restauracje były dwie. Jedna "Grażyna" położona w parku i bar na dworcu w Kowarach.
Piwo do obu tata Krysi kupował w browarze w Miedziance.
Mała Krysia pamięta zabawy z rówieśnikami i wyprawy do Miedzianki. Zakazane zabawy w opuszczonych domach i groby właścicieli pałacu, do których zaglądali. Dorośli zajęci własnymi sprawami nie byli w stanie upilnować dzieciarni, dla której groby i śmierć była równie fascynująca, jak abstrakcyjna. Niemieckie koleżanki i koledzy z czasem znikali, do zabaw i wypraw dołączali mali Rosjanie.
Miedzianka i Kowary we wspomnieniach Krysi, to ciche, urokliwe uliczki pełne kwiatów, z kutymi starymi latarniami, senne i spokojne. Pamięta restaurację ojca przy stacji kolejowej z drewnianymi boksami oddzielającymi stoliki. Wieszaki z poroży jeleni, żółtą tapetę w złote wzorki, wysoki bar z pompką do piwa. Pamięta też migocące promienie słońca na dużych , sześcioosobowych stołach nakrytych kraciastymi obrusami. Komplety obrusów były trzy, zmieniane w miarę potrzeby, czerwony, niebieski i seledynowy.
W rogu restauracji stała pianola z pięknym starym mechanizmem, dzięki któremu instrument sam wygrywał melodie, a po przesunięciu dźwigni można było grać na nim, jak na każdym zwykłym pianinie. Za darmowe obiady, drobny, przygarbiony nauczyciel muzyki uczył na niej grać małą Krysię. Nie wyjechał do Niemiec z innymi repatriantami. Popełnił samobójstwo, ale o tym Krysia dowiedziała się od rodziców wiele lat później.
Siostry Krüger były przez ojca Krysi zatrudniane, wielokrotnie też interweniował u władz i udawało mu się opóźnić ich wyjazd. Dom był duży i wygodny, a ludzie chcieli po prostu spokojnie żyć.
Wyjechały pod koniec 1947 roku, z pomocą ojca Krysi udało się im odszukać daleką rodzinę w Niemczech.
W roku 1950 okolice Kowar i Miedzianki było już innym miejscem. Rozrosła się zamknięta strefa R-1 wokół zarządzanej przez Rosjan kopalni rud uranu, a rodzina Iglów dostała dwadzieścia cztery godziny na opuszczenie domu i Kowar.
Taka była cena za pomoc i sympatię dla ludzi, którzy mieszkali tam od wieków i za dobrze prosperujące dwie restauracje. Własność i prywatna inicjatywa nie mieściły się w schemacie nowych socjalistycznych porządków.
To niezwykłe móc przyjrzeć się historii oczami jej świadków. Taką cudowną możliwość daje książka Filipa Springera.
Krysi pozwoliła wrócić do wspomnień dzieciństwa, które choćby najtrudniejsze, to zawsze pozostają radosne i jasne, a ja dzięki niej zyskałam możliwość poznania i zapisania ich drobnej cząstki.
Dziękuję Krysiu:)
Dla zainteresowanych aktywne linki:
http://www.polityka.pl/spoleczenstwo/reportaze/303896,1,dlaczego-miedzianka-musiala-zniknac.read
http://www.culture.pl/baza-literatura-pelna-tresc/-/eo_event_asset_publisher/eAN5/content/filip-springer-miedzianka-historia-znikania
Niezwykły historyczny reportaż o przemijaniu, który od pierwszych zdań czyta się jak najlepszy kryminał.
O losach i historii miasteczek Dolnego Śląska nie uczono na szkolnych lekcjach. Do dziś to temat niewygodny i trudny. Dotyka zbyt wielu spraw przez lata "zamiatanych pod dywan".
O tych, którzy zostawiali swoje domy i całe dotychczasowe życie, i o tych, którzy umierali po kilku latach pracy w kopalniach rud uranu, nie uczy się i nie przypomina. Korzystając z dostępnych przekazów i opowieści żyjących mieszkańców Miedzianki, Filip Springer opowiedział historię miasteczka z siedmiowiekową tradycją, które istnieje tylko we wspomnieniach.
Dzięki mojej bliskiej koleżance, z którą pracuję od wielu lat, mogę opisać garść jej wspomnień związanych z tym miejscem.
Krysia przyjechała do Kowar latem 1945 roku. Rodzice wprowadzili się do jednego z domów wyznaczonych do zasiedlenia. Dom należał do sióstr Krüger. W rodzinnym domu Krysi, w podwarszawskim Pruszkowie została urządzona kantyna dla sowieckich oficerów. Rodzice Krysi przyjechali tylko z tym, co udało się zapakować w kilka walizek.
Frau i fräulein Krüger mieszkały z rodziną Iglów jeszcze dwa lata.
Opiekowały się, urodzoną już w Kowarach, siostrą Krysi, pomagały w prowadzeniu domu i restauracji. Restauracje były dwie. Jedna "Grażyna" położona w parku i bar na dworcu w Kowarach.
Piwo do obu tata Krysi kupował w browarze w Miedziance.
Mała Krysia pamięta zabawy z rówieśnikami i wyprawy do Miedzianki. Zakazane zabawy w opuszczonych domach i groby właścicieli pałacu, do których zaglądali. Dorośli zajęci własnymi sprawami nie byli w stanie upilnować dzieciarni, dla której groby i śmierć była równie fascynująca, jak abstrakcyjna. Niemieckie koleżanki i koledzy z czasem znikali, do zabaw i wypraw dołączali mali Rosjanie.
