poniedziałek, 26 listopada 2012

Mondrynki, czyli słownik domowy.

Teraz na straganach królują jabłka i cytrusy, za to latem lubię kupować mondrynki. Drogie są, ale smaczniejsze od brzoskwiń i nektarynek. Tak dobre, jak przystało na słowną krzyżówkę nektarynki z mandarynką;) 
Ta odmiana brzoskwini pochodzi podobno z Chin, mandaryni również, więc wszystko w porządku;) 
Nazwę wprowadził pan mąż. Bazarowe ufo zupełnie mu się nie podobało, uzupełnił więc mondrynkami stale rozrastający się rodzinny słownik słów zrozumiałych dla wtajemniczonych, czyli najbliższych oraz zaprzyjaźnionych krewnych i znajomych Królika.
Słownik jest pokaźny i dzieli się na kilka kategorii.
Pierwsza i dość obszerna, to twórczość Młodej z okresu wczesnego przedszkola, którą reprezentują następujące pozycje:
szafnia - czyli szatnia,
jadzak - czyli widelec,
jadzka - czyli łyżka,
usiądanko - krzesło
jarzywa - warzywa, albo jarzyny (całkiem logicznie zresztą)
szyjak - szalik
oraz z francuskiego:
mużu - czyli jury (moim zdaniem brzmi równie atrakcyjnie)
Ciekawą podgrupę w tej kategorii stanowią słowa z przestawionymi lub pomylonymi literami, takie jak:
fisut - sufit
rwbi - brwi
mongolie - magnolie
płewty - czyli płetwy, ale oznaczające rzęsy jak w zdaniu: "Mamo pomrugaj płewtami",
a także całkowicie autorski zwrot "koj" oznaczający zdanie "Weź mnie na ręce".
Kolejna kategoria to słowa rodzinne, zapożyczone od mojej siostry i szwagra. Do najciekawszych można zaliczyć pogodę zglęzłą i zapaździałą oraz znaczne zachmurzenie określane zwrotem: "zakacupirzyło się". Interesujące są również nazwy własne mebli i sprzętów. Ich łóżko - Kapuśniak, nasz regał - Adolf. 
W zastosowaniu praktycznym w brzmieniu: "Usiądź sobie na Kapuśniaku", albo "Książka leży na półce w Adolfie". Ich dawny Opel - strucel, stary maluch siostrzeńca - pędzidło. Do ciekawostek należy "nagły atak wtórnego mulenia", czyli popołudniowa drzemka, oraz lorasek, przyjemna nazwa siusiaka autorstwa mojego młodszego siostrzeńca utworzona również w okresie przedszkolnym.
Rozbudowując nasz słownik o dział ornitologiczny wprowadziliśmy nowatorski podział ptaków na normalne i nienormalne.
Okrzyk o treści: " Nienormalny ptak na jedenastej" niezawodnie przykuwa uwagę wtajemniczonych. Gwoli wyjaśnień do ptaków nienormalnych zaliczamy: orły, sokoły, jastrzębie, myszołowy, kanie i puchacze, czyli znakomitą większość drapieżnych, ale też wilgę lub zimorodka, czy żurawia z racji rzadkości występowania.
Ptaki normalne to oczywiście bociany, gołębie, synogarlice, szpaki, wróble, mazurki, sikorki, sójki, kosy, sroki, kawki, wrony i gawrony (kruki, ponieważ rzadkie, oczywiście do nienormalnych) oraz na jeziorach czaple, kormorany i większość gatunków kaczek oraz perkozów, choć wśród nich również zdarzają się nienormalne, jak na przykład lodówka, o której istnieniu Młoda z ojcem dowiedzieli się uczestnicząc przypadkiem w spotkaniu ornitologicznym nad brzegiem Wisły.
Poszli sobie na spacer robić zimowe zdjęcia, a na brzegu królowej rzek polskich grupa bardzo podekscytowanych osób podskakiwała i intensywnie machając rękami wykrzykiwała:"Patrzcie, lodówka, lodówka!!!" 
Rozglądali się więc intensywnie za tym niesamowitym, płynącym z nurtem rzeki sprzętem AGD zachodząc w głowę, co tych szalonych ludzi, w tej lodówce tak bardzo porusza, aż zobaczyli w końcu całkiem niepozorną parę kaczek z przewagą białego upierzenia. Wynika z tego niezbicie, że lodówki należy zaliczyć do nienormalnych.
Niektóre ze słów, bądź określeń tak bardzo nam spowszedniały, ze nawet pisząc ten post nie umiem ich sobie przypomnieć. Łatwo je zauważyć w rozmowie z nieznajomymi, po konsternacji lub błysku niezrozumienia w oku.
Ciekawa jestem, czy ta nasza rodzinna słowotwórcza skłonność jest bardziej powszechną przypadłością :)

