czwartek, 31 grudnia 2009

Sylwestrowy powrót marnotrawnej Kaprysi.


No, ładne rzeczy - 31 grudnia! Święta minęły, tylko bombki na choince patrzą z wyrzutem :
" Tak mało nas zrobiłaś w tym roku !"




I co tam będę pisać, że byłam bardzo zajęta i zapracowana.
Wy też byłyście. Nie będę również pisać, że zmęczenie, zniechęcenie, smutki i złe humory odbierały mi chęć do pisania.  Nie usprawiedliwia mnie również czasowy brak dostępu do komputera. Ludzie miewają problemy z komputerami, pracują, przeżywają własne smutki i troski, szykowali też święta, a posty pisali i zamieszczali piękne zdjęcia.
Usprawiedliwienia brak.
Prywatnie zmotywowana przez Ori, mając w perspektywie cudownie domowego, cichutkiego Sylwestra  przy zasłoniętych i szczelnie zamkniętych oknach, obok spokojnie śpiącego psa ( po odpowiedniej dawce leków uspakajających ) zasiadam więc skruszona przed klawiaturą, by wszystkim, którzy mają jeszcze cierpliwość tu zaglądać ,złożyć Noworoczne życzenia.

Autorkom i autorom wszystkich oglądanych i podziwianych przeze mnie blogów, bliskim i przyjaciłom oraz wszystkim gościom zaglądającym w kapryśnikowe "kartki" składam życzenia spełnienia pragnień i realizacji dążeń , cytując króciutkie i urokliwe opowiadanie Neila Gaimana. 
Przyjmijcie tę " Instrukcję" na Nowy Rok 2010, a może spełni Wasze marzenia i oczekiwania :)))

" Dotknij drewnianej furtki w nigdy wcześniej 
niewidzianym murze
Nim odsuniesz zasuwkę, powiedz "Proszę" ,
Wejdź,
I idź scieżką.
Czerwony metalowy chochlik wisi na zielonych 
drzwiach,
Służąc za kołatkę;
Nie dotykaj go, ugryzie cię w palce.
Przejdź przez dom. Niczego nie bierz. Niczego nie jedz.
Ale,
Jeśli jakaś istota powie ci,że jest głodna,
Nakarm ją.
Jeśli powie ci ,że jest brudna,
Umyj ją.
Jeśli zapłacze,że coś ją boli,
O ile zdołasz,
Ukój jej ból.
Z ogrodu na tyłach ujrzysz dziki las.
Studnia przy ścieżce zawiedzie cię do królestwa Zimy;
Na jej dnie rozciąga się inny kraj.
Jeśli tu zawrócisz,
Możesz wrócić bezpiecznie;
Nie stracisz twarzy, wcale nie uznam cię za tchórza.
Gdy wyjdziesz z ogrodu, znajdziesz się w lesie.
Drzewa tu są stare. Z poszycia zerkają oczy.
Pod poskręcanym dębem siedzi staruszka. 
Może cię o coś poprosi;
Daj jej to. A ona
Wskaże ci drogę
Do zamku. Wewnątrz
Zastaniesz trzy księżniczki.
Nie ufaj najmłodszej. Idź dalej.
Na polanie za zamkiem dwanaście miesięcy zasiada
wokół ogniska,
Grzeją stopy i snują opowieści.
Jesli zachowasz się grzecznie, możesz dostać dary,
Nazbierać słodkich truskawek na grudniowym mrozie.
Możesz zaufać wilkom, lecz nie mów im, dokąd 
zmierzasz.
Przez rzekę przeprawisz się promem. Zabierze cię 
przewoźnik.
( Odpowiedź na jego pytanie brzmi:
"Jeżeli odda wiosło pasażerowi, będzie mógł zejść 
z łodzi".
Podaj mu ją z bezpiecznej odległości).
Jeśli orzeł da ci w darze pióro, ukryj je bezpiecznie.
Pamiętaj, że olbrzymi śpią aż nazbyt mocno;że
Czarownice często zdradza ich apetyt;
Smoki mają gdzieś zawsze jeden słaby punkt;
Serca bywają dobrze ukryte,
A ty zdradzasz je słowem.
Nie zazdrość swojej siostrze:
Wiesz ,że diamenty i róże,
Sypiące się z ust, są równie nieprzyjemne, jak żaby
i ropuchy:
A także zimniejsze, ostrzejsze i kaleczą.
Zapamiętaj swoje imię.
Nie trać nadziei-znajdziesz to czego szukasz.
Ufaj duchom. Ufaj tym , którym pomogłeś,
bo oni też ci pomogą.
Ufaj snom.
Ufaj swemu sercu i swojej historii.
Gdy zechcesz wrócić, idź tą samą drogą.
Przysługa za przysługę, długi zostaną spłacone.
Nie zapomnij o dobrym wychowaniu.
Nie oglądaj się za siebie.
Dosiądź mądrego orła (nie spadniesz),
Dosiądź srebrzystej ryby ( nie utoniesz),
Dosiądź szarego wilka ( mocno chwyć się futra).

