niedziela, 22 kwietnia 2012

Cisza o ciszy, spływ Świdrem i wiosenne życzenia.

Przepraszam, że przemilczę milczenie.
Zamiast napisać za wiele, lepiej nie pisać nic. 
Najważniejsze, że wiosenna burza przyniosła ożywczy, ulewny deszcz, który spłukał brudy. W promieniach wiosennego słońca, maj nabierze rumieńców, zazieleni liście i rozkwitnie kwiatami. Wyschną kałuże i łzy, wróci spokój i radość życia. Dobrze jest czasem solidnie posprzątać, również w rzece. Sprzątnęliśmy więc Świder:)
14-go kwietnia TKKF Szczęśliwice i PTTK Mazowsze pod patronatem Burmistrza Józefowa organizowały IX ekologiczny spływ Świdrem. Sprzątaliśmy razem:) Tutaj harmonogram spływu i zdjęcia ze strony TKKF Szczęśliwice, a poniżej kilka naszych ujęć:
 
I chociaż rano straszył deszcz i chłód, szybko zrobiło się pogodnie i ciepło. Po prawie dwuletniej przerwie bardzo było przyjemnie znowu płynąć kajakiem i dać się zaskoczyć Świdrowi, który wcale nie jest spokojną i łatwiutką rzeczką. Ku naszemu zaskoczeniu, pod jednym z mostów ćwiczyli nawet górscy kajakarze w sportowych jedynkach.
I jeszcze niespodzianka, spotkałam koleżankę z harcerstwa, z którą nie widziałyśmy się ponad trzydzieści lat. I poznałyśmy się. Sukces ;)
A to już efekt naszego spływu. O tyle śmieci w Świdrze pływa mniej:)
Skoro solidnie pomachaliśmy wiosłami, to po powrocie ze spływu należała nam się solidna porcja kalorii. Tego dnia, porcja luksusowa, bo spływem i królewską kolacją uczciliśmy jedno święto i pewien koniec :)
A gdzie? Oczywiście w naszym ulubionym i niepowtarzalnym Oregano.
Przed Wielkanocą od przesympatycznej bloggerki, która pisząc mruga "Lewym okiem", dostałam śliczną wełnianą czesankę (pokażę innym razem, być może już jako wyrób), a od wielu z Was życzenia i serdeczności.
Za wszystkie bardzo dziękuję i równocześnie przepraszam za swoje milczenie. A z okazji odkurzenia kapryśnika i zmierzającego do nas wielkimi krokami maja, wszystkim blogowym sympatiom składam życzenia pięknej, ciepłej, słonecznej, radosnej i nareszcie prawdziwej WIOSNY !!!

niedziela, 25 marca 2012

Most i kiełbasa na wiosnę.