Miedzianka i Kowary we wspomnieniach Krysi, to ciche, urokliwe uliczki pełne kwiatów, z kutymi starymi latarniami, senne i spokojne. Pamięta restaurację ojca przy stacji kolejowej z drewnianymi boksami oddzielającymi stoliki. Wieszaki z poroży jeleni, żółtą tapetę w złote wzorki, wysoki bar z pompką do piwa. Pamięta też migocące promienie słońca na dużych , sześcioosobowych stołach nakrytych kraciastymi obrusami. Komplety obrusów były trzy, zmieniane w miarę potrzeby, czerwony, niebieski i seledynowy.
W rogu restauracji stała pianola z pięknym starym mechanizmem, dzięki któremu instrument sam wygrywał melodie, a po przesunięciu dźwigni można było grać na nim, jak na każdym zwykłym pianinie. Za darmowe obiady, drobny, przygarbiony nauczyciel muzyki uczył na niej grać małą Krysię. Nie wyjechał do Niemiec z innymi repatriantami. Popełnił samobójstwo, ale o tym Krysia dowiedziała się od rodziców wiele lat później.
Siostry Krüger były przez ojca Krysi zatrudniane, wielokrotnie też interweniował u władz i udawało mu się opóźnić ich wyjazd. Dom był duży i wygodny, a ludzie chcieli po prostu spokojnie żyć.
Wyjechały pod koniec 1947 roku, z pomocą ojca Krysi udało się im odszukać daleką rodzinę w Niemczech.
W roku 1950 okolice Kowar i Miedzianki było już innym miejscem. Rozrosła się zamknięta strefa R-1 wokół zarządzanej przez Rosjan kopalni rud uranu, a rodzina Iglów dostała dwadzieścia cztery godziny na opuszczenie domu i Kowar.
Taka była cena za pomoc i sympatię dla ludzi, którzy mieszkali tam od wieków i za dobrze prosperujące dwie restauracje. Własność i prywatna inicjatywa nie mieściły się w schemacie nowych socjalistycznych porządków.
To niezwykłe móc przyjrzeć się historii oczami jej świadków. Taką cudowną możliwość daje książka Filipa Springera.
Krysi pozwoliła wrócić do wspomnień dzieciństwa, które choćby najtrudniejsze, to zawsze pozostają radosne i jasne, a ja dzięki niej zyskałam możliwość poznania i zapisania ich drobnej cząstki.
Dziękuję Krysiu:)
Dla zainteresowanych aktywne linki:
http://www.polityka.pl/spoleczenstwo/reportaze/303896,1,dlaczego-miedzianka-musiala-zniknac.read
http://www.culture.pl/baza-literatura-pelna-tresc/-/eo_event_asset_publisher/eAN5/content/filip-springer-miedzianka-historia-znikania
wtorek, 3 stycznia 2012
Śmietnikowe historie, czyli czego to ludzie nie wyrzucają.
Na śmietniku znajdują się rzeczy niepotrzebne.
Wyrzucamy odpadki, puste opakowania i butelki, rzeczy stare, zniszczone i zbyteczne. Niektórzy segregują, inni nie.
Sklasyfikowanie rzeczy jako śmiecia jest bardzo subiektywne.
Przyniosłam kiedyś do domu rzucone przez kogoś przy śmietniku kilka tomów "Anatomii człowieka" Adama Bochenka. Szczęśliwie nie padało, nie było błota, a wyrzucający nie pyrgnął książkami do pojemnika.
W twardej oprawie, z doskonałymi ilustracjami, uniwersalna, niezmienna i chyba najlepiej opracowana anatomiczna wiedza.
Dla kogoś śmieć.
Wyrzucamy odpadki, puste opakowania i butelki, rzeczy stare, zniszczone i zbyteczne. Niektórzy segregują, inni nie.
Sklasyfikowanie rzeczy jako śmiecia jest bardzo subiektywne.
Przyniosłam kiedyś do domu rzucone przez kogoś przy śmietniku kilka tomów "Anatomii człowieka" Adama Bochenka. Szczęśliwie nie padało, nie było błota, a wyrzucający nie pyrgnął książkami do pojemnika.
W twardej oprawie, z doskonałymi ilustracjami, uniwersalna, niezmienna i chyba najlepiej opracowana anatomiczna wiedza.
Dla kogoś śmieć.
Zaśniedziałą, oblepioną skamieniałym brudem bardzo podejrzanego pochodzenia, starą wagę, wypatrzył mój mąż. Nie mogliśmy się nadziwić, że została zwyczajnie wyrzucona.
Znalezisko kosztowało sporo pracy i nakładów, ale po kilku tygodniach czyszczenia, malowania i polerowania stanie na moim kuchennym parapecie. Może już niedługo:)
Po szalki musimy się wybrać na jakiś targ staroci, bo niestety wyrzucający wagę zapewne uznał, że mogą mu się jeszcze do czegoś przydać i nie dołączył. Szkoda:)
Współczesne śmietniki mówią o nas o wiele więcej niż chcielibyśmy pokazać.
Kilka lat temu dwóch francuskich paparazzich, Bruno Mouron i Pascal Rostain, zdecydowało się poddać fotograficznej analizie zawartość worków ze śmieciami znalezionymi w pobliżu posiadłości gwiazd filmowych, głównie w okolicach Los Angeles. Cykl fotografii ujęty został w projekcie Trash.
Z analizy śmietnika dowiadujemy się, że Mel Gibson chodzi w tandetnych kalesonach i lubi plastikowe figurki,
Z analizy śmietnika dowiadujemy się, że Mel Gibson chodzi w tandetnych kalesonach i lubi plastikowe figurki,
Jack Nicholson czyta magazyny poświęcone sztukom pięknym, pija markowy szampan i Château-Margaux rocznik 1985,
Cóż, analiza naszych osiedlowych śmietników wypada mniej spektakularnie i raczej przygnębiająco, choć czasem można znaleźć ładną wagę i Bochenka. Bochenków zresztą bywa na śmietnikach sporo, szczególnie po świętach.