W sercu wieży kryje się robak; to dlatego nie będzie 
stać wiecznie.

Kiedy dotrzesz do domku od którego zaczęła się
twoja podróż,
Poznasz go, choć wyda ci się mniejszy, niż sądziłeś.
Idź ścieżką przez furtkę, którą widziałeś wcześniej
tylko raz,
I wracaj do domu. Albo stwórz sobie nowy dom.
Albo odpocznij.  "
Neil Gaiman

Obszerność tego posta może choć w części zrekompensuje ponad miesięczne milczenie, kończąc ten przydługi wpis jeszcze raz


DO SIEGO ROKU 2010 życzy Kaprysia:)))



środa, 25 listopada 2009

Listopadowe umilanie


Dni uciekają. Listopad w tym roku jakiś ciepły.  I dobrze. 
Nie ma śnieżnej brei i przenikającego zimna, tylko coraz krótszy dzień przypomina o zbliżającej się wielkimi krokami zimie , która z pewnością, jak to zwykle ma w zwyczaju, nas zaskoczy ;)  
Tymczasem pozostawione na próbę na balkonie pelargonie mają się całkiem dobrze w towarzystwie dyni czekającej na zamianę w zupę.



Długie wieczory należy umilać. Najprostszy sposób umilania to umilanie poprzez dobre jedzonko. Tym razem przepis wypatrzyłam u An-ny z bardzo smakowitego blogu "Waniliowo" choć wcale nie waniliowy , a warzywny. 
Pieczone warzywka z octem balsamicznym, oliwą i rozmarynem. 
Wyglądały tak:



a smakowały pysznie.
Kolejny sposób na umilanie, to umilanie poprzez dobry napitek. Nastawiona we wrześniu morelówka zaczyna powoli dojrzewać. Wykonaliśmy więc próbę przydatności do wypicia.




Wygląda ładnie i zachęcająco, ale musi jeszcze swoje odstać, jak to nalewka.
A teraz ostatni na dziś , podesłany mi  w prezencie przez Ewę , przepis na umilanie jesiennych wieczorów, przeznaczony wyłącznie dla  wielbicieli książek. 
Oto przepis w punktach:
1. wybierz dzień pomiędzy 30 listopada , a 23 grudnia tego roku
2. nie wybieraj niedzieli
3. jeśli wybierzesz sobotę,zarezerwuj sobie czas między godziną 11.00, a 15.00
4. jeśli wybierzesz inny dzień, masz czas od 11.00 do 19.00 
5. pojedź na ul. Dobrą 56/66 w Warszawie, jest tam Biblioteka Uniwersytecka
6. na poziomie -1 czekać tam będzie na ciebie 
CMENTARZYSKO ZAPOMNIANYCH KSIĄŻEK
7. nie kupisz tam książek, możesz je tylko przygarnąć i zabrać do domu
8. na nowy dom będzie tam czekało ponad 30 000 woluminów
9. wchodząc do CMENTARZYSKA ZAPOMNIANYCH KSIĄŻEK dostaniesz wielką   papierową torbę
10. za wejście zapłacisz 30 zł i możesz całą ją zapełnić, ale jeżeli jesteś studentem, emerytem lud przyniesiesz ze sobą 10 książek , które chcesz przekazać komuś innemu zapłacisz 25 zł
11. jeśli uważasz, że to za drogo wybierz się z przyjacielem lub rodziną. Osoba, która będzie brała książki do wspólnej z Tobą torby zapłaci za wejście 5 zł