59 komentarzy:

  1. O tak, o tak, Kaprysiu! Mamy to samo lub podobnie. :) Igor, mój syn, gdy był mały, przestawiał literki w niektóryh wyrazach i mówił np. tpak, gmła. Teraz zdarza się nam robić to celowo, żeby uzyskać jakiś nowy wyraz. Uwielbiamy tworzyć takie dziwadełka słowne, które tylko my rozumiemy. Nasza dyżurna potrawa na szybko nazywa się np. makztwarem. :) A! I jeszcze jedno tajemnicze słowo z okresu dziecięcego: gomy. Tak synuś mówił na... ogórki. :)

    Bardzo ciepło pozdrawiam.

    JolkaM

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kupuję gmłę, tpaka i gomy:))) Śliczne:)

      Usuń
  2. Skąd ja to znam :)) Myślę że w każdej rodzinie funkcjonuje "nowatorskie" słowotwórstwo którego znaczenie zrozumiałe jest jedynie dla WYBRANYCH WTAJEMNICZONYCH ;))
    Nie mniej z niebywałą przyjemnością zapoznałam się z nowymi słówkami typowymi dla Twojej rodziny:) Legnąć popołudniowo przy nagłym ataku wtórnego mulenia na Kapuśniaku - BOSSSSKIE! ;))))))

    OdpowiedzUsuń
  3. O tak, mamy wiele takich słówek, często nawet zwrotów używanych przy "wtajemniczonych" Wielu autorami są nasze dzieci i dziadkowie np. włoś - jelonek, gupi Barcelon - Barcelona, gościów żem dostali - najazd gości, pokikać - zepsuć, narychtować - naprawić i takie tam inne gungoły - różności ,nie wiadomo co
    Buziaki:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pniu kupuję gungoły:)A narychtować, to chyba gwara, bo wyraz nie jest mi obcy. Zresztą babcia męża mówiła piękną mazowiecką gwarą i zmiękczała końcówki. Ciągle mamy w użyciu niektóre babciowe zwroty np. wycknuł się, czyli obudził się, wylunkł się, czyli zląkł, przestraszył i piękne "wziun i ulgnun" o traktorze, zakopał się na rozmiękniętym polu. A już całkiem rozbroiło mnie jak zaraz po ślubie sąsiad z za płota zwrócił się do mnie per Pawłowo:))) A tak na dobrą sprawę, to nasze działkowe włości dzieli od Warszawy ledwie 80 km:)

      Usuń
    2. Hm. Mój tata, rodowity wilniuk, też mówi wziun...
      Chyba sobie pozapisuję te słówka, cudowne: wycknuł, wylunkł. Ale wziun i ulgnun to po prostu mnie rozłożyło na łopatki. Znaczy się, że jakiś rok temu z hakiem wziunam i ulgnunam swoim autkiem przy wjeździe na posesję, bo rozmiękło. Aaaaaa!
      A czytając wpisy innych poniżej, przypomniałam sobie jeszcze, że Igor na herbatę mówił surfata. I to też nadal funkcjonuje w naszym domu. :) A jak był bardzo malutki i pokazywałam mu księżyc w pełni za oknem, mówiąc o nim łysy, synek powtarzał trochę nieporadnie fysy albo fasiu. Ach, fajnie było przywołać te wszystkie słowotwory. :)