I skoro już wyrzucamy chleb, to przynajmniej wieszajmy go w plastikowych torbach z boku śmietnika, a może przynajmniej jakaś litościwa dusza nakarmi nim ptaki. Zdjęć sobie i Wam oszczędzę.
czwartek, 25 sierpnia 2011
Dactylopius coccus - reaktywacja i senne fotomrautaki.
Z bloggerem nie żyjemy najlepiej. Jak nie muszę, to mu w opcjach i możliwościach najróżniejszych bez potrzeby nie grzebię.
Ale znowu pada, Mrautak bardzo miło towarzyszy mi na tyłach laptopa, a czort jakiś podszepnął, żeby zajrzeć do statystyk.
A tam zobaczyłam, że najczęściej czytanym i otwieranym moim postem jest Dactylopius coccus, czyli post zawierający treści drastyczne.
Skoro tyle osób ciągle go czyta, to i ja też postanowiłam tam zajrzeć. A tu niespodzianka: zamieszczone w tekście aktywne linki do Kubusiów nie przekierowują już na stronę producenta. Strona w dawnej formie przestała istnieć. Na nowej ślicznej stronie Tymbarku próżno będziecie szukać składu soków, są tam teraz umieszczone jedynie informacje o ich wartości odżywczej, zniknął też z oferty sok pomarańczowy z dodatkiem czerwonych pomarańczy z Sycylii;)*
Za to na stronie z Kubusiami sok z truskawkami jest, ale składu też nie ma. Żadnego;)))
Ciekawa sprawa:) Doprawdy intrygująca;)
Ja powyższe fakty zostawiam bez komentarza, ponieważ każdy może zdecydować sam, co kupuje i od którego producenta.
Jak wspominałam moje pożycie z bloggerem i tak już nie układa się najlepiej, niby w spiskową teorię dziejów nie wierzę, ale przyzwyczaiłam się do pisania, zaprzyjaźniłam z niejedną wirtualną duszą i wolałabym, żeby mi się blog jakoś psiejsko-czarodziesko nie wykrzaczył;))
Dla ścisłości przekazu w tekście posta o robakach w soku zamieściłam postscriptum, a ponieważ znowu leje jak z cebra, na wycieczkę poznawczą do sklepu, z dużym wyborem różnych kolorowych soków, wybiorę się może jutro, bo bardzo jestem ciekawa, co takiego teraz znajduje się w informacjach na opakowaniach:)
W taką pogodę, jak dziś, zamiast chodzić po sklepach i śledzić koszenilę, lepiej wcześnie iść spać. Jak Mrautak:)
Dla wszystkich zaglądających kilka sennych fotomrautaków:
* sok pomarańczowy z dodatkiem czerwonych pomarańczy czarodziejsko się pojawił, ale składu nie ma nadal;))) 21.02.2012r.
sobota, 1 stycznia 2011
Życzenia
Kochane zaglądaczki i zaglądacze!
Tyle cudownych noworocznych życzeń krąży w sieci, że jest rzeczą oczywiście nierealną, żeby się spełniły.
Nie możemy wszyscy mieć samych szczęśliwych chwil, powodzenia, wspaniałego zdrowia, góry pieniędzy i satysfakcji w każdej dziedzinie życia, ale w Sylwestra i Nowy Rok wmówiliśmy sobie, że wszystko jest możliwe, a więc i ja Wam życzę byście trwali w wierze, że wraz z pierwszymi styczniowymi dniami zaczną się realizować zamiary, plany i życzenia, bo jak to mówią - wiara czyni cuda:)
A, że ja jestem słabej wiary, to mimo życzeń, bark boli jak bolał, wszystko co było wczoraj do załatwienia w poniedziałek nadal będzie wrzeszczeć i dopominać się rozwiązania, śnieg leży jak leżał, kot śpi odreagowując nocne stresy i z pewnością brzydko myśli o ludzkich hucznych sylwestrowych zwyczajach i w ogóle kto to słyszał, żeby Nowy Rok był w sobotę.
Powinien być w piątek, wtedy do koszmarnego poniedziałku byłoby jeden dzień więcej. Tak.
Chciał, nie chciał mamy 2011.
W skrócie ładna data : 01.01.11 :)
Ładniejsza będzie w listopadzie - 11.11.11 i to jakoś w okolicach urodzin Młodej i imienin Mrautak, a potem znowu zaraz święta i znowu Sylwester, a licznik tyka ;)




Tyle cudownych noworocznych życzeń krąży w sieci, że jest rzeczą oczywiście nierealną, żeby się spełniły.
Nie możemy wszyscy mieć samych szczęśliwych chwil, powodzenia, wspaniałego zdrowia, góry pieniędzy i satysfakcji w każdej dziedzinie życia, ale w Sylwestra i Nowy Rok wmówiliśmy sobie, że wszystko jest możliwe, a więc i ja Wam życzę byście trwali w wierze, że wraz z pierwszymi styczniowymi dniami zaczną się realizować zamiary, plany i życzenia, bo jak to mówią - wiara czyni cuda:)
A, że ja jestem słabej wiary, to mimo życzeń, bark boli jak bolał, wszystko co było wczoraj do załatwienia w poniedziałek nadal będzie wrzeszczeć i dopominać się rozwiązania, śnieg leży jak leżał, kot śpi odreagowując nocne stresy i z pewnością brzydko myśli o ludzkich hucznych sylwestrowych zwyczajach i w ogóle kto to słyszał, żeby Nowy Rok był w sobotę.