Do zobaczenia.




piątek, 20 listopada 2009

"Kraina chichów" i zapach psiego ucha.


Najbardziej lubię poranne chwile, tuż przed świtem. Wtedy już nie śpię, ale jeszcze nie całkiem się obudziłam. To taki cudowny stan przejściowy. 
W wygrzanym tunelu pod kołdrą panoszy się rozkoszne ciepełko. Miarowy psi oddech i zapach rozgrzanego władkowego ucha rekompensuje brak przestrzeni do przeciągania. Łaciaty zagarnia zwykle połowę łóżkowej powierzchni ;) 
No, niech zagarnia jak najdłużej, to przywilej rozpieszczonego domowego futrzaka :)   Jeśli jeszcze składa się tak cudnie, że nie jest to dzień pracy, to te pyszne chwile można przedłużyć ,aż do zdecydowanego psiego ziewnięcia, domagającego się porannego spacerku.



Dzień idealny mógłby właśnie tak się zaczynać. Potem , po psim spacerze, czerwona herbatka pu -erh, lekkie śniadanko i książka. 
Przerwy w czytaniu na spacery i przerwy w spacerach na czytanie. Drobne przekąski, kieliszek dobrego czerwonego wina, fotel, kocyk, herbatka. Tym razem już czarna , mocna najlepiej w filiżance, a obok na spodeczku wiśniowe konfitury. Troszeczkę, dla smaku. Taaaak.
Dziś prawie tak było :))) Skończyłam czytać "Krainę Chichów" Jonathana Corrolla. Lubię książki o książkach  i wielbicielach książek. Po pierwszym rozdziale ta na taką wyglądała, ale to złuda. To książka o największym marzeniu każdego pisarza. Większość z piszących ma poczucie misji. Tworzą z potrzeby własnej duszy. Chcą opisywać, pokazywać , intrygować. Oczekują od czytelników uznania , a przynajmniej zainteresowania.
W " Krainie Chichów" pisarz tworzy realne postacie, daje i odbiera im życie. Pisząc po mistrzowsku zyskuje zdolność tworzenia rzeczywistości. Czyż to nie próżne? Bardzo. A jakie kuszące;)
Dobrze się czytało.
Za oknem już ciemno. Codzienna rzeczywistość krzyczy brudnymi garnkami w zlewie i stosem ubrań do prania. Cóż, miłe dni nie byłyby tak miłe ,gdyby ciągnęły się bez końca. Przyjemne docenia się wyłącznie na tle nieprzyjemnego, inaczej robi sie nudno;)

poniedziałek, 16 listopada 2009

Sobotnie wyklejanki


Chandra ma się świetnie, nic nie pomaga. Zrezygnowana sobotnią noc spędziłam z klejem i nożyczkami. Też nie pomogło, ale przynajmniej coś zrobiłam;)

Herbaciarkę :





Serwetnik:









Przybornik na karteczki i długopisy:







Jeżeli po dobroci nie udało mi się zwalczyć mojego podłego nastroju postanowiłam zadać mu cios ostateczny, na zasadzie klin klinem .  
Poszłam zapisać się do dentystki. Wszystko udało się doskonale. Nie zastałam jej w gabinecie ;) Jutro też pójdę. Może jakimś cudem ma dłuższy urlop ;)))


czwartek, 12 listopada 2009

Chandra


Kilka dni temu dostałam od Ani z Jezior "Koleżeńskie wyróżnienie", za które bardzo, bardzo  dziękuję i które sprawiło mi wielką przyjemność. Nie umiem oczywiście umieścić go w swoim blogu. Nie powiem , próbowałam, ale brak czasu nie pozwolił mi na dłuższe walki z komputerem. Przekazuję  je wszystkim dziewczynom, które mnie odwiedzają i równocześnie witam serdecznie barbaratoja w gronie oglądaczy i komentatorów:)))
Czy pisałam już może,że lubię listopad ? Chyba pisałam. Zawsze go lubiłam .
To miesiąc moich imienin , a kiedyś imienin mojego taty.W listopadzie urodziło się moje dziecko i moja młodsza chrześnica. Rozpoczyna  się czas kiedy zaczynam już myśleć o świętach.  W domu jest miło i ciepło, długie wieczory umila blask świec,pachnie ciasto i pieczone mięsko, bo w listopadzie lubię pitrasić. Miesiąc wielu świąt rodzinnych wymusza  spotkania w większym gronie. Pomimo codziennej gonitwy miło znaleźć czas dla bliskich. Bez tego robi się naprawdę szaro , smutno i źle. Jest więc sympatycznie, nawet pies w ostatnich dniach czuje się troszeczkę lepiej:) , a ja mam wielką, rozlazłą i czarną jak deszczowa chmura chandrę..... Okropność.

Skąd się wzięła przynosząc ze sobą zniechęcenie i całkowity brak entuzjazmu do czegokolwiek ? Czyżby jednak zawiniły cyferki w kalendarzu , czy może tylko drobne smutki, deszcz i szaruga? Nie wiem. Po prostu jest :(((
 
Na potężną chandrę konieczne są stosowne środki zaradcze.  
W strugach deszczu wybraliśmy się  na warszawskie Koło poszperać w starociach. Sposób poprawiania nastroju polegający na snuciu się w błocie po targowisku może wydawać się kontrowersyjny;)  Jednak spędziliśmy tam około dwóch godzin, przemokły nam buty i już mieliśmy kierować się do samochodu ,kiedy wśród zmokniętych mebli wypatrzyłam szafeczkę. Ani  specjalnie antyczną, ani też specjalnie drogą, całe szczęście, bo wiedziałam  już od pierwszego spojrzenia , że bez niej do domu nie wrócę:)))  
W drodze powrotnej nabyliśmy preparaty do konserwacji mebli i resztę weekendu poświęciłam na gruntowne czyszczenie i odświeżanie.

Jestem okropnie niecierpliwa , tak więc przy dużej pomocy mojego bardzo, w odróżnieniu, cierpliwego męża :) , w niedzielę wieczorem szafka wisiała już w kuchni:)))

Oto efekt:









Przez chwilę myślałam, o pomalowaniu jej na biało i zrobieniu przecierek, ale szybko porzuciłam ten pomysł. Za bardzo spodobała mi się taka jaka jest teraz:) Zresztą mam takie wrażenie ,że moda na bielenie i przecieranie wszystkiego co popadnie , pomimo tego , że jest sympatyczna , to jak każda moda jest przemijająca. Zresztą w ograniczonym metrażu mieszkania, które w ogóle nie ma nic z rustykalnego charakteru , nawet najładniejsze białe meblowe przecierki mi nie pasują.
Na dowód , że walcząc z chandrą czasem  sięgam również  po klej i serwetki, wklejam zdjęcie dwu z kilku kompletów serwetników, które ostatnio zrobiłam. 
Powstały na dokładne zamówienie, więc serca do nich nie mam, jak do wszystkiego co zrobić muszę , bo obiecałam . Co za przykra natura;))) 