To co łączy zawsze jest dla mnie najważniejsze.
Dotyczy to relacji miedzy ludźmi, zainteresowań, działań, a także miejsc. Od wczoraj warszawską Białołękę i Bielany łączy nowy most. Opóźniony o sześć lat, nie najpiękniejszy, bez ścieżek rowerowych (ktoś widział ?, bo ja nie), z tramwajem, którego nie ma, a jak będzie, to kursujący tyłem do przodu, czyli wahadłowo (?!!!), z zakorkowanymi już w niedzielę zjazdami, ale jest.
W sobotę rano jeździło się po nim świetnie, ponieważ był udostępniony jedynie dla pieszych i rowerzystów. Były baloniki, uroczyste otwarcie, a wieczorem pokaz fajerwerków.
Na pamiątkę zrobiłam zdjęcia, bo więcej na Most Północny, albo jak kto woli, imienia bogu ducha winnej Marii Skłodowskiej - Curie, rowerem nie wjadę, ponieważ:
a) nie ma którędy - trzeba taszczyć rower po wąskich wysokich schodkach wzdłuż nasypu
b) nie jestem taka odważna, żeby lawirować pomiędzy samochodami.
Jadąc południową jezdnią od strony Bielan w miejscu połączenia wjazdów i drogi głównej rowerzysta nagle znajduje się  w samym środku ruchliwej pięciopasmówki.
Reasumując miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle.
Zwiedzających most przybywało z każdą chwilą, szybko zaczęło robić się tłoczno, 
więc prosto z mostu, korzystając z pięknej pogody zjechaliśmy nad Wisłę rozpalić pierwsze w tym roku wiosenne ognisko i zjeść upieczone w nim kiełbaski z patyka. 
Tak właśnie miło i rekreacyjnie minęła nam sobota i chociaż za dwa tygodnie święta, jajek nie obklejałam, porządków nie robiłam (i robić nie zamierzam), nie biegałam  po sklepach, nie pichciłam (na obiad alternatywny kiełbasa wystarczy;), a niedzielę poświęciłam dalszemu odpoczynkowi, bo od tego są niedziele, tym bardziej, że ktoś w tak zwanym międzyczasie, znowu ukradł godzinę z i tak za krótkiej doby.
Jednak żeby nie było już tak zupełnie na leniucha, złożyłam ceramiczny naszyjnik z nowych i starych koralików.
Z dawnego wypału szkliwo słonecznik, z nowego lawenda. Taki:
I tak kolorowo żegnam się z Wami życząc miłego tygodnia oraz wielu nowych udanych połączeń:)

poniedziałek, 12 marca 2012

Przedwiośnie.

Przedwiośnie to nie jest pora roku ulubiona przez kaprysie.
W skali od jednego do dziesięciu wskaźniki wydolności kształtują się u mnie następująco: samopoczucie trzy, ze wskazaniem na dwa, zapał do pracy jeden, optymistyczne spojrzenie w przyszłość dwa, aktywność fizyczna trzy, agresywność siedem, chęć leżenia z kołdrą na głowie dziewięć. 
Do tego wiosenne przesilenie, za chwilę ukradziona godzina z dnia, magnetyczne burze na słońcu, burze hormonalne we wnętrzu i w efekcie z ulubionych dłubanek chęć pozostała mi tylko do serwetek i kleju.
Decoupage to zajęcie bardzo mało wysiłkowe i dające cudowną możliwość nie myślenia o niczym, prócz zastanowienia się, w którym miejscu przykleić kolejny kawałek papierka. 
I tak klejąc relaksacyjnie jedne z korali zrobiłam na ludowo,
a drugie na różano;)
W weekend na manifę nie poszłam, dla zaproszonych gości zrobiłam kanapeczki, może i pracochłonne, ale mając je już gotowe ze znajomymi siedziałam i rozmawiałam przy stole jak człowiek, a nie kursowałam kłusem między kuchnią i pokojem.
A w konkursie Eurowizji, wzorem Casablanki zagłosuję mało patriotycznie na Buranowskie Babuszki z bratniej Rasiji, bo mi ludowe klimaty pasują, a i do grupy wiekowej zespołu już się łapię:)))

I mimo nieuchronnie zbliżającej się wiosny, tym optymistycznie ludowym akcentem żegnam się z Wami do następnego razu:)

poniedziałek, 5 marca 2012

Poranna rozmowa z Mrautak oraz jaskry chińskie w wersji decoupage i filcowej.

Poranna rozmowa z Mrautak

Przyszła i zamruczała: 
"Nie chcę żebyś mnie zostawiała.
W domu jest pusto i nudno,
a smutne koty chudną"

"Ale ja muszę pracować,
żebym ci mogła kupować
chrupki z indyka, zabawki
i wyciąg z kociej trawki"

"A ja bym właśnie wolała,
żebyś mi mięsko dawała.
Takie soczyste, surowe,
co z tego, że dla mnie niezdrowe?

Lub myszkę przynieś mi żywą,
szarą, tłuściutką, prawdziwą,
a jeszcze lepiej wróbelka,
takiego co lata i ćwierka."

Tak długo i mądrze mruczała
i prawie mnie przekonała,
że myszka lub mały wróbelek,
to koci są przyjaciele.