Powinien być w piątek, wtedy do koszmarnego poniedziałku byłoby jeden dzień więcej. Tak.
Chciał, nie chciał mamy 2011.
W skrócie ładna data : 01.01.11 :)
Ładniejsza będzie w listopadzie - 11.11.11 i to jakoś w okolicach urodzin Młodej i imienin Mrautak, a potem znowu zaraz święta i znowu Sylwester, a licznik tyka ;)
Właściwie nasz rok to kwestia umowna, jak bardzo słusznie i aktualnie, sto (umownych) lat temu, pisał Boy:
"By uniknąć ambarasu,
Wzięto rok za miarę czasu.
Dzielą go (bardzo wygodnie)
Na miesiące i tygodnie.
Tydzień znów z grubsza podzielę
Na zwykłe dni i Niedzielę."
Dzielą go (bardzo wygodnie)
Na miesiące i tygodnie.
Tydzień znów z grubsza podzielę
Na zwykłe dni i Niedzielę."
A kalendarze są różne.
Z meksykańskich służbowych wojaży Młoda przywiozła mi bardzo "nośliwy" wisiorek z kalendarzem Majów.
To swoją drogą ciekawe, że kolejna konferencja klimatyczna COP 16 odbyła się w meksykańskim Cancun. W końcu to kolebka Majów, którzy tak starannie wyliczyli zakończenie piątego świata na 21.12.2012. Do tej pory światy były cztery, każdy zakończony jakimś efektownym kataklizmem.
Według Majów żyjemy pod koniec piątego.
Czyżby globalne ocieplenie jednak nas wykończyło, czy może opatrzność szykuje jakieś inne spektakularne bum, czy może już tylko po tej dacie nic nie będzie takie samo jak wcześniej ?;)))
W kalendarzu Majów każdy dzień , czyli kin ma swój opis i symbol, a całość rachuby czasu tworzą różne kalendarze: tzolkin - rytualny, czyli boski, w którym rok ma 260 dni i haab - ziemski z 365 dniami podzielonymi na 18 miesięcy liczących 20 dni i pięcioma dniami świąt. Według wierzeń Majów czas boski płynął inaczej, a bogowie przybywali na ziemię odwiedzić dzieło swojego stworzenia według rytualnego czasu co 73 lata, czyli co 52 lata ziemskie. Wtedy właśnie, co 52 lata, oba kalendarze mogły mieć taki sam kin i był to dzień, w którym czas zataczał pełny krąg, a rachuba zaczynała się od nowa.
Więcej o kalendarzu Majów poczytacie tutaj.
Z meksykańskich służbowych wojaży Młoda przywiozła mi bardzo "nośliwy" wisiorek z kalendarzem Majów.
To swoją drogą ciekawe, że kolejna konferencja klimatyczna COP 16 odbyła się w meksykańskim Cancun. W końcu to kolebka Majów, którzy tak starannie wyliczyli zakończenie piątego świata na 21.12.2012. Do tej pory światy były cztery, każdy zakończony jakimś efektownym kataklizmem.
Według Majów żyjemy pod koniec piątego.
Czyżby globalne ocieplenie jednak nas wykończyło, czy może opatrzność szykuje jakieś inne spektakularne bum, czy może już tylko po tej dacie nic nie będzie takie samo jak wcześniej ?;)))
W kalendarzu Majów każdy dzień , czyli kin ma swój opis i symbol, a całość rachuby czasu tworzą różne kalendarze: tzolkin - rytualny, czyli boski, w którym rok ma 260 dni i haab - ziemski z 365 dniami podzielonymi na 18 miesięcy liczących 20 dni i pięcioma dniami świąt. Według wierzeń Majów czas boski płynął inaczej, a bogowie przybywali na ziemię odwiedzić dzieło swojego stworzenia według rytualnego czasu co 73 lata, czyli co 52 lata ziemskie. Wtedy właśnie, co 52 lata, oba kalendarze mogły mieć taki sam kin i był to dzień, w którym czas zataczał pełny krąg, a rachuba zaczynała się od nowa.
Więcej o kalendarzu Majów poczytacie tutaj.
A to dzisiejszy kin dnia.
KIN 8 - Żółta Galaktyczna Gwiazda
2011.01.01
| "Zaprowadzenie ładu i harmonii w życiu jest celem mojego przeznaczenia. Dziś inspiruje mnie piękno. Dyscyplina, estetyka wewnętrzna, higiena osobista, umiar - to sprawy, na które zwrócę dziś szczególną uwagę. Zadbam też dziś o swój wygląd, pójdę do fryzjera lub sprawię sobie nowe stroje. Piękno, porządek, kwiaty i muzyka dodają mi chęci do życia. Wniosę dziś do domu nowy akcent." Sympatyczny prawda? Tylko jakoś nie jestem do końca pewna, czy Majowie mieli fryzjerów, ale widać mieli. Takie dzienne krótkie i praktyczne plany dnia mają największe szanse realizacji i spełnienia. Udaję się więc wysłuchać noworocznego koncertu z Wiednia, a potem pod prysznic i pogrzebać w szafie:) Miłym kapryśnikowym gościom życzę pogody ducha, wypoczynku jak poniżej i pełnej realizacji każdego kina dnia, aż do końca piątego świata i potem też:))) zdjęcie i nogi Młodej, plaża Cancun grudzień 2010 |
środa, 29 września 2010
Podróże, ach podróże...