W perspektywie za to większa ilość  wyklejanek, ponieważ nakupiłam różnych "surówek" i kuszą mnie swoimi czystodrewnianymi powierzchniami :)
Myślę jeszcze nad kolejnymi ciosami , jakie mogłabym zadać swojej chandrze. Jak wymyślę to napiszę, a na dziś to tyle ;)))


piątek, 30 października 2009

Halloween




Halloween rozgościło się u nas na dobre. Planowane z wyprzedzeniem zabawy w pubach , gumowe maski i kiczowate stroje straszące w hipermarketach zachęcają do świętowania. Kupujemy dynię , wydłubujemy jej oczy i zęby, wstawiamy do niej świeczkę , i co ?     Nic.      
To tylko lampion, a gdzie duchy?  Są , tylko zapomniane , wzgardzone , niemodne.   A przecież nasze, rodzime, słowiańskie .
Jakże musi im być przykro ...
Zaprośmy je może na ten wieczór słowami wieszcza:

"Czyśćowe duszeczki!
W jakiejkolwiek świata stronie:
Czyli która w smole płonie,
Czyli marznie na dnie rzeczki,
czyli dla dotkliwszej kary
W surowym wszczepiona drewnie,
Gdy ją w piecu gryzą żary,
I piszczy, i płacze rzewnie;
 Każda spieszcie do gromady!
Gromada niech się tu zbierze!
Oto obchodzimy Dziady!
Zstępujcie w święty przybytek;
Jest jałmużna, są pacierze,
I jedzenie i napitek."


Drzwi skrzypią, wiatr huczy za oknem , światło przygasło, pies uciekł do koszyczka pod stół. W domu chłód i słychać stuk , puk ...

" Ciemno wszędzie, głucho wszędzie,
Co to będzie , co to będzie?"


Wiatr ucichł, cisza ,  za oknem zimna mgła, firanka fruwa, talerzyk pękł na stole, płomyczek świeczki zgasł kolejny raz.....


" Czego potrzebujesz, duszeczko,
Żeby się dostać do nieba?
Czy prosisz o chwałę Boga?
Czyli o przysmaczek słodki?
Są tu ciasta, pączki, mleczko
I owoce , i jagodki."


 Zaszumiało , zahuczało, pies pod stołem kładzie uszy, szepty ciche płyną z dali,  głosy jęczą skargi, słowa....


" Gdy nic tobie nie pomoże, 
Idźże sobie precz , nieboże.
A kto prośby nie posłucha,
W imię Ojca, Syna, Ducha,
Czy widzisz Pański krzyż?
Nie bierzesz jadła, napoju?
Zostawże nas w pokoju!
A kysz, a kysz!

Miłego , spokojnego świętowania Wam życzę. Wszyscy możemy być kiedyś zbłąkanymi duchami, dbajmy więc o nie w ich święto ;)))

piątek, 23 października 2009

Za tydzień już listopad...



Po warszawskich Powązkach prowadzą mnie ścieżki wydeptane przez pokolenia. Nie pamiętam numerów alejek i kwater. Znam za to na pamięć mijane od lat drzewa , nierówności chodnika i nagrobki. 