      Bardzo ciepłe pozdrówka dla Pawłowej. :)

      JolkaM

      Usuń
  4. Kaprysiu - jesli moge, to kupuje wszystko hurtem, bo mi bardzo lezy!
    U nas domowe to apus (s z kreseczka, ktorrej nie mam) - to naszego synka - jako polsko-angielskie dziecko, to jedne rodzi mowil jabluszko a drugi apple, z tego wyszedl apus'. Mamy tez tygi - czyli platki sniadaniowe, od tego tygrysa.
    A kif to sa chipsy, czyli crisps, ktorergo to slowa dziecko mniejsze nie dalo rady mowic jak mialo 2 lata a te kif lubilo. Dzieci stare, z domu poszly precz a my inaczej nie mowimy. Dochodzi tez wichur, ktory przypadl do gustu wielu osobom i uzywaja. Moja Babcia tak mowila, a zapytana to powiedziala, ze w tv tak mowia - np ze nie bedzie wichur.

    a jesli chodzi o same wymyslane slowa, to sa robione na poczekaniu i w ramach biezacej potrzeby. Duzo jest tlumaczen z ang, od ktorych dech zapiera - niektore na pewno celowe a niektore...kto wie! najostatniejsze to breaking news - lamiace wiadomosci. wiec jest tez ta nastepna kategoria. Z tzw wyksztalcenia jestem jezykoznawca i zabawa jezykowa to chyba bylo to, co mnie sklonilo ku temu, w/w jezykoznawstwu. czy mozna poprosic o wiecej?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :))) Babcia męża oglądając pięć tysięcy osiemset trzydziesty trzeci, czy jakoś tak, odcinek "Mody na sukces" zapytała mnie po co im ciągle w tym serialu potrzebna jest łyzka, bo ciągle mówią "Podaj mi proszę łyzki":)))
      A więcej jak sobie poprzypominam:)

      Usuń
    2. Hrehrehrhe, piekne, zupelnie jak wichur. Moja Babcia tez dzielila ptactwo na ptszki i wrony, a ludzi (glownie mezczyzn, nie wiedziec czemu)na, m.in. pitoki, meluny i pierdutki. Chyba jasne co jest co :P

      Usuń
    3. Jasne jak słońce:) Dobry podział;)))

      Usuń
  5. U nas tez sie nazbieralo, zwlaszcza, ze niektore z dzieci uczyly sie mowic w obu jezykach naraz. Wychodzily z tego komiczne rzeczy, jak die(niemiecki rodzajnik) paletka (rakietka do badmintona): mama, ona dala mi w glowe die paletka. Mieszaly jezyki na wyscigi, czesc powiedzonek zostala w rodzinie do dzisiaj. Niedawno corka w pracy powiedziala do kolezanki: die deska, a tamta nie pojela, o co jej chodzilo.

    OdpowiedzUsuń
  6. Cudowny wpis :D
    Rodzinne słowotwórstwo to taka kreatywna i swojska dziedzina, uwielbiam :D
    Osobną kategorię stanowią imiono-ksywki zwierząt domowych, które nie dość, że wyjątkowo liczne, to jeszcze bywają zwyczajnie głupawe i kompromitujące. Mają bowiem tą właściwość, że łatwo się je wymyśla, łatwo potrafią przylgnąć do nazwanego i łatwo... zapominamy, że ich używamy, folgując sobie również przy obcych, którzy oczywiście mają nas za nawiedzonych pomyleńców.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kompromitujące pominęłam;) Np. nasze ulubione kruche ciasteczka gwiazdki z kropką marmolady w środku. Sama się zaplątałam w cukierni prosząc o 30 dkg ciasteczek z nasr...., znaczy z marmoladką;)))

      Usuń
  7. Bardzo twórcza, a raczej słowotwórcza, rodzinka! :-) Chyba najbardziej podobają mi się mongolie... :-)

    OdpowiedzUsuń
  8. "Rwbi" mnie powaliły! W naszej rodzinie panowały holipter/helikopter, maśkeko/masełko, siun/sól i inne równie oczywiste :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przypomniałaś mi hihopter - helikopter i pitontana - hipopotama:))) A i był jeszcze pinek, czyli motylek;)

      Usuń
    2. a ja w samolocie slyszalam dwie dziewczynki, ktore mowily na aeroplan - jedna lamolot, a druga lepiej - ramolot! Uznalysmy z jej mama, ze to pewnie pojazd dla staruchow ino! I ramolot sie jeszcze powtorzyl!

