sobota, 20 sierpnia 2011

Dlaczego chińskie matki są lepsze, czyli "Bojowa pieśń tygrysicy" Amy Chua i trochę nowych ceramicznych koralików.

Książka Amy Chua "Bojowa pieśń tygrysicy" wywołała w USA lawinę kontrowersji.
To, według recenzji Zuzanny Ziomeckiej, absolutnie rewelacyjna krytyka współczesnego modelu wychowania przez zachuchanie.
Dając mi ją do przeczytania Młoda uśmiechnęła się i stwierdziła:
"Przeczytaj, bo świetnie napisana, ale pewnie Cię w niej nic specjalnie nie zaskoczy, bo przecież byłaś dla mnie "chińską matką", nie ortodoksyjną, ale chińską:)"
W recenzji książki "Dalily Telegraph" napisał:
" Jeśli myślisz, że jesteś wymagający dla swojego dziecka "Bojowa pieśń tygrysicy" wyprowadzi Cię z błędu... Rodzicielska filozofia Amy Chua może się czasem wydawać nieludzka, ale zadajmy sobie pytanie: czy ten model jest na pewno bardziej okrutny niż wychowywanie dziecka przed ekranem telewizora?"
Dla wyjaśnienia w czym rzecz, zacytuję jeszcze autorkę:
"Chińska matka wychodzi z założenia, że:
1. naukę stawiamy na pierwszym miejscu;
2. szóstka minus to zły stopień;
3. dziecko ma wyprzedzać resztę klasy w matematyce o dwa lata;
4. nie należy chwalić dzieci publicznie;
5. jeśli dziecko kiedykolwiek poróżni się z nauczycielem lub instruktorem, zawsze stajemy po stronie nauczyciela lub instruktora;
6. dzieci mogą uczestniczyć w zajęciach, w których jest szansa na zdobycie medalu;
7. złotego, oczywiście."
I co Wy na to? :)))
W pierwszych latach nauki Młodej nie było jeszcze szóstek, opisowych ocen i głupawych uśmieszków stawianych w miejsce stopni.
Kiedy przynosiła ocenę 5-, pierwsze pytanie jakie słyszała ode mnie brzmiało: " A za co minus?" Potem analizowałyśmy czego nie umiała, albo w czym popełniła błąd.
W wieku lat chyba trzech, przez kilka bitych godzin nie wstała od biurka zanim nie zaczęła prawidłowo wymawiać słowa "lekko", zamiast koszmarnego "letko", które doprowadzało mnie do szewskiej pasji.
Straszna byłam, wiem:) A tu okazało się, że po prostu chińska:)
Dziś zapewne inaczej zachowałabym się w wielu sytuacjach, z jednej został mi nawet moralny kac, ale w sumie nadal uważam, że wymagająca matczyna miłość jest po stokroć lepsza od  zbytniej wyrozumiałości i pobłażliwości, a tak zwane bezstresowe wychowanie, to w praktyce nieporozumienie.
Za takim modelem wychowawczym wypowiada się większość psychologicznych sław, ale naprawdę wygląda to tak, że dziecko w odczuciu matki wychowywane bezstresowo, nie jest wychowywane wcale. A efekty mamy w szkołach, autobusach, sklepach, a ostatnio na ulicach brytyjskich miast. 
Chiński model to pot i łzy, ale po latach przychodzi słodka jak miód satysfakcja. Warto jej spróbować, wierzcie mi:)
Amy Chua jest profesorem prawa na Uniwersytecie Yale, urodzoną w USA córką chińskich emigrantów i żoną żydowskiego naukowca. Obie jej córki biegle mówią po mandaryńsku i obie uroczyście obchodziły swoją bat micwę.
Historia jej rodziny to również kapitalny przykład stapiania kultur i pokazowa lekcja wzajemnego szacunku, tolerancji i miłości.
Książkę czyta się świetnie. Zachęcam szczerze, bo niezależnie od wyznawanych metod wychowawczych to ciekawa i doskonale napisana lektura, a że za parę dni początek roku szkolnego, na pewno na czasie;)


