poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Suszone pomidory, trochę glinianych ulepek i akcent pesymistyczny.

Sezon pomidorowy w pełni. Na straganach wybór i różnorodność. Bawole serca, malinowe, podłużne, okrągłe, duże i małe. Uwielbiam:)
Zeszłej jesieni, już z ostatnich małych gruntowych podłużnych pomidorków, zrobiłam na próbę dwa słoiczki.
Przepis Oli Smile znalazłam, przypadkowo błąkając się w sieci, na stronie www.smakimprezy.pl  
Robiłam je bez przekonania, a gotowe dałam Młodym do wypróbowania, bo często pitraszą coś włoskiego. A tu telefon: "Mamo, cudo!" 
Skoro tak, to w tym roku też robię. Dużo:)
Przepis Oli zmodyfikowałam bardzo niewiele.
Do każdego słoika dodaję świeży czosnek, bo lubimy, a o skórce cytrynowej zapomniałam i rok temu, i teraz, więc nie dodaję, a ocet stosuję winny, ponieważ jest delikatniejszy w smaku.
Do 3 kg pomidorów zużywam około 10 ząbków czosnku, litr dobrego oleju z dodatkiem oliwy, trochę soli i po garści suszonej bazylii, oregano i tymianku, 3-4 łyżki octu winnego.
Z takiej ilości wychodzi pięć dżemowych słoików.
Pomidory kroję na połówki, a większe na ćwiartki. Łyżeczką wybieram gniazda nasienne (robię z nich przecier do zupy pomidorowej).
Wydrążone połówki i ćwiartki układam ciasno na blasze wyłożonej pergaminem,
lekko solę i suszę w piekarniku z termoobiegiem w temp. około 70 - 90 st. C przy lekko uchylonych drzwiczkach 3 - 4 godziny. 
Po suszeniu wyglądają tak:
Nie suszę ich na wiórek, powinny być dobrze podsuszone, ale miękkie.
Wysuszone pomidory mieszam w dużej misce z ziołami i octem, układam ciasno w słoikach do 3/5 wysokości (zalane olejem bardzo zwiększają objętość). Podgrzewam olej i prawie wrzącym zalewam pomidory. Zakręcam słoiki i odstawiam do góry denkiem do wystygnięcia. Wekują się same.
Rzeczywiście są o wiele smaczniejsze od tych kupowanych w sklepie.
Wspaniałe do makaronów, pizzy, a najlepsze prosto ze słoika na chrupiącej bagietce. Mniam :)
A jak nie robię pomidorów, to robię gruszki - przepis tu, a jak nie zajmuję się przetwarzaniem, to w wolnych chwilach lepię gliniane różności,
albo siedzę przed laptopem i stukam w klawiaturę, albo czytam, albo mrautaczę się z kotem, a góra prasowania czeka na zmiłowanie i inne takie też, buuu...
Najbardziej w dobrej organizacji dnia przeszkadza mi praca, bo do domu przychodzę zmęczona. Kto to słyszał, żeby się w pracy męczyć? Skandal doprawdy;)
Ale niestety bez pracy nie ma kołaczy, co ilustruje plakat wypatrzony przez Młodą na Tajwanie:
I tym pesymistycznym akcentem żegnam się z Wami do następnego razu:) 

czwartek, 25 sierpnia 2011

Dactylopius coccus - reaktywacja i senne fotomrautaki.

Z bloggerem nie żyjemy najlepiej. Jak nie muszę, to mu w opcjach i możliwościach najróżniejszych bez potrzeby nie grzebię.
Ale znowu pada, Mrautak bardzo miło towarzyszy mi na tyłach laptopa, a czort jakiś podszepnął, żeby zajrzeć do statystyk.
A tam zobaczyłam, że najczęściej czytanym i otwieranym moim postem jest Dactylopius coccus, czyli post zawierający treści drastyczne.
Skoro tyle osób ciągle go czyta, to i ja też postanowiłam tam zajrzeć. A tu niespodzianka: zamieszczone w tekście aktywne linki do Kubusiów nie przekierowują już na stronę producenta. Strona w dawnej formie przestała istnieć. Na nowej ślicznej stronie Tymbarku próżno będziecie szukać składu soków, są tam teraz umieszczone jedynie informacje o ich wartości odżywczej, zniknął też z oferty sok pomarańczowy z dodatkiem czerwonych pomarańczy z Sycylii;)*
Za to na stronie z Kubusiami sok z truskawkami jest, ale składu też nie ma. Żadnego;))) 
Ciekawa sprawa:) Doprawdy intrygująca;) 
Ja powyższe fakty zostawiam bez komentarza, ponieważ każdy może zdecydować sam, co kupuje i od którego producenta. 
Jak wspominałam moje pożycie z bloggerem i tak już nie układa się najlepiej, niby w spiskową teorię dziejów nie wierzę, ale przyzwyczaiłam się do pisania, zaprzyjaźniłam z niejedną wirtualną duszą i wolałabym, żeby mi się blog jakoś psiejsko-czarodziesko nie wykrzaczył;))
Dla ścisłości przekazu w tekście posta o robakach w soku zamieściłam postscriptum, a ponieważ znowu leje jak z cebra, na wycieczkę poznawczą do sklepu, z dużym wyborem różnych kolorowych soków, wybiorę się może jutro, bo bardzo jestem ciekawa, co takiego teraz znajduje się w informacjach na opakowaniach:) 
W taką pogodę, jak dziś, zamiast chodzić po sklepach i śledzić koszenilę, lepiej wcześnie iść spać. Jak Mrautak:)
Dla wszystkich  zaglądających kilka sennych fotomrautaków:


Dobranoc:)
* sok pomarańczowy z dodatkiem czerwonych pomarańczy czarodziejsko się pojawił, ale składu nie ma nadal;))) 21.02.2012r.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Portofino

" Jest długie lato w Portofino
i dużo gości z wszystkich stron,
i strumieniami płynie wino
tu w Portofino przez całą noc..."
Agnieszka Osiecka
Znowu Osiecka i znowu korale. Powtarzam się, ale nic na to nie poradzę:)
Do tego melodia "chodzi za mną" uparcie:
Szkliwa używane w ceramice to zwykle wodne zawiesiny różnych związków chemicznych. Tlenki i inne związki metali, podczas wypału, w wysokich temperaturach pokrywają glinę różnokolorową powłoką. Producenci fabrycznych szkliw prócz oznaczeń cyfrowych i literowych nadają im również nazwy.
Dziś przedstawiam Wam niebieskie portofino FE 5104. 
Do ceramiki dodałam muszle. Miało być samo niebieskie, ale do morza muszelki pasują, jak ten naszyjnik do Młodej:) 
Zresztą duża środkowa muszla przyjechała z nią z któregoś z odległych krajów i właśnie doczekała się swojego naszyjnika:)
A na zdjęciu poniżej prawdziwe Portofino, ach..
zdjęcie znalezione w sieci

sobota, 20 sierpnia 2011

Dlaczego chińskie matki są lepsze, czyli "Bojowa pieśń tygrysicy" Amy Chua i trochę nowych ceramicznych koralików.

Książka Amy Chua "Bojowa pieśń tygrysicy" wywołała w USA lawinę kontrowersji.
To, według recenzji Zuzanny Ziomeckiej, absolutnie rewelacyjna krytyka współczesnego modelu wychowania przez zachuchanie.
Dając mi ją do przeczytania Młoda uśmiechnęła się i stwierdziła:
"Przeczytaj, bo świetnie napisana, ale pewnie Cię w niej nic specjalnie nie zaskoczy, bo przecież byłaś dla mnie "chińską matką", nie ortodoksyjną, ale chińską:)"
W recenzji książki "Dalily Telegraph" napisał:
" Jeśli myślisz, że jesteś wymagający dla swojego dziecka "Bojowa pieśń tygrysicy" wyprowadzi Cię z błędu... Rodzicielska filozofia Amy Chua może się czasem wydawać nieludzka, ale zadajmy sobie pytanie: czy ten model jest na pewno bardziej okrutny niż wychowywanie dziecka przed ekranem telewizora?"
Dla wyjaśnienia w czym rzecz, zacytuję jeszcze autorkę:
"Chińska matka wychodzi z założenia, że:
1. naukę stawiamy na pierwszym miejscu;
2. szóstka minus to zły stopień;
3. dziecko ma wyprzedzać resztę klasy w matematyce o dwa lata;
4. nie należy chwalić dzieci publicznie;
5. jeśli dziecko kiedykolwiek poróżni się z nauczycielem lub instruktorem, zawsze stajemy po stronie nauczyciela lub instruktora;
6. dzieci mogą uczestniczyć w zajęciach, w których jest szansa na zdobycie medalu;
7. złotego, oczywiście."
I co Wy na to? :)))
W pierwszych latach nauki Młodej nie było jeszcze szóstek, opisowych ocen i głupawych uśmieszków stawianych w miejsce stopni.
Kiedy przynosiła ocenę 5-, pierwsze pytanie jakie słyszała ode mnie brzmiało: " A za co minus?" Potem analizowałyśmy czego nie umiała, albo w czym popełniła błąd.
W wieku lat chyba trzech, przez kilka bitych godzin nie wstała od biurka zanim nie zaczęła prawidłowo wymawiać słowa "lekko", zamiast koszmarnego "letko", które doprowadzało mnie do szewskiej pasji.
Straszna byłam, wiem:) A tu okazało się, że po prostu chińska:)
Dziś zapewne inaczej zachowałabym się w wielu sytuacjach, z jednej został mi nawet moralny kac, ale w sumie nadal uważam, że wymagająca matczyna miłość jest po stokroć lepsza od  zbytniej wyrozumiałości i pobłażliwości, a tak zwane bezstresowe wychowanie, to w praktyce nieporozumienie.
Za takim modelem wychowawczym wypowiada się większość psychologicznych sław, ale naprawdę wygląda to tak, że dziecko w odczuciu matki wychowywane bezstresowo, nie jest wychowywane wcale. A efekty mamy w szkołach, autobusach, sklepach, a ostatnio na ulicach brytyjskich miast. 
Chiński model to pot i łzy, ale po latach przychodzi słodka jak miód satysfakcja. Warto jej spróbować, wierzcie mi:)
Amy Chua jest profesorem prawa na Uniwersytecie Yale, urodzoną w USA córką chińskich emigrantów i żoną żydowskiego naukowca. Obie jej córki biegle mówią po mandaryńsku i obie uroczyście obchodziły swoją bat micwę.
Historia jej rodziny to również kapitalny przykład stapiania kultur i pokazowa lekcja wzajemnego szacunku, tolerancji i miłości.
Książkę czyta się świetnie. Zachęcam szczerze, bo niezależnie od wyznawanych metod wychowawczych to ciekawa i doskonale napisana lektura, a że za parę dni początek roku szkolnego, na pewno na czasie;)