      Usuń
  9. jest jeszcze ... zwis scienny czyli wieszak albo zwis meski czyli krawat ;) ;) ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. To już słowotwórstwo sklepowe:) Sama widziałam na metce zwis męski:)

    OdpowiedzUsuń
  11. Neologizmy zawsze żywe :-D
    A co powiesz na feling?



    Już tłumaczę: to popielniczka. Tak ten sprzęt nazwałam będąc uroczym dziecięciem i zostało ;-)
    Innych tak na szybko nie mogę sobie przypomnieć, bo pewnie też używamy ich zwyczajowo i na co dzień. Jak spójników ;-D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo papierosy fe? :))) Bardzo ciekawe:)

      Usuń
  12. "Trąbik, bachel i dzięgi", to moje dziecięce wydanie.
    Właśnie wczoraj wspominaliśmy neologizmy z okresu dzieciństwa córki.
    Kiedyś wykonała swój pierwszy "płaskownik głowowy" i określiła pewnego onego określeniem "masofista".
    Ciekawa jestem, które rozszyfrujesz?
    Pozdrówki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmm, dzięgi to mogą być pieniądze, albo nożyczki, z trąbikiem kojarzy mi się klakson, albo samochód po prostu, a bachel nie wiem:)Płaskownik głowowy to pewnie beret, a masofista może być masochistą, albo Mefistofelesem;))) Pewnie w nic nie trafiłam:)))

      Usuń
  13. Jako dziecię na herbatę mówiłam lapa. I nic sobie nie mogę więcej przypomnieć. Ale u Was to szał na całego. My tylko ciągle zwierzakom imiona przerabiamy;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem czemu, ale Twoja lapa przypomniała mi,że zawsze mówiliśmy Młodej,żeby myła po jedzeniu zęby, bo jak nie, to na starość będzie mówiła na chleb bep, a na muchy ptapty:)))

      Usuń
  14. Ale fajny wpis, uśmiałam się na całego czytając. Nienormalnego ptaka sama używam od czasu Wiartla;)
    (swoją drogą to były czasy), natomiast bardzo mi się podobały niektóre określenia naszej gospodyni spod Kętrzyna: na bułki z ziarnami mówiła zdrowotne, natomiast wszystkie budynki pow. 3-4 pięter to były punktowce.
    Nasza Młoda bardzo jeszcze malutka chcąc coś - mówiła da, wręczając coś - mówiła den, a określając coś stojącego dalej - mówiła dyden. Oglądając jeden z obrazków w elementarzu, wtedy kiedy jeszcze prawie nie mówiła nazwała go kika. Za cholerę nie wiedzieliśmy co na tym obrazku tak nazwała, było to zdjęcie oranżerii z fontanną pośrodku. Kiedy już mówiła całkiem nieźle pokazałam jej ten obrazek chcąc się dowiedzieć o co chodziło. Dziecko spojrzało jak na idiotę i rzekło - no przecież kika i do tej pory nie wiemy co to było :).
    A rozmaite osoby również dostały od nas ksywki, np. właścicielka psa o imieniu Brunet na zawsze zostanie u nas Brunetką. Na niektóre faktycznie trzeba uważać, żeby się nie wypsnęło. Pozdrawiam wszystkich

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O pseudonimach sąsiadów i osób znajomych z widzenia, to by osobny post wyszedł;)A wszystko przez ustawę o ochronie danych osobowych;) Kiedyś na drzwiach było nazwisko i człowiek nie musiał wymyślać:) Uściski:)

      Usuń
    2. da/den/dyden jest świetne, a kikę muszę zobaczyć! :D

      Usuń
    3. Ja też chciałabym zobaczyć kikę:)