Tak to już jest na tym świecie, że jak się jest starą babą i ma dorosłe dziecko, to się je ma na doskok:) Syndrom pustego gniazda skutecznie łagodzi mała, przytulna Mrautak, a mnie pozostaje przyjemność śledzenia podróżniczych wypraw Młodej:)
Nie ma co kryć, zazdroszczę jej trochę, ale i cieszę się, że ma takie możliwości:)
Rok, który spędziła na uniwersytecie w duńskim Aarhus zaowocował przyjaźniami w najrozmaitszych zakątkach globu.
Fantastycznie jest mieć 25 lat, zarabiać na swoje podróże, jeździć po świecie i odwiedzać przyjaciół.
Przez ostatnie ponad trzy tygodnie lata objechała część północno-wschodnich Chin.
Była gościem na ślubie Borny (koleżanki Młodej ze studiów w Aarhus) i Iwana. Para młoda na co dzień mieszka i pracuje w Finlandii, a śluby mieli dwa. Jeden w czerwcu w Iwana rodzinnej Estonii, a drugi we wrześniu w Chinach.
Prawie cztery tygodnie wymarzonego, starannie zaplanowanego urlopu wypełnionego intensywnym zwiedzaniem, starczyło na objechanie niewielkiej części Państwa Środka, ale prócz gościny w Baotou, rodzinnym mieście Borny leżącym w Mongolii Wewnętrznej (autonomicznej części Chin), zobaczyła między innymi: Datong i jaskinie w Yungang z wykutymi w skałach posągami Buddy, których jest ponad pięćdziesiąt jeden tysięcy, Pingyao - miasto zabytek, które zachowało wygląd z czasów dynastii Ming, Taiyuan, Shijiazhuang, Zhengding, Jinan, Qufu - rodzinne miasto Konfucjusza, Tai'an ze świętą górą buddyzmu Taishan i oczywiście Pekin.
Wybranie kilku zdjęć na blogowy użytek z ponad trzech tysięcy, przyprawiło mnie o ostry ból głowy;) Zamieszczam więc kilka ciekawych i nietuzinkowych z mnóstwa tych, które mnie podobały się najbardziej.
Nie ma co kryć, zazdroszczę jej trochę, ale i cieszę się, że ma takie możliwości:)
Rok, który spędziła na uniwersytecie w duńskim Aarhus zaowocował przyjaźniami w najrozmaitszych zakątkach globu.
Fantastycznie jest mieć 25 lat, zarabiać na swoje podróże, jeździć po świecie i odwiedzać przyjaciół.
Przez ostatnie ponad trzy tygodnie lata objechała część północno-wschodnich Chin.
Była gościem na ślubie Borny (koleżanki Młodej ze studiów w Aarhus) i Iwana. Para młoda na co dzień mieszka i pracuje w Finlandii, a śluby mieli dwa. Jeden w czerwcu w Iwana rodzinnej Estonii, a drugi we wrześniu w Chinach.
Prawie cztery tygodnie wymarzonego, starannie zaplanowanego urlopu wypełnionego intensywnym zwiedzaniem, starczyło na objechanie niewielkiej części Państwa Środka, ale prócz gościny w Baotou, rodzinnym mieście Borny leżącym w Mongolii Wewnętrznej (autonomicznej części Chin), zobaczyła między innymi: Datong i jaskinie w Yungang z wykutymi w skałach posągami Buddy, których jest ponad pięćdziesiąt jeden tysięcy, Pingyao - miasto zabytek, które zachowało wygląd z czasów dynastii Ming, Taiyuan, Shijiazhuang, Zhengding, Jinan, Qufu - rodzinne miasto Konfucjusza, Tai'an ze świętą górą buddyzmu Taishan i oczywiście Pekin.
Wybranie kilku zdjęć na blogowy użytek z ponad trzech tysięcy, przyprawiło mnie o ostry ból głowy;) Zamieszczam więc kilka ciekawych i nietuzinkowych z mnóstwa tych, które mnie podobały się najbardziej.
Pekin - Świątynia Nieba
Jaskinie w Yungang
Borna z mamą:)
Dom i dolina rodziny Borny, okolice Baotou
Posągi w Qufu
Mur
Ptasie gniazdo- stadion olimpijski Pekin
Ulica w Pekinie
Panda Wielka
poniedziałek, 23 sierpnia 2010
Kaszubskie impresje
Ja zwykle tak i w tym roku prócz pływania zwiedzaliśmy, a na Kaszubach jest mnóstwo miejsc wartych zobaczenia.
Na jarmarku we Wdzydzach Kiszewskich prócz kolorowych straganów, podziwiliśmy kaszubskie tańce i przepięknie haftowane stroje, próbowaliśmy pieczonego na chrzanowych liściach chleba i wspaniałych miodów.
Z przyjemnością ponownie odwiedziliśmy skansen ze wspaniale zachowanym piecem doniczkowym w jednej z gburskich chałup i przepięknie zdobionym we wnętrzu drewnianym kościółkiem.

Na jarmarku we Wdzydzach Kiszewskich prócz kolorowych straganów, podziwiliśmy kaszubskie tańce i przepięknie haftowane stroje, próbowaliśmy pieczonego na chrzanowych liściach chleba i wspaniałych miodów.
Z przyjemnością ponownie odwiedziliśmy skansen ze wspaniale zachowanym piecem doniczkowym w jednej z gburskich chałup i przepięknie zdobionym we wnętrzu drewnianym kościółkiem.

Prawie cały dzień spędziliśmy w Szymbarku w Centrum Edukacji i Promocji Regionu gdzie, między innymi, zwiedziliśmy słynny na całą Polskę dom stojący "do góry nogami" (w którym błędnik płata figle i ledwo mogliśmy utrzymać się na nogach;)), obejrzeliśmy najdłuższą deską świata o długości 36,83 m wyciętą z daglezji i wpisaną do księgi rekordów Guinnessa w roku 2002, a także oryginalny dom Sybiraków przywieziony spod Irkucka.
