wtorek, 13 października 2009

Trochę zgryźliwości


Mam dziś zjadliwy nastrój i jestem zaniepokojona.
Pod koniec zeszłego tygodnia NASA ostrzelała księżyc. Podobno w poszukiwaniu wody.
Metoda badawcza polegająca na odpaleniu rakiety w kierunku naturalnego satelity Ziemi zupełnie nie przemawia do mojego humanistycznego pojmowania nauki.
Skoro nie wiemy nawet, czy na księżycu jest woda, to skąd mamy wiedzieć, czy jednak nie ma tam, jeśli nie jakiejś formy życia, to choćby ukrytych magazynów należących do zielonych stworków z odległych galaktyk ?!
A jeśli będzie odpowiedź Księżyca , to co wtedy ?!
Kolejna wiadomość, która wprawiła mnie w zdumienie to pokojowa nagroda Nobla dla sympatycznego skądinąd prezydenta USA. Barack Obama otrzymał pokojowego Nobla za to , że nie rozmieści tarczy antyrakietowej w Europie Wschodniej. Podążając tym tropem proponuję przyznać nagrodę Pulitzera dowolnemu dziennikarzowi Super Ekspresu lub Faktu, a najlepiej kilku dziennikarzom, za zaniechanie publikowania artykułów, na czym wszyscy skorzystamy.
Przykładów można mnożyć więcej np. z pewnością na nagrodę z dziedziny medycyny zasługuje NFZ za działania skutkujące zamykaniem szpitali, co znacznie poprawi statystyki samowyleczeń itd.
Z wiekiem robię się coraz bardziej zgryźliwa i zdegustowana otaczającym nas światem.
"Atak" NASA na księżyc przypomniał mi rozmowę sprzed lat.
Moja serdeczna szkolna przyjaciółka po ukończeniu weterynarii "objęła" wraz z mężem lecznicę w zapadłej zamojskiej wsi. Zobaczyłyśmy się jakiś rok później. Powiedziała mi wtedy: " Nie wierzę w bakterie. Ty też nie wierz. To wszystko o czym nas uczą to lipa i bujda. Krowie robi się TAKIE RZECZY w otwartym brzuchu w najbrudniejszej z brudnych obór, a potem to wszystko się goi na niej bez żadnych antybiotyków. Bakterii nie ma."
Nadmienić tu należy, że moja przyjaciółka od lat jest wziętym specjalistą i ma na koncie uratowany niejeden zwierzęcy żywot.
A jeżeli żartują również inni specjaliści i poważni naukowcy od galaktyk i mikrobów przekonując nas , że zielonych stworków nie ma ?
Siedząc wieczorem przed telewizorem kupuję wraz z większością populacji informacyjną papkę spreparowaną specjalnie na nasz użytek. Potem biegają mi po głowie zielone stworki uganiające się za bakteriami.
Należałoby wstać z fotela, wyłączyć telewizor, wyjąć serwetki, nożyczki oraz klej i zająć się wyklejankami po uprzednim gruntownym wymizianiu psa, co też niniejszym udaję się czynić.
Na księżyc też później zerknę, tak na wszelki wypadek ;)))

poniedziałek, 12 października 2009

Rogaliki z wiśniami i psie smutki.





Rogaliki zostały upieczone. Mama robiła je z lukrem gotowanym "do piórka", ja posmarowałam je rozmąconym jajkiem i posypałam drobnym cukrem trzcinowym. Ładnie się przypieka i nie jest tak słodki jak lukier.
Do ciasta cukru nie daje się wcale. Za to bardzo słodkie są wiśniowe konfitury robione w proporcji : 1 kg wiśni na 1 kg cukru. Bez nich nie wyobrażam sobie jesieni i zimy. Łyżeczka, dwie do gorzkiej herbaty umili każdy zimny wieczór :)

Są też wspaniałym nadzieniem do rogalików ze śmietanowego ciasta.





Przepis na ciasto:

2 szklanki mąki , 2,5 dkg drożdży , pojemnik gęstej śmietany , 20 dkg masła, troszkę soli , jedno jajko.

Do przesianej mąki wkruszam surowe drożdże, dodaję miękkie masło i śmietanę, solę, siekam składniki nożem jak przy kruchym cieście, potem zagniatam i dosyć cienko wałkuję.
Rozwałkowane ciasto kroję na szerokie pasy, później w trójkąty.
U podstawy każdego trójkąta nakładam trochę konfitury. Zawijam rogalik i zlepiam końce.
Smaruję roztrzepanym jajkiem i posypuję cukrem trzcinowym.
Piekę na blaszce wysmarowanej masłem w temperaturze ok. 200 stopni C przez 15 - 20 min. do zrumienienia.