A to już ceramiczne paciorki z ostatniego wypału i pierwsze złożone korale:
 
Szkliwo na koralach ze zdjęcia to stare złoto. Powtórzę szkliwienie nim na kolejnych elementach, bo bardzo mi się spodobało.
Kolejny faworyt to czerwień kardynalska, a zaraz za nią portofino w ładnych marmurkowych niebieskościach.
Tym razem korale będą jednokolorowe, sama czerwień i samo portofino. Co do żółtości, to jeszcze nie wymyśliłam;)
Młoda miała oko na portofino właśnie, a ja na czerwień.
Jak poskładam pokażę, a na razie sobie przyjemnie poprzekładam i pokombinuję, zapytam o zdanie Mrautak i zobaczymy co nam wyjdzie.
Jak dobrze, że chińską matką jest się tylko kilkanaście lat. Potem już można bawić się z kotem paciorkami i robić dla dziecka korale :)

15 komentarzy:

  1. Hej! Kaprysiu fajnie że jesteś. Mam przemyślenia co do Twojej wypowiedzi. Bo wiesz uważam jak Ty, że wychowanie bezstresowe to jakaś koszmarna pomyłka. Jednak sama wyszłam spod takiego bardziej chińskiego wychowania pełnego surowej krytyki i stawiania do pionu. I wiesz "wyszłam na ludzi" ale mam zastrzeżenia. Jeśli dzieciak zdolny jest - przetrwa to i da se radę. Gorzej jak jest jak mawiała mama "popaprany". Taki nie prezentujący zdolności dzieciak, który czegoś pojąć nie potrafi, nie nadąża za systemem i ciągle coś gubi, w chińskim wychowaniu może zostać zmielony na miazgę. A na pewno zniechęcony do nauki.
    Z drugiej strony trudno jest znaleźć złoty środek. Kiedy stosować presję a kiedy odpuścić? Kiedy pochwalić a kiedy zmotywować? Ciągle się tego uczę. Całuje , pozdrawiam i zapraszam po wyróżnienie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ojej, dziękuję Dysiaczku za wyróżnienie:))) Będę tylko miała problem z wklejeniem, bo miotam się z bloggerem od powrotu z urlopu. Tak mi się wydaje,że o tych siedmiu rzeczach to już chyba pisałam, albo przynajmniej coś na ten temat:)
    Co do chińskiego wychowania, to rzecz w tym, że oni uważają,że każde dziecko ma jakiś talent i jeśli w szkole nie daje rady, a pięknie maluje, to należy tak nim kierować,żeby w tej umiejętności doszło do perfekcji, czyli to co robisz rób perfekcyjnie, a nie na odczep się i o to chyba głównie chodzi.
    A mówiąc jeszcze inaczej, to tak: do pięciu lat jak z księciem, do trzynastu jak z niewolnikiem, a od czternastu jak z przyjacielem. Pozdrawiam ciągle jeszcze wakacyjnie. A naszyjniki u Ciebie śliczne, szczególnie pierwszy bardzo w moim typie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Hm, może gdybym była córką chińskiej matki, to bym zrobiła jakąś wszechkosmiczną karierę, a tak moje rozliczne talenta i ogólny geniusz kurzą się na wsi?;-))
    Dopóki chińskich metod nie ćwiczysz na Mrautak, to sobie czytaj do woli.Ale widzę, że zaczynasz biedactwo wciagać w produkcję naszyjników...

    OdpowiedzUsuń
  4. Próbowałam, ale podobnie jak autorka książki poniosłam klęskę:) Metoda chińska nie jest doskonała:)))A talentu szkoda, oj szkoda...