"Mrautusiu! To niedorzeczne,
tak bawią się koty niegrzeczne,
a szanse na przyjaźń z wróbelkiem
u kotów są raczej niewielkie."

Na to grzbiet wyprężyła,
 na ziemię z fotela skoczyła
i poszła spać na kanapie
liżąc się przedtem po łapie.

Po takim porannym mruczeniu
do pracy się snułam w milczeniu.
Najciężej jest wtedy na duszy,
jak człowiek nie chce, a musi.

Tak to już jest, że kocie mruczenie samo się rymuje, a Mrautak nie lubi kiedy wychodzę rano do pracy, tak samo jak ja nie lubię jej zostawiać samej;)
A tymczasem słońce razi w oczy, koty marudzą, wiosna u bram. 
Na jej spotkanie żółto-pomarańczowe korale w słoneczne i pełne (czyli chińskie) jaskry.



A że ciągle zimno, to jeszcze jaskier filcowy. Ciepły, bo wełniany, ale już wiosenny i ładnie wyjaśniający pochodzenie słowa jaskrawy:)



Obie z Mrautak poprosimy już ciepłą, zieloną wiosnę z prawdziwymi jaskrami i urlop. A to jeszcze bardzo daleko niestety. Teraz w wolnej chwili może zrobimy korale w maki, albo w róże, lub coś równie wiosennego, a na razie w koszyku na balkonie zamiast kwiatków kwitnie w słońcu kot:)




sobota, 25 lutego 2012

Poprawka i wprawka.

Poprawiłam dred. Pozbawiłam go falbanki i kulki, dołożyłam trochę elementów i jest trochę mniej starobabski.
Miło się nosi, ponieważ czesanka, z której go filcowałam jest wyjątkowo miękka i niegryząca.
To było zrobić łatwo. Potem wzięłam się za sutasz, żeby nie było, że nie próbowałam.
Trudno robi się coś do czego nie ma się:
1. przekonania
2. trzeba to szyć, szycia szczerze nie cierpiąc
3. mając taką tasiemkę , kamień, czyli kaboszon (o matko co za nazwa!) i pozostałe elementy jakie się ma.
Zupełnie nie miałam ochoty na inwestowanie w różnokolorowe tasiemki, specjalistyczne nici, igły, kaboszony;) i tym podobne. Ograniczyłam się do pasiastego krzemienia z dna szuflady, paru perełek, czarnych i agatowych kuleczek oraz czarnej tasiemki dostępnej od ręki w mojej pasmanterii na bazarku, w cenie jeden złoty za jeden metr. Dziubałam z uporem wartym lepszej sprawy cały piątkowy wieczór, wyszło co wyszło.
Za jednym zamachem sutasz i dyndające;)
Dziubiąc zerkałam do ściągawki, dzięki czemu jakoś sobie poradziłam.
Nawet najpiękniejsze sutaszowe prace, oglądane w internecie, też mnie nie kuszą. Sutasz to nie jest coś, co kaprysie lubią najbardziej;)
Pewnie jeszcze zrobię tą techniką broszkę, ale ponieważ robię to wyłącznie dla Młodej, to następna sutaszowa męka czeka mnie po dostarczeniu przez nią kamienia, który będę "obsutaszać" według życzenia;)
Dla relaksu kolejny filcowy kwiat broszka. Tym razem w spokojnych beżach.
I w ostatni lutowy weekend w temacie rękodzieła, to by było na tyle;)

niedziela, 19 lutego 2012

Starobabski filc.