      Usuń
    4. Kika - to był rysunek w starym elementarzu Falskiego. Młoda, praktycznie od momentu kiedy usiadła samodzielnie z ogromnym namaszczeniem oglądała obrazki we wszystkich możliwych książkach, albumach i czasopismach. Niektóre powiedzonka krążą do chwili obecnej w rodzinie, nie przytaczam bo mogłabym przypłacić to życiem ;))). Co do ksywek sąsiadów, naprzeciwko nas mieszkali państwo, których nazwaliśmy Żurkami (przerobione i skrócone nazwisko), sąsiadowali z nimi ludzie, których nazwiska nie znaliśmy, zostali więc w krótkim czasie Przyżurkami

      Usuń
  15. Oj! Kaprysiu. Pełno tego mamy :) Np. przekład z Julii "padadeszcz pada" (przez długi czas myślała że padadeszcz to jedno słowo) i też miała swoje "jarzywa". Z Lidii mamy "rzerzęta" (nie wiem przez jakie rz? ż?, bo stykałam się z określeniem wyłącznie fonetycznie) oraz silne akcentowanie łącznika "z" w zdaniach np. "Julia ZY (fonet.) Lidią". Że nie wspomnę o "tapataj" i tego rodzaju kwiatkach :)

    OdpowiedzUsuń
  16. 'Rwbi' mnie powaliły z krzesła:)))) cudne, mój starszy syn miał skłonność do róznego typu przekształceń słów ale i znaczeń np:
    -Mamo dobry ten zeszyt... mówił jedząc blok:)
    i wiele wiele innych,
    pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nam się tak robi już chyba ze względu na wiek;)Np.: "Gdzie jest masło? W pralce oczywiście";)))
      Pozdrawiam również:)

      Usuń
  17. No ba! Jak był w domu pies, to i cały słownik (ok, słowniczek) został spisany :):):)

    OdpowiedzUsuń
  18. NO.... ale twórczość, nie ma to jak kreatywna rodzinka...
    Jest co wspominać i z czego się śmiać:))
    PS.
    napisz mi na meila edytaeb@interia.pl czy masz wybrany wzór kołnierzyka czy Ci kilka podesłać.
    Buziaki:)))

    OdpowiedzUsuń
  19. ;) wydaje mi się, że miewają tak nawet nierodzinne, ale większe skupiska ludzi ;) wiesz, przebywa się razem długie godziny... to też się wymyśla :)


    Udanego dnia ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz racje pracowe słowniczki również funkcjonują :)

      Usuń
    2. Bo widzisz... Bardzo Mądry Mężczyzna jest niesamowity i jedyny w swoim rodzaju... i on się angażuje w decyzyjności ;p nie interesuje go szukanie inspiracji... ani pomysłów... wie natomiast bardzo dobrze, co mu się nie podoba ;p niestety...
      Jeśli chodzi o lampeczki to już moja Koleżanka mi podpowiedziała, że w Ikei są bezprzewodowe, tyle, że włącznik jest podobno dość szeroki, dlatego należałoby mieć butelkę z szerszą szyjką... jest takie wino Paul Masson... ;) myślę, że tam można by... ;p podejmę próbę!

      Pozdrawiam szczypiorkowo :)

      Usuń
    3. Bo facetom się podoba dopiero jak już zobaczą:) Do wyobraźni i inspiracji trzeba mieć kobiecy mózg:)A w ogóle to niektórzy "lubią tylko takie filmy, które już kiedyś widzieli" (cytat z Rejsu) ;)))

      Usuń
  20. Z dużą radością przeczytałam Twój wpis, słowotwórstwo rodzinne jest świetne i warto je hołubić. U mnie też parę dziecięcych wyrażeń przetrwało do dziś, choć dzieciarnia już całkiem duża.
    Ja myślę że to nam wzbogaca życie, czyż nie? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poniektórzy mogą się oburzać na takie zaśmiecanie rodzimego języka, ale to tylko dowodzi,że język żyje, chociaż czasem własnym życiem;) Z pewnością jest, jak nie ciekawiej, to przynajmniej weselej:)