Zainteresowanym polecam stronę centrum www.cepr.pl
Weszliśmy na wieżę widokową na Wieżycy, byliśmy wśród menhirów ułożonych w kamienne kręgi w Odrach i Węsiorach, w Chmielnie u Neclów, pięknych Ostrzycach nad kaszubskim naszyjnikiem jezior, w Owśnicy widzieliśmy kamień, w którym został zamknięty krzyżem diabeł, jeździliśmy słynną krętą kaszubską drogą, podziwialiśmy niezwykłe krajobrazy Szwajcarii Kaszubskiej,



Weszliśmy na wieżę widokową na Wieżycy, byliśmy wśród menhirów ułożonych w kamienne kręgi w Odrach i Węsiorach, w Chmielnie u Neclów, pięknych Ostrzycach nad kaszubskim naszyjnikiem jezior, w Owśnicy widzieliśmy kamień, w którym został zamknięty krzyżem diabeł, jeździliśmy słynną krętą kaszubską drogą, podziwialiśmy niezwykłe krajobrazy Szwajcarii Kaszubskiej,
ale z największą przyjemnością ze wszystkich wycieczek wracaliśmy nad jeziora:)
Znowu w czasie urlopu zrobiłam ponad tysiąc zdjęć. Wybranie kilku na blogowy użytek to spore wyzwanie;)
Na pewno pośród kapryśnikowego kapryszenia znajdę jeszcze miejsce na wspominki z tegorocznego urlopu, na pewno napiszę o wizycie w żywym Muzeum Ceramiki u Neclów, zamieszczę jeszcze kilka spływowych widoczków, ale jak na jeden post to i tak za dużo obrazków;)
Mam nadzieję,że udało mi się choć w części pokazać moje zauroczenie Kaszubami.
Może warto kiedyś nie przejechać ostatnich siedemdziesięciu kilometrów w drodze nad zatłoczone ponad miarę morze i spędzić kilka dni wśród kaszubskich lasów i jezior?
Zachęcam, choć nie nalegam. W końcu bardzo lubię jak jest pusto;)))
niedziela, 4 lipca 2010
Bobe Majse
Lubię czytać.
Ta prosta umiejętność sprawia mi sporo przyjemności i określa rozkład wolnego czasu.
Nie umiem zasnąć bez przeczytania chociaż kilku kartek lub zdań. Czytam w łóżku, łazience, przy jedzeniu (a fe ;)), w fotelu, na leżaku , na działce, na urlopie, na łódce, na trawie, pod namiotem i przed monitorem. Ostatnio blog Bobe Majse.
Czytając kolejne wpisy Oli odkrywam dla siebie nieznane judaika. Kultura żydowska zawsze mnie ciekawiła i intrygowała.
Z jednej strony dość hermetyczna, pełna odmiennych zwyczajów i świąt, z własnym językiem i kalendarzem, z drugiej bliska , wręcz sąsiedzka, nierozerwalnie złączona z rodzinnymi wspomnieniami wspólnego życia w przedwojennej Warszawie.
Tata opowiadał mi jak z okazji świąt babcia zamawiała u znajomej z Nalewek karpia po żydowsku. Wiele razy też sama próbowała przyrządzić rybę w podobny sposób. Przy okazji kolejnego zamówienia zapytała Pani Zukermanowej o sekret przepisu. W odpowiedzi usłyszała: " Uś, uś Pani Witkowska, żaden sekret ! To tylko te głupie pięć tysięcy lat kultury"
Trudno zaprzeczyć:)))
Podróżując po Polsce, czy nawet w drodze na działkę mijamy charakterystyczną dla żydowskich miasteczek zabudowę rynku, takiego jak w Żelechowie w powiecie garwolińskim, czy typowe drewniane domki zwrócone frontem do głównej drogi prowadzącej przez Parysów, dziś małej wsi pod Garwolinem, a do II wojny światowej siedziby rabinów, potomków cadyka z Żelechowa.
Piekło holokaustu tragicznie zmieniło losy milionów ludzi, pozbawiło też polskie miasta i miasteczka kulturowej różnorodności.
Zdecydowanie warto sięgać do historii, wspomnień i przybliżać kolejnym pokoleniom ciekawą i różnorodną kulturę narodu żydowskiego.
Stojąc w Warszawie na skrzyżowaniu Al. Jana Pawła II i ul. Mordechaja Anielewicza, czy też przytaczając w rozmowach zabawne szmoncesy, łatwo możemy zauważyć jak wiele zostało wokół nas śladów dawnego wspólnego życia.
Dziękuję Bobe Majse za pasję i szalenie ciekawe blogowe teksty.
Ta prosta umiejętność sprawia mi sporo przyjemności i określa rozkład wolnego czasu.
Nie umiem zasnąć bez przeczytania chociaż kilku kartek lub zdań. Czytam w łóżku, łazience, przy jedzeniu (a fe ;)), w fotelu, na leżaku , na działce, na urlopie, na łódce, na trawie, pod namiotem i przed monitorem. Ostatnio blog Bobe Majse.
Czytając kolejne wpisy Oli odkrywam dla siebie nieznane judaika. Kultura żydowska zawsze mnie ciekawiła i intrygowała.
Z jednej strony dość hermetyczna, pełna odmiennych zwyczajów i świąt, z własnym językiem i kalendarzem, z drugiej bliska , wręcz sąsiedzka, nierozerwalnie złączona z rodzinnymi wspomnieniami wspólnego życia w przedwojennej Warszawie.