I tak oto śnieg zamienił się w deszcz. Nadal jest parszywie i zimno, ale to jest widoczny postęp ku ociepleniu. A skoro tak, to wełna będzie powoli wracać do szuflad i przeproszę się z wyklejankami, albo ceramiką.
Na pożegnanie z filcem będzie jeszcze broszka lub kilka, dred lub dwa, klipsy i coś na sucho, może w końcu szal, ale coraz tęskniej patrzę w kierunku pudeł z serwetkami i klejem, czy nową paczką gliny.
Na razie duża broszka w różowych szarościach (ślubny powiedział, że przypomina ukwiał, nie kwiat),
I szary dred ze zdobieniem skrytykowanym przez Młodą na całej linii.
Bo ucudowane, naćkane, starobabskie (a niby jakie ma być, skoro ja robię;) i bez sensu, a przypomina macicę i to nie koniecznie perłową ;( 
Pokazuję zanim odczepię zdobienia i przerobię na prosty dred z perełkami lub nieperełkami, bo już go w takiej formie nie założę, o nie. Nic mnie tak nie dołuje jak konstruktywna krytyka, a najgorzej, że słuszna.
"A w ogóle to broszkę byś zrobiła jakąś małą, bo takie wielkie, to głupio wyglądają i nie ma jak nosić, albo coś dyndające zrób. A może nauczyłabyś się sutaszu, to takie fajne..."
I co ja poradzę skoro sutasz do mnie nie przemawia? Widziałam na blogach (Dysiaczek pokazała piękną dostaną bransoletkę) i na koleżance (bardzo zdolnej Małgosi, która wkręciła mnie w filc i wyciągnęła do Łucznicy, a teraz już oczywiście "sutaszy":) dosłownie kilka prac, które mi się podobały, ale sutasz to szycie, a kaprysie szyć bardzo nie lubią;)
Słyszę szum i zdecydowane psssssss. To deszcz za oknem i  ulatujące właśnie ze mnie resztki ochoty i filcowej weny. Idę pogrzebać w pudłach z serwetkami.
A na koniec notowania wagowe: + 1,5 kg. Porażka na całej linii (cholerne pączki i takie tam inne), a do tego jutro poniedziałek, pfuj.



piątek, 17 lutego 2012

Kota cień, kota dzień, kotu humor zmień.

W słoneczny dzień na drapaku przy oknie za zasłonką jest najprzyjemniej. Mrautak jest schowana, ma ciepło i dobry widok na ptaszki za oknem.
A od strony pokoju widzimy wtedy kota cień:)
A to kot z drugiej strony cienia;)
W dniu kota Mrautak chętnie zażywałaby kąpieli słonecznych, a tu pochmurno, śnieg, wiatr, chlapa, dwunogi w pracy, zamiast na urlopie, miseczka jak zwykle z codziennym suchym i co ???
To tak: dwunogi wrócą szybciutko do domu, przyniosą nowe pudełko, albo dwa. Najlepiej z dziurkami do wchodzenia i wychodzenia, kupią nową futrzaną myszkę, jakieś cudowne smakołyki, a potem będą się z kotem bawić, zaproszą jej jakiś gości, bo Mrautak bardzo lubi nowych dwunogów, którzy się nią zachwycają i też się z nią bawią, potem będą głaskać i drapać przy uszkach, pozwolą spać na stole, albo najlepiej w szafie na sweterkach, nawet czarnych, a później je sobie odkłaczą i nie będą margać. Czyli ustalone:)
A jak już Mrautak będzie spała snem zmęczonego i szczęśliwego kota, to jeden dwunóg będzie mógł sobie czytać książkę, albo oglądać film, a drugi wyjąć te swoje wełniane kłaczki i gnieść je sobie z wodą i mydłem, albo kłuć igłami. 
Ładne i miłe do rwania kłaczki przerabia na takie coś:
*

Doprawdy zupełnie dziwaczne zajęcie, miauuu:)

*Dred w kolorystyce i zdobieniach identyczny z pomysłem Inkwizycji. Haniebny plagiat usprawiedliwiony tylko zapatrzeniem i podobactwem niezwykłym oraz i przede wszystkim, czułą zgodą Inkwizycji na tenże, inaczej na pewno bym się nie ośmieliła. Z kim, jak z kim, ale z Inkwizycją to ja zadzierać nie zamierzam. Nawet z czułą;)