niedziela, 11 października 2009

Post osobisty, czyli trochę historii.


Szkolne lekcje historii często zieją nudą. Moje ziały.

Nauczycielka cytowała na nich z pamięci kolejne rozdziały niezbyt udanego podręcznika.
Upadek Cesarstwa Rzymskiego , czy wojna rosyjsko - japońska były dla znudzonych uczniów zlepkiem odległych zdarzeń i dat.
I oto, niespodziewanie w jesienny deszczowy wieczór, podczas porządkowania papierów, które zostały po moim tacie , historyczne wydarzenia z przed ponad stu lat stały się bliskie na wyciągnięcie ręki.
W pudle wypełnionym pocztówkami i listami , pośród widokówek przesyłanych z wakacyjnych wyjazdów znalazłam kilkanaście kartek pocztowych pisanych ręką mojego dziadka w latach 1903 - 1906. Dziadek w wieku lat dwudziestu , jako poddany carski został wcielony do rosyjskiego wojska.
Stacjonował w Odessie , później w Spasku nad Morzem Japońskim , a potem w oblężonym przez wojska japońskie Chabarowsku.
Stamtąd też przesyłał kartki pocztowe do swoich rodziców mieszkających w Warszawie na ulicy Krochmalnej.
Pełni obaw o zdrowie i życie syna czekali na wiadomości , a równocześnie razem ze wszystkimi Warszawiakami cieszyli się ze sromotnej klęski carskiej floty pod Cuszimą.
Wojna się skończyła, dziadek wrócił do Warszawy, ożenił się , po latach urodził się mój tata , ja , moja córcia.
Kolejne
zawieruchy dziejów wplatały się w losy rodziny tworząc historię , która oglądana z perspektywy pokoleń staje się bliska i osobista.


Poniżej kilka lepiej zachowanych kartek z widocznymi datami i stemplami:






Nie mam pojęcia jakim cudem te pocztówki przetrwały późniejsze wojny i burzliwe koleje losu mojej rodziny. Zapewne zachował je dziedziczony z pokolenia na pokolenie głęboko zakorzeniony wstręt do wyrzucania pamiątek.
To , że mogę dać do przeczytania mojej córce kartkę pisaną podczas wojny rosyjsko - japońskiej przyprawia o zawrót głowy.


Dziś już dziadkowe kartki wracają na honorowe miejsce w pudełku, a ja idę uczcić rodzinne znalezisko pysznymi rogalikami.
Zawsze muszę znaleźć sobie jakieś zajęcie, nawet na niedzielny wieczór, cóż - taki los łakomczuchów. Aha , przepis na rogaliki jest mojej babci , więc to będą historyczne rogaliki z wiśniową konfiturą w cieście śmietanowym :)))
Zdjęcia i przepis następnym razem , bo albo pieczenie , albo pisanie.


7 komentarzy:

  1. piekny kawal historii Ci sie zachowal,to prawdziwy skarb namacalny

    OdpowiedzUsuń
  2. i jestem dumna z naszego rodzinnego wstrętu do wyrzucania pamiątek!!!

    więcej takich wpisów mamuś!!! więcej!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. jakie to ciekawe... przy najbliższej okazji muszę koniecznie przeprowadzić inspekcję pocztówek :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Och Kaprysiu - przed chwilką napisałam do Ciebie bardzo długi "list" :) ale przez nieuwagę wdusiłam coś.. co wyłączyło mi komputer :( no i wszystko przepadło! Teraz będzie krócej - piękna historia, prawdopodobnie najgłębiej do nas przemawia! Jesteś prawdziwą szczęsciarą będąc posiadaczką takich kartek!! Ja nie mogę odżałować, iż mój dziadek któregoś dnia zniszył większość bardzo starych pamiątkowych zdjęć rodzinnych.. dlaczego??
    Dobrze, że Twój dziadek szczęśliwie powrócił!!
    A rogaliki - doprawdy narobiłaś mi ogromnego smaczka! Jutro mam wolne, więc pewnie coś też upichcę :) Z przepisu na pewno skorzystam.. szkoda, że nie mam wiśni - ech, u mojej mamy tyle ich było!
    Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
  5. Zazdroszcze rodzinnych pamiatek, niestety nic nie mam po rodzinie, a im starsza jestem tym bardziej chce mi sie miec cokolwiek po nieznanych ale przodkach.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Zawrót głowy i to jaki! i jeszcze ta Krochmalna...

    OdpowiedzUsuń
  7. Jesteś Kaprysiu Warszawianką od pokoleń,musisz kochać
    to miasto ...:)Alusia

    OdpowiedzUsuń