    OdpowiedzUsuń
  5. Hm.Myślę, że tak naprawdę złotego środka nie ma. Do mnie nie przemawia ani chińska matka ani wychowanie bezstresowe. Jestem gdzieś pośrodku. Zawsze czułam, że muszę stworzyć dziecku warunki do rozwijania pasji, a wcześniej pokazać mu możliwości jakie daje świat.
    A nawiązując do " A efekty mamy w szkołach, autobusach, sklepach, a ostatnio na ulicach brytyjskich miast" - tu nie potrzeba szczególnego wychowania. Moim zdaniem te sprawy wynosi się z domu. Naprawdę. Jeśli tam panuje normalna atmosfera i ludzie na co dzień mówią sobie -dziękuje, dzień dobry, proszę - to żadnych specjalnych zabiegów nie trzeba i nawet mało rozgarnięty trzylatek traktuje to jako normę i sam używa tych słów bez "no? co się mówi". A czym skorupka za młodu...itp. itd.

    Takie portofino jest mniam:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Korale przepiękne, zazdroszczę Ci umiejętności.
    Odnośnie wychowania, to jestem nauczycielem i terapeutą. Na co dzień mam do czynienia z wychowaniem chińskim jak i liberalnym. Prawda, że złoty środek to utopia, jednak zadaniem rodzicielskim jest dążyć do tego celu. Krzywdzimy własne dzieci, nawet bardzo je kochając. Jednak mamy prawo popełniać błędy. Najważniejsze to słuchać własne dzieci, rozumieć ich uczucia i wspierać ich w działaniach. Najważniejsze, aby były szczęśliwe, tylko wówczas odniosą sukces, który może być całkowicie rozbieżny z naszym oczekiwaniem. Jednak ich życia, nie możemy przeżyć za nie. Pamiętajmy, że nie wychowujemy dzieci dla siebie, tylko dla świata.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja będę się upierać, że istnieje zloty środek pomiędzy wychowaniem bezstresowym a chińskim i to do niego należy dążyć. Obydwa te bieguny mają jak dla mnie ten sam poziom głupoty. Ale co ja tam wiem :)
    Stare złoto świetne!

    OdpowiedzUsuń
  8. Odnośnie ocen pamiętam taką wypowiedź super-niani: "Jeśli dziecko przynosi ze szkoły trójkę, zapytaj je, czy jest zadowolone. Jeśli powie "tak", przytaknij, że w takim razie ty także. Jeśli powie "nie", zaproponuj, że zastanowicie się wspólnie co można zrobić, żeby w przyszłości ocena była wyższa."

    Stare złoto, czerwień kardynalska, portofino w marmurkowych niebieskościach... Zakochałam się :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Zacznę od tyłu: korale wzbudziły we mnie pożądanie! Są przepiękne!

    Natomiast jeśli chodzi o "chińską matkę" to moja taka była.
    Dobrze, że dla równowagi pod bokiem był (i jest) tata...

    OdpowiedzUsuń
  10. Hmmm, Kaprysiu, nie jestem pewna, czy chińskie matki są lepsze... Wiem na pewno, że nie chciałabym taką matką być! I po prostu nie potrafiłabym... Co nie znaczy, że nie byłam wymagająca. Ale ta "lista przykazań chińskiej matki" przyprawiła mnie o dreszcz przerażenia... jest taka... okrutna...
    Niedawno oglądałam taki filmik o chińskich maluchach grających na gitarach, dzieciaki wymiatają, jak wirtuozi, i początkowo ich gra wzbudzała mój zachwyt. Ale potem przypomniałam sobie artykuł, który czytałam kiedyś, o "hodowli" małych mistrzów gimnastyki, wstrząsający... I zaczęłam się zastanawiać: czy nie bolały ich te maleńkie delikatne paluszki... czy te gitary nie były zbyt ciężkie dla małych rączek...?
    Za to korale zachwycają bez zastrzeżeń! Zazdroszczę, że masz możliwość wypału ;-)
    Ściskam czule!