To łatwe ciasto i zawsze się udaje . Można do niego dodać gałki muszkatałowej i zrobić z niego paszteciki do czerwonego barszczu z mięsnym lub grzybowym nadzieniem.
Zwykle jednym z głównych domowych zjadaczy smakołyków jest nasz łaciaty Władzio. Teraz , kiedy pies jest chory i smutny, dostaje silne leki i nie interesują go nawet ciasteczkowe zapachy z kuchni, mnie też rogaliki nie smakują jak zwykle :(




Jesień w tym roku postanowiła dać się nam we znaki, ale wbrew wszystkiemu my się z Władziem jej nie damy.

niedziela, 11 października 2009

Post osobisty, czyli trochę historii.


Szkolne lekcje historii często zieją nudą. Moje ziały.

Nauczycielka cytowała na nich z pamięci kolejne rozdziały niezbyt udanego podręcznika.
Upadek Cesarstwa Rzymskiego , czy wojna rosyjsko - japońska były dla znudzonych uczniów zlepkiem odległych zdarzeń i dat.
I oto, niespodziewanie w jesienny deszczowy wieczór, podczas porządkowania papierów, które zostały po moim tacie , historyczne wydarzenia z przed ponad stu lat stały się bliskie na wyciągnięcie ręki.
W pudle wypełnionym pocztówkami i listami , pośród widokówek przesyłanych z wakacyjnych wyjazdów znalazłam kilkanaście kartek pocztowych pisanych ręką mojego dziadka w latach 1903 - 1906. Dziadek w wieku lat dwudziestu , jako poddany carski został wcielony do rosyjskiego wojska.
Stacjonował w Odessie , później w Spasku nad Morzem Japońskim , a potem w oblężonym przez wojska japońskie Chabarowsku.
Stamtąd też przesyłał kartki pocztowe do swoich rodziców mieszkających w Warszawie na ulicy Krochmalnej.
Pełni obaw o zdrowie i życie syna czekali na wiadomości , a równocześnie razem ze wszystkimi Warszawiakami cieszyli się ze sromotnej klęski carskiej floty pod Cuszimą.
Wojna się skończyła, dziadek wrócił do Warszawy, ożenił się , po latach urodził się mój tata , ja , moja córcia.
Kolejne
zawieruchy dziejów wplatały się w losy rodziny tworząc historię , która oglądana z perspektywy pokoleń staje się bliska i osobista.


Poniżej kilka lepiej zachowanych kartek z widocznymi datami i stemplami:






Nie mam pojęcia jakim cudem te pocztówki przetrwały późniejsze wojny i burzliwe koleje losu mojej rodziny. Zapewne zachował je dziedziczony z pokolenia na pokolenie głęboko zakorzeniony wstręt do wyrzucania pamiątek.
To , że mogę dać do przeczytania mojej córce kartkę pisaną podczas wojny rosyjsko - japońskiej przyprawia o zawrót głowy.


Dziś już dziadkowe kartki wracają na honorowe miejsce w pudełku, a ja idę uczcić rodzinne znalezisko pysznymi rogalikami.
Zawsze muszę znaleźć sobie jakieś zajęcie, nawet na niedzielny wieczór, cóż - taki los łakomczuchów. Aha , przepis na rogaliki jest mojej babci , więc to będą historyczne rogaliki z wiśniową konfiturą w cieście śmietanowym :)))
Zdjęcia i przepis następnym razem , bo albo pieczenie , albo pisanie.


piątek, 2 października 2009

Jesień




Wiatr
Największy elektroluks świata
Wszystkie drzewa

z liści poomiatał
I baluje w pustej altanie.

Spadły liście

Posnęły wiewiórki,

Ciała drzew

Dostały gęsiej skórki,

Można sprawdzić, panowie i panie
.


Uciekają z ogrodów dziewczyny,
Wjechaliśmy w hrabstwo Aspiryny,

Wjechaliśmy dość zdecydowanie.

Wszystko razem biorąc, krótka mowa:

Najpierw deszczyk,

Potem krzyż
I głowa
I w łóżeczko, panowie i panie.



A w łóżeczku
( Jeśli grypa letka )
Całkiem miło:

Książeczka,
Gazetka,

Albo słodkie kimanie-drzemanie.

Jeśli tylko radio nam nie trzeszczy

I symptomów nie ma zbyt złowieszczych,

To jest bosko , panowie i panie.