A to już ceramiczne paciorki z ostatniego wypału i pierwsze złożone korale:
 
Szkliwo na koralach ze zdjęcia to stare złoto. Powtórzę szkliwienie nim na kolejnych elementach, bo bardzo mi się spodobało.
Kolejny faworyt to czerwień kardynalska, a zaraz za nią portofino w ładnych marmurkowych niebieskościach.
Tym razem korale będą jednokolorowe, sama czerwień i samo portofino. Co do żółtości, to jeszcze nie wymyśliłam;)
Młoda miała oko na portofino właśnie, a ja na czerwień.
Jak poskładam pokażę, a na razie sobie przyjemnie poprzekładam i pokombinuję, zapytam o zdanie Mrautak i zobaczymy co nam wyjdzie.
Jak dobrze, że chińską matką jest się tylko kilkanaście lat. Potem już można bawić się z kotem paciorkami i robić dla dziecka korale :)

środa, 17 sierpnia 2011

Jednak urlop.

Schyłek lata i koniec krótkiego urlopu.
Korzystając z kilku ciepłych i słonecznych dni, bez planów i ustaleń, uciekliśmy nad morze.
Morskie kurorty to nie są miejsca, które kaprysie lubią najbardziej, ale ten rok tak mi dokuczył, że marzyłam tylko o tym, żeby móc leżeć cały dzień na słońcu i nie myśleć o niczym.
Plaża nadaje się do tego bardzo dobrze, a jakimś cudem czekało na nas, dostępne od już, wygodne lokum nad samą wodą w Krynicy Morskiej.
Na plażę jeździliśmy jednak kilka kilometrów dalej, była z to cudownie czysta i pusta.

Po kilku dniach leżenia plackiem, spieczeni i nieco znudzeni zaczęliśmy wędrować.
Najpierw na wschód, gdzie po kilku kilometrach skończyła się nam Polska,
a potem na zachód, aż do ujścia Wisły do morza w Mikoszewie.
Tam przeprawiliśmy się promem przez przekop Wisły,
który jednak nie wszystkim przypadł do gustu ;) 
i odwiedziliśmy urokliwą gdańską Starówkę.
  
Chodziliśmy pomiędzy straganami Jarmarku Dominikańskiego,
 
 
żeby na koniec jednak wrócić na plażę, z której ostatniego dnia wygoniły nas granatowe chmury kolejnego deszczowego frontu;)
 
Nie dokarmialiśmy też dzików, 
chociaż bardzo prosiły:)  
Pozachwycaliśmy się Zalewem Wiślanym
i pochylniami kanału Ostródzko -Elbląskiego, jedynej konstrukcji hydrotechnicznej dzięki , której stateczki naprawdę płyną po łąkach:)

I po urlopie:)
Czy odpoczęłam? Troszeczkę, ale dobre i to. 
Mrautak czas naszego wyjazdu spędziła z wizytą u Młodych, wracała niechętnie, ale już przypomniała sobie o naszym codziennym kwadransie mrautaczenia z przytulankami:)
Dobry znak, to to, że wraca spokój. Zaczęły mnie kusić gliniane paciorki, wypalanki, dłubanki itp.
Coś nawet już zaczęłam dłubać, ale pokażę jak nadłubię więcej, a teraz pozaglądam do Was, bo zaległości mam całe morze;)
I jeszcze raz, wszystkim blogowym przyjaciółkom, które zostawiły ciepłe i serdeczne słowa otuchy pod poprzednim postem, najserdeczniej Dziękuję.