Idąc, czasem opuszczam głowę i przez przymknięte oczy widzę swoje dziecięce botki drepczące u boku ojca.
Na początku lat trzydziestych ubiegłego wieku, kiedy on miał lat kilka, jego drobne kroki towarzyszyły matce i rodzeństwu.
Opowiadał mi jak mama, a moja babcia, zabierała na całodzienną wyprawę z Mokotowskiej na Powązki usmażone wcześniej mielone kotlety w kanapkach z chrupiących bułeczek. A jakie to były bułeczki to już tylko nieliczni pamiętają :)))
Mały tata odwiedzał wtedy grób swoich dziadków, rodziców mamy. Moja córka  sprząta dziś ze mną ten sam grób, ale swoich prapradziadków i dziadków. 
Dla mnie to również wizyta u rodziców. Lubię tam chodzić.
W migoczących płomykach zniczy ożywają wspomnienia, zawsze te ciepłe i pogodne.
Przy grobie rośnie potężny kasztanowiec. Spadające każdego roku liście i kasztany dostarczają zajęcia kolejnym pokoleniom, a jest tych liści zwykle kilka solidnych worów.
Spoceni jak myszy, ładując kolejny worek wspominaliśmy ostatnio jak pewnego roku w towarzystwie ojca kończyliśmy sprzątanie.
Na wiszącej nad samym środkiem grobu gałęzi dyndało jeszcze kilka opornych liści. Tata był pedantem i burzyło to spokój jego ducha oraz bardzo silne poczucie estetyki. Rzucał w nie więc parasolem. Skutek był łatwy do przewidzenia. Liście wisiały niewzruszone, a obok nich wdzięcznie zawisł parasol. Wysoko to było dosyć. Mój młody, wtedy, i super sprawny  mąż wykazać się musiał małpią zwinnością, żeby parasol odzyskać, co wzbudziło ogólne zainteresowanie licznie zebranej na  cmentarzu gawiedzi.
Co roku, pewna atrakcja nierozerwalnie związana z dniem Wszystkich Świętych, urozmaica nam wędrówki po cmentarzach.
Kiedyś dostępna jedynie na cmentarzu bródnowskim, dziś wszechobecna. PAŃSKA SKÓRKA - paskudztwo to uwielbiam od małego kajtka, a co gorzej sprzedałam to upodobanie swojemu dziecku.
Okropnie słodka, oklejająca się po zębach, zawinięta w paskudne papierki, robiona w warunkach, o których nie chcę wiedzieć - cudowna....
Najpyszniejsza ta sprzedawana przy cmentarzu bródnowskim przy bramie głównej ;)
Na Bródno jeździłam z mamą. Tam prócz opisanych powyżej rozkoszy pańskiej skórki, po odwiedzeniu grobów dziadka, babć (dziadek żon miał sześć, ale to całkiem inna historia:)))), oraz pradziadków (tych z Krochmalnej) zwykle zmęczone i zmarznięte korzystałyśmy z dobrodziejstw tzw."Baru pod trupkiem" Przybytek ten położony był bardzo praktycznie vis a vis bramy głównej cmentarza przy ul. Wincentego. Ślad po nim zaginął już wiele lat temu. 
Wyglądał  jak najgorsza praska melina, a serwował prócz wódki na pięćdziesiątki przy ladzie, cieszącej się ogromnym wzięciem, najlepsze na świecie schabowe z kapustą jakie kiedykolwiek zdarzyło mi się jeść w knajpie. Ach.....
Nie żebym przepadała za melinami, ale dawny praski koloryt miał w sobie coś egzotycznego i pociągającego. 
Wystarczyło przejechać tramwajem przez most, żeby z eleganckich uliczek Starówki w dziesięć minut znaleźć się w innym świecie. 
Trzydzieści lat temu wyprawa na Bazar Różyckiego niosła ze sobą również element ryzyka;) Biada temu, kto wszedł w ciąg położonych jedno za drugim podwórek dzielących praskie kamienice. Z trzeciego się zwykle już nie wychodziło;)
Dziś Praga się zmienia. Stała się modna, zyskała ciekawe centra kulturalne w dawnej fabryce wódek "Koneser", czy  Fabryce Trzciny. Kamienice na Ząbkowskiej, Brzeskiej i Targowej zdobią wyremontowane fasady.
Niezmienne pozostają tylko stare warszawskie cmentarze.


W refleksyjny charakter pierwszych listopadowych dni wplatają się wspomnienia dziecięcych smaków i wrażeń. 
Póki te ciepłe wspomnienia będą żywe, groby nie będą tylko kamiennymi płytami, a świadectwem żywej historii zamykającej przeszłość i przyszłość każdej rodziny.