Ludwik Jerzy Kern


I jeszcze coś do łóżeczka : szarloteczka i debiutancka naleweczka z moreli :)

Oto przepis, który znalazłam i wypróbowuję :

1 kg moreli, 1 litr spirytusu, 1 kg cukru, 0,5 szklanki brandy, 0,5 szklanki wody, pół laski wanilii

Dojrzałe i słodkie morele umyć, osuszyć, wydrylować i pokroić na ćwiartki.
Dodać wanilię i 5 rozkruszonych
pestek morelowych. Zalać spirytusem, postawić w słonecznym miejscu na 4 - 6 tygodni, od czasu do czasu potrząsając słojem. Zlać nalew, przecedzić i odstawić do ciemnego pomieszczenia.
Pozostałe morele zasypać cukrem i trzymać do czasu rozpuszczenia się cukru ( co parę dni wstrząsać słojem). Następnie zlać syrop, połączyć z nalewem oraz brandy. Owoce przepłukać wodą, odcisnąć i dodać do nalewki.
Nalewkę odstawić na miesiąc do sklarowania, następnie przefiltrować. Odstawić w ciemne, chłodne pomieszczenie na co najmniej jeden miesiąc. Im dłużej stoi , tym podobno lepszy aromat i smak :-)

poniedziałek, 28 września 2009

Duńskie drobiazgi , wizytownik i pudełko po czekoladkach


Człowiek normalny nie przywozi z zagranicznych wojaży drewnianych surówek do decoupage. Ja przywiozłam. Zajęły znaczną część walizki. Większość została poobklejana i rozdana, ale zostały jeszcze miniaturowe chodaczki i koneweczka. Poczekały rok, a teraz nadszedł ich czas. Dołączył do nich wizytownik na zamówienie dziecka i pudełko po wedlowskich czekoladkach, ponieważ takie fajne pudełko z surowego drewna nie dawało mi spokoju ;)












czwartek, 24 września 2009

Wspomnienie przeszłego lata, Neil Gaiman i kiczowaty motylek


Tegoroczne lato jest już wspomnieniem. Na jego pożegnanie moje działkowe marcinki tłumnie odwiedzają kolorowe motyle. Zestawienie barw na zdjeciu wyszło nieco kiczowate, ale to kicz matki natury, więc nie podlegający krytyce ;) Takie jest i już. Zresztą fiolety jakieś się dziwnie zrobiły ostatnio modne. Grzejąc się w ciepłym jesiennym słoneczku i podziwiając motylą krzątaninę wróciłam myślami do miłych urlopowych dni.





Bez książki nie zdaża mi się wyjechać na żaden urlop. Spływ ma jednak swoje prawa. Książka musi być cienka i lekka. Atutem "Koraliny" Gaimana był też spory rozmiar czcionki ( w namiocie bywa ciemnawo). Nie przepadam za fantastyką i horrorem, a tu nagle zastosowanie kontrowersyjnej selelekcji doboru lektury przyniosło mi miłe zaskoczenie. Na tyle miłe ,że kolejne wieczory urlopu wypełniło mi "Niegdziebądź" , a ostatnio "Amerykańscy Bogowie" tegoż autora.
To taka dziwna fantastyka rozbudzająca nasze dziecięce strachy ukryte za starymi drzwiami domu lub dorosłe tęsknoty do ucieczki w świat równoległy, którego istnienie podejrzewamy. Świat straszny i groźny, ale taki , w którym urzędnik zatopiony w codziennej szarości biura może stać się herosem. Lubię mówiące koty i sądzę,że należy nauczyć się ich słuchać , by móc je rozumieć.
Jestem przekonana,że świat widziany oczami człowieka jest projekcją mózgu każdego z nas. Sposób w jaki go odbieramy jest ograniczony anatomiczną budową receptorów naszych zmysłów.
Motyl na fioletowym marcinku żyje w obcym i nieznanym nam świecie.
Pociągające w fantastyce Gaimana jest to, że oferuje ciekawą ucieczkę od trudnej, nużącej codzienności i proponuje byśmy się uważniej rozglądali wokół siebie, bo właściwie nic nie jest takie, jak nam się wydaje.
I choć jestem osobą raczej twardo stąpającą po ziemi, trochę lekturowej odmiany było mi miłe , szczególnie kiedy książki są tak dobrze napisane.
Zainteresowanym szczerze polecam, a ja tymczasem spróbuję posprzątać w szufladkach pamięci,odszukać wspomnienia i myśli pachnące latem, by móc je przywołać w zimny jesienny wieczór, ubrać w słowa i wkleić w kapryśnikowe kartki.


poniedziałek, 14 września 2009

Pudełko


Choćbym była nie wiem jak zapracowana, zajęta tysiącem spraw różnych, trudnych , smutnych, czy zwyczajnie męczących ,to jak obiecałam, że zrobię pudełko na serwetniki, to je zrobić muszę. Pudełko na herbatę i konewkę też zrobiłam.Jakoś wiosną. Zdjęcia zrobiłam teraz. Marne. Ale zrobiłam. Jak wreszcie znajdę więcej czasu dla siebie, to zrobię może coś ładniejszego. Przynajmniej się postaram ;)))