Tata opowiadał mi jak z okazji świąt babcia zamawiała u znajomej z Nalewek karpia po żydowsku. Wiele razy też sama próbowała przyrządzić rybę w podobny sposób. Przy okazji kolejnego zamówienia zapytała Pani Zukermanowej o sekret przepisu. W odpowiedzi usłyszała: " Uś, uś Pani Witkowska, żaden sekret ! To tylko te głupie pięć tysięcy lat kultury"
Trudno zaprzeczyć:)))
Podróżując po Polsce, czy nawet w drodze na działkę mijamy charakterystyczną dla żydowskich miasteczek zabudowę rynku, takiego jak w Żelechowie w powiecie garwolińskim, czy typowe drewniane domki zwrócone frontem do głównej drogi prowadzącej przez Parysów, dziś małej wsi pod Garwolinem, a do II wojny światowej siedziby rabinów, potomków cadyka z Żelechowa.
Piekło holokaustu tragicznie zmieniło losy milionów ludzi, pozbawiło też polskie miasta i miasteczka kulturowej różnorodności.
Zdecydowanie warto sięgać do historii, wspomnień i przybliżać kolejnym pokoleniom ciekawą i różnorodną kulturę narodu żydowskiego.
Stojąc w Warszawie na skrzyżowaniu Al. Jana Pawła II i ul. Mordechaja Anielewicza, czy też przytaczając w rozmowach zabawne szmoncesy, łatwo możemy zauważyć jak wiele zostało wokół nas śladów dawnego wspólnego życia.
Dziękuję Bobe Majse za pasję i szalenie ciekawe blogowe teksty.
*Jeden z obrazów z muzeum w Tykocinie autorstwa Andrzeja Rzepkowskiego
poniedziałek, 10 maja 2010
Dziesiątka
Do zabawy zaprosiła mnie Aga z "robię, bo lubię".
To sympatyczna i niby całkiem prosta zabawa. Wybieramy dziesiąte w kolejności z najstarszych zdjęć, które mamy w komputerze, publikujemy i opisujemy jego historię.
Problem z zadaniem będzie miał tylko taki bałaganiarz jak ja, który zdjęcia ma porozrzucane w trzech komputerach, z czego jeden jest domowym stacjonarnym staruszkiem, który ledwo dyszy, drugi jest nowym laptopem, w którym są same nowe zdjęcia, a trzeci jest pracowym kombajnem z małym wydzielonym prywatnym fragmentem dysku. Do tego dochodzi jeszcze szuflada płyt CD, ale płyt już w to mieszać nie będę. Na służbowym trzeba raczej pracować, a nie bawić się zdjęciami, ale zostałam sobie trochę po godzinach, pogrzebałam i proszę oto co znalazłam:

To sympatyczna i niby całkiem prosta zabawa. Wybieramy dziesiąte w kolejności z najstarszych zdjęć, które mamy w komputerze, publikujemy i opisujemy jego historię.
Problem z zadaniem będzie miał tylko taki bałaganiarz jak ja, który zdjęcia ma porozrzucane w trzech komputerach, z czego jeden jest domowym stacjonarnym staruszkiem, który ledwo dyszy, drugi jest nowym laptopem, w którym są same nowe zdjęcia, a trzeci jest pracowym kombajnem z małym wydzielonym prywatnym fragmentem dysku. Do tego dochodzi jeszcze szuflada płyt CD, ale płyt już w to mieszać nie będę. Na służbowym trzeba raczej pracować, a nie bawić się zdjęciami, ale zostałam sobie trochę po godzinach, pogrzebałam i proszę oto co znalazłam:
To wiadukty kolejowe w Stańczykach. Najwyższe w Polsce, konstrukcją przypominają rzymskie akwedukty i są jedną z atrakcji turystycznych Suwalszczyzny. Do roku 1945 prowadził tędy szlak kolejowy łączący Gołdap z litewskimi Żytkiejmami. Jeszcze kilka lat temu można było skoczyć z nich na bungee, teraz jest to zakazane. Na zdjęciu prócz wiaduktów kawałek Młodej w krzaczkach szykującej się do kolejnego ujęcia.
Pomysł z grzebaniem w starych zdjęciach jest fajny i kusiło mnie,żeby jeszcze sprawdzić domowego staruszka. Sama byłam ciekawa co tam znajdę;) Uzbrojona w anielską cierpliwość, bo powolność i oporność tego elektronicznego złomu jest niewyobrażalna, po dłuższej walce stwierdziłam, że brak mi najstarszych zdjęć, a lwia część tego co znalazłam jest Młodej.
W związku z powyższym postanowiłam zamieścić jako drugie zdjęcie nr 10 ;))) dziesiąty z najstarszych skanów.
To prehistoryczne zdjęcie szanownego mojego mężusia z kolegą, z okresu burzy i naporu, czyli jak mieli coś koło szesnastu lub siedemnastu lat. Woodstock, hipisi, pacyfy, te rzeczy.
Zdjęcie nie jest autoryzowane, obiekt nie został zapytany o zgodę na publikację, jako żywo ryzykuję gorzkie wyrzuty lub awanturę, ale czego się nie robi dla blogowych zabaw;)))
A teraz do zabawy zapraszam:
Ori z Pełni lata w domu Tymianka, Anię z cynamonowo-jaśminowo, Joasię szukającą inspiracji, Agę z Kapryśnych inspiracji, Kind z Rzecz gustu, Edinę z Leśnego zakątka.
Ha, teraz czas na Wasze wspominki:)))
W związku z powyższym postanowiłam zamieścić jako drugie zdjęcie nr 10 ;))) dziesiąty z najstarszych skanów.