    OdpowiedzUsuń
  11. Nigdy nie byłam chińską matką i nie potrafiłabym nią być. Chciałam przede wszystkim, żeby moja córka była szczęśliwa i dowartościowana. Ja w dzieciństwie słyszałam "nie jesteś głupia", ona "jesteś mądra", ktoś powie, że to to samo ale dla mnie dwa światy. Ja jestem pełna kompleksów i kiepsko radzę sobie w wielu sytuacjach. W podobnych sytuacjach ona radzi sobie o wiele lepiej. Więc chyba warto było. A korale - cud miód :). Ja mam niestety obie ręce lewe do takiej roboty

    OdpowiedzUsuń
  12. Dziękuję Wam drogie dziewczyny za komentarze:)Nie bez powodu książka wywołała w USA burzę;) Od siebie dodam jeszcze tylko,że mając już szczęśliwie za sobą okres wychowywania dziecka, mogę powiedzieć,że chiński model wychowania daje dziecku siłę i niezachwianą pewność siebie, a także poczucie,że jeśli da z siebie wszystko, to może wszystko, a spełnianie marzeń i ambicji ma w zasięgu ręki. Rolą rodzica jest pokazać tylko jak po nie sięgać, bo bez pracy nie ma kołaczy itp.itd.
    Ale mi dobrze, bo dziecko mam dorosłe, samodzielne, a do tego mam nadzieję,że jesteśmy dziś przyjaciółkami, mimo tego "letko" i innych takich;)))

    OdpowiedzUsuń
  13. osobiscie tez nie jestem za bezstresowym wychowanie bo uwazam ze w ten sposob kzywdzis ie samego czlowieka,zycie to nie bajka i zeby nasze dzieci same mogly sobie poradzic w zyciu musze pewne rzeczy sobie przyswoic czy im sie podoba czy nie,natomiast nie jestem tez za az takim bezgranicznym przymusem, kazde z naszych dzieci ma inny charakter obojetnie ile bysmy ich mieli, czesto mylimy talent ze zdolnosciami, talen nie musi miec kazdy to jest cos co jest wrodzone, natomiast zdolnosci pewnie ma w jakims stopniu kazdy, tylko jest to kwestia umiejetnosci rozpoznania i tu niestety zaczyna sie klopot bo nie niest to takie oczywiste,uwazajac ze dziecko ma talent ktorego wcale nie ma a jest to tylko wymysl rodzica i jego chore ambicje, moze zniszczyc w psychike dziecka, natomiast wspierac go w jego zdolnosciach moze mu tylko pomoc.w chinach w japoni wyciska sie czlowieka jak cytryna, nie liczac sie z ego uczuciami, czy jest to wlasciwe?? jestem rowniez za wymaganiem ale wgranicach zdrowego rozsadku,natomiast zdecydowanie jestem za poruszaniem problemow za rozmowami, tylko jesli ktos nie chce zrozumiec to na nic to cale nasze gadanie

    OdpowiedzUsuń
  14. Dlatego Blogu to bardzo fajna książka, bo autorka sukces wychowawczy osiągnęła ze starszą córką, a przez młodszą została zagnana w kozi róg:) I zmusza do zastanowienia nawet najbardziej liberalnych rodziców, a jest ich stanowczo za dużo. Właściwie codziennie spotykam się z sytuacją,w której należało by doprowadzić do pionu dziecko, a jeszcze szybciej matkę;)
    A Japończycy, czy Chińczycy stosując swoje twarde metody w wielu przypadkach doprowadzają do doskonałości techniczne umiejętności swoich dzieci np. w grze na fortepianie. Co roku w konkursie Chopinowskich widać to znakomicie. Z tym,że oni bardzo rzadko wygrywają, bo doskonałość techniczna to nie wszystko, brakuje im indywidualnego sposobu interpretacji, tej iskry bożej, czy jak tam to nazwać. A, że paluszki bolą, no bolą, ale życie boli, tak to jest,żeby umieć się wziąć z nim za bary trzeba pokonywać swoje słabości. Jasne też,że umiar jest jak najbardziej wskazany i podejście indywidualne również, to jasne. I jeszcze jedno. Nie mylmy wysoko stawianej dziecku poprzeczki z chorymi ambicjami rodziców, bo to zupełnie nie o to chodzi. W efekcie to nie rodzic ma być z siebie zadowolony, ale dziecko.
    Wszystkim raz jeszcze bardzo dziękuję za wypowiedź:)

    OdpowiedzUsuń
  15. przeczytalam popieram i polecam :)

    OdpowiedzUsuń