      Usuń
  21. Słowotwórstwo różnego pochodzenia, to kopalnia kreatywności językowej i humoru! Moja córka długo na księżyc mówiła "dziedzień" i nie wiedzieliśmy, o co chodzi, dopóki nam nie pokazała palcem. Hitem pochodzącym z kolei od syna (kiedy miał 9 lub 10 lat) była "trupia przyroda" w odpowiedzi na pytanie , co malowali na plastyce. Sąsiadów zwykle nazywaliśmy od imion posiadanych przez nich zwierząt, np. właściciele pieska Puchacika - państwo Puchacikowie. Wyrazy pochodzenia gwarowego też, choćby "dajcie jeść kotkiewi" (za ciocią - ok. 100 km na południe od Warszawy). A słownik przezwisk kolegów z pracy mojego męża niezmiennie mnie zadziwia. Długo by można pisać - to wręcz materiał na książkę.
    Ninka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poważne wyzwanie:) Gdybym miała więcej czasu może założyłabym stronę internetową, do której każdy mógłby dopisywać nowe słówka pod hasła z istniejącymi. Najdłuższa lista byłaby prawdopodobnie przy helikopterze i hipopotamie;)))

      Usuń
  22. jako autor tak wielu znamienitych słów i autorytet w tej kwestii informuję że brakuje: "moje moje", "klocka", "bywszyjkibla" (choć to nie moje) oraz jakże istotnego "duprenia"! i będę myśleć dalej bo to bardzo odprężające a może nawet coś nowego wymyślę :D

    OdpowiedzUsuń
  23. No, faktycznie:) Pominęłam krzyżówkę dupka z durniem, czyli wspomnianego powyżej duprenia, moje moje, czyli rożek tetrowej pieluszki służący do miziania pod brodą, rozkosz nieznana pokoleniom wychowywanym w pampersach, bywszyjkibel, czyli garderoba, tak mi spowszedniał(a),że wcale na to okreslnie nie zawracam uwagi, a klocka pominę jednak milczeniem;)))
    Buziaczki wysyłam tęskniąc:)

    OdpowiedzUsuń
  24. mongolie...do dzis mój małżonek tak na nie mówi...Gucio to zawsze nasz samochód..
    a z dzieciowego..pufag.-pociąg lapik.-mrówka...dlaczego nie pytaj...a i moja przyjaciółka zawsze na taka drewniana mątewkę-gwiazdkę ...mówiła kwyrlołka...i mi do dziś po 25 latach tak zostało...jak pierwszy raz poprosiłam męża aby mi podał kwyrlołkę...to żałuję ,że aparatu nie miałam...aby zrobić mu zdjęcie:))))a dziś na te hasło wie co zacz::))

    OdpowiedzUsuń
  25. Tak! Uśmiałam się czytając ten wpis i komentarze. Kapitalne są niektóre słowa. Ja mam zaćmę w głowie, ale noneka to wg synka koleżanki, biedronka, a swoje auta dzieli ona na : tuftufy (ciuchcie), brumbrumy (zwykłe) i ijoły (karetki)
    :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Noneka bardzo ładna:) A podział samochodów logicznie fonetyczny:) Jak sobie coś przypomnisz dopisuj:) Pozdrawiam:)

      Usuń
  26. Biedronka to tez Bdaptapta, a nazwy samochodow młody tworzył sposobem z chińskiego (tam np "dzi" oznacza urządzenie, stąd np. bi bi dzi to pager) a zatem: titit to osobowy, brumtitit-wywrotka, pachpachtitit - traktor, futitit-śmieciara, bamtitit-czolg,bepicietitit-szambiara.
    Młoda wymyslila za to rzeczonka i kurczykarza.
    Poplakałam się parę razy ze śmiechu czytając post i post scriptum. A w Szkle wyjasniono dziś post komunizm - tj. wyslany pocztą.
    :) Siostra B.

    OdpowiedzUsuń
  27. rzeczonka są mistrzowski i z uwagi na swoją genialność przyjęły się też i u nas:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo sie cieszę i pozdrawiam!
      B.

      Usuń