To prehistoryczne zdjęcie szanownego mojego mężusia z kolegą, z okresu burzy i naporu, czyli jak mieli coś koło szesnastu lub siedemnastu lat. Woodstock, hipisi, pacyfy, te rzeczy.
Zdjęcie nie jest autoryzowane, obiekt nie został zapytany o zgodę na publikację, jako żywo ryzykuję gorzkie wyrzuty lub awanturę, ale czego się nie robi dla blogowych zabaw;)))
A teraz do zabawy zapraszam:
Ori z Pełni lata w domu Tymianka, Anię z cynamonowo-jaśminowo, Joasię szukającą inspiracji, Agę z Kapryśnych inspiracji, Kind z Rzecz gustu, Edinę z Leśnego zakątka.
Ha, teraz czas na Wasze wspominki:)))
środa, 21 kwietnia 2010
Łucznica, część IV, czyli mongolski dywan
Najstarsze znane wyroby z filcu datowane są na około 500 lat przed naszą erą. Odkryto je na scytyjskich cmentarzyskach w Pazyryku na Syberii. W Azji środkowej od wieków z tradycyjnie wyrabianego filcu robi się jurty, dywany i ciepłą odzież. Technologia jego powstawania jest od setek lat niezmienna.
Owieczki wprowadza się do rzeki i myje, następnie strzyże i uzyskane runo rozkłada na płachtach materiału. Potem uderza się je kijami, aby usunąć resztki roślin i nieczystości. Oczyszczone i spulchnione runo rozkłada się naprzemiennie warstwami, skrapia gorącą wodą z mydłem i zwija w wałki, które ugniata się i depcze na wszelkie sposoby przez wiele godzin, zmieniając wielokrotnie kierunki zwojów. Po dniu pracy powstaje np. dywan.
Zrobiliśmy taki:)))
Mongolski dywan był naszą wspólną pracą na zakończenie kursu i napawa nas dumą, chociaż technologia nieco różniła się nam od mongolskiej;)
Nie mieliśmy owieczek i rzeki, żeby je umyć. Nie mieliśmy też koni do pomocy.
Mieliśmy za to ogromny worek baranich kłaków, leżący w jednej z łucznickich pracowni w kącie pod stołem od kilku lat, omijany szerokim łukiem przez kolejne kursy;) Kłaki po wyjęciu z worka wyglądały tak:
Brudne, zbite baranie loki miały dużą zawartość lanoliny, tak twierdziła Annemarie, choć ja widziałam w nich raczej sporą ilość owczych bobków, artystyczna dusza Annemarie kazała jej twierdzić, że jeśli nawet, to będzie się lepiej filcowało i nic nie szkodzi, bo mongolskie owce w rzece na pewno też są niedomyte, a proces będzie zachodził naturalnie i ekologicznie. Faktycznie potem zachodził;) Widząc na co się porywamy, desperacko zdecydowaliśmy się na babranie w "lanolinie" pełni wiary we własne siły i cud filcowania, który pozwala stworzyć COŚ z kupy starych śmierdzących kłaków;)))
Tak oto przebiegał nasz historyczno-ekologiczny proces twórczy:Rozłożone na płachtach kłaki okładalismy kijami. O dziwo, pomagało i po dłuższym czasie zaczynały przypominać runo nadające się do filcowania. Na przygotowanych wcześniej stołach rozłożyliśmy bawełnianą płachtę. Do niej przymocowaliśmy folię bąbelkową (trochę nowoczesności koniecznej z braku koni do deptania wałka filcu;) ), na której odrysowaliśmy kształt przyszłego dywanu



i zaczęliśmy dachówkowato układać pierwszą warstwę runa.
Potem kolejne, wszystkie spryskując gorącą wodą z szarym mydłem,
Po ułożeniu i spryskaniu czwartej warstwy przykryliśmy ułożone runo jutowymi workami, solidnie je wyklepaliśmy i zwinęliśmy w ciasny rulon, który Małgosia postanowiła nowatorsko ubijać szczapami drewna. Annemarie natychmiast zaprotestowała i musieliśmy zgodnie z prastarą procedurą wszyscy na zmianę okładać rulon ramionami nieco się przy tym babrząc. Właściwie nie nieco, ale nawet bardzo :)))

Potem było ugniatanie nogami


i kolejne zwijania, rozwijania i ugniatania poprzedzone jednak wstępnym wypraniem lekko ufilcowanego już dywanu, bo nie szło wytrzymać ani zapachu, ani widoku wyciekającej z rulonu, pardon, gnojówki, jak i latających wokół nas rojów muszek...
Przed ostatnim zwinięciem, mydlenie i wygładzanie
a to już dywan prawie gotowy
jeszcze jedno pranie i już suszenie :)
To już efekt naszej pracy. Piękny, nie piękny, ale ufilcowany, tradycyjny i po gruntownym wyschnięciu będzie leżał na którejś podłodze w łucznickim dworku do wglądu :)))
To już efekt naszej pracy. Piękny, nie piękny, ale ufilcowany, tradycyjny i po gruntownym wyschnięciu będzie leżał na którejś podłodze w łucznickim dworku do wglądu :)))
Jutro posta nie będzie, ponieważ z pewnością macie dosyć mojej upiornej aktywności, ja chwilowo również mam dosyć, ale po przewie oczywiście będą kolejne posty o Łucznicy oczywiście, choćby nikt nie chciał już ich czytać.
Trudno ;)))
Zdjęcia w poście są autorstwa Darii, Sławka i mojego.
Zdjęcia w poście są autorstwa Darii, Sławka i mojego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






