sobota, 26 czerwca 2010

Jeszcze o ceramice

Znowu lato:) Wiele osób pakuje walizki, a ja kombinuję jak tu nie całkiem rozstać się z ceramiką na czas wakacji;) Wymyśliłam sobie, że kupię glinę i lepić będę w domu. To co ulepię i tak musi schnąć, więc będzie schło, aż znajdę "dojście do pieca", potem pomartwię się o szkliwo i kolejne dojście;))) Problem z glinianymi surówkami jest taki, że są bardzo kruche, łatwo je uszkodzić przenosząc i transportując. Trudno, będę ostrożna, a straty muszę wkalkulować;)
W ostatnim wypale przed wakacjami Młoda zdążyła jeszcze skończyć swoją miseczkę z ładnie dobranymi kolorami szkliw, czyli z wierzchu "mandaryn", a w środku "zieleń wielkanocna".  Wczoraj poskładałam drugi naszyjnik z wcześniej zrobionych koralików i dokupionych elementów.
To naszyjnik,

 a to miseczka:

 
W jednym z komentarzy, Plastusia pisała o ceramicznej technice raku. Nie miałam niestety możliwości wypalania tą metodą, ale dostałam w prezencie od przemiłej koleżanki Małgosi, malarki romansującej z ceramiką,  miseczkę zrobioną w tej technice.
To miseczka:


Podczas pobytu w Łucznicy oglądałam ziemny piec do raku. Jest to stara japońska metoda wypału, a piec wygląda tak:




W piecu temperatura jest niekontrolowana, jest to tak zwany wypał "żywym ogniem", a wypalone rozpalone do czerwoności naczynia wyjmuje się szczypcami i studzi w trawie, słomie lub trocinach.
Podczas wypału cegły pieca są tak rozgrzane, że w najgorętszych miejscach z rozpalonej czerwieni przechodzą w biel i stają się prawie przezroczyste.
Kto nie widział nie uwierzy. Taki ziemny wypał trwa czasem całą noc i stąd w Łucznicy nie ma grili i ognisk z kiełbaskami, a są wypały do białego rana, bardzo atrakcyjne i rozrywkowe ;)))
Wakacje upominają się o swoje prawa i wypada wreszcie zaplanować urlop. Oczywiście na wodzie:))) Po odrobinie zastanowienia udało nam się wymyślić tegoroczną trasę spływu, która będzie atrakcyjna ceramicznie;) 
To ukłon wyrozumiałego męża w kierunku kolejnej mojej zachciewajki:) Rzeki mamy do wyboru trzy, może być Wda, albo Drawa, a może Rega. Wszystkie płyną przez piękne Kaszuby, gdzie w miejscowości Chmielno nad jeziorem Białym od dziesięciu pokoleń rodzina Neclów para się garncarstwem, ale to już temat na post pourlopowy, a tu niestety do urlopu jeszcze zostało nieco dni, które się dłuuuuuużą okropnie.
Tak więc, aby do urlopu, a tymczasem popaprzę się jeszcze w glinie :)))

*Zdjęcie pieca do raku jest autorstwa Darii.

środa, 23 czerwca 2010

Wypał, czyli druga strona mydelniczki.


Zgodnie z obietnicą postaram się odpowiedzieć na pytania zawarte w komentarzach pod poprzednim postem.
Wybierając się na pierwsze zajęcia od razu założyłam, że spróbuję zrobić koraliki do różnych koralowych wariacji. Żeby jednak zrobić koralik lub koralik makaron trzeba zacząć od skrzynki , w której będą wypalane. 
Lepimy więc najpierw skrzynkę z dziurkami i uchwytami na druty ( specjalne druty tytanowe, bo inne rozpuszczą się w piecu ). Po ulepieniu każdy wyrób musi wyschnąć, a schnie wolno, nawet do tygodnia, im grubsza warstwa gliny, tym dłużej. Jeśli włożymy do pieca źle wyschnięte koraliki lub miseczki to pękną.
Tak wysychały miseczki w pracowni ceramicznej w Łucznicy.

Zasmucę Was zapewne, ale ceramiki nie da się wypalać w piekarniku, nad czym sama boleję;)
Do tego potrzebny jest specjalny piec, w którym można osiągnąć temperaturę do 1300 stopni Celsjusza.
 
Po pierwszym wypaleniu otrzymujemy "biskwity" , które dopiero można szkliwić. Poszkliwione wędrują ponownie do pieca i w nieco niższej temperaturze wypiekają się kolejne kilka godzin.

Powyżej skrzyneczka z poszkliwionymi koralikami gotowymi do drugiego wypalania.
Próbki kolorów szkliw robi się na małych kwadracikach wypalonej gliny, jednak końcowy efekt szkliwienia jest zawsze niewiadomą. Zależy od wahań temperatury, czasu wypału i od tego co koło siebie stoi w piecu. Kolory wędrują:))) Trzeba nie lada praktyki i umiejętności, żeby umieć w 100% przewidzieć efekt końcowy. Za to, za każdym razem przy otwieraniu pieca czekała na mnie niespodzianka;)
Poniżej próbki szkliw.

 
Przed wypalaniem poszkliwionych koralików trzeba tak je ułożyć, żeby do siebie nie dotykały, inaczej płynne szkliwo je poskleja.
Inne rzeczy, takie jak miseczki, muszą stać w piecu na powierzchni nie szkliwionej, czyli od spodu takich wyrobów nie pokrywa się szkliwem. 
Poniżej tajemnica mydelniczki, czyli cztery nóżki bez szkliwa, za to ułatwiające odpływanie mydlanej wody.

Rozmaitych kursów ceramicznych jest wiele, a wszystkie łączy raczej wygórowana cena. To zrozumiałe, bo piece kosztują kilkanaście tysięcy złotych, wypalanie trwa od kilku do kilkunastu godzin, czyli jest okropnie prądożerne, drogie są też szkliwa, a najtańsza w tym wszystkim jest glina;)
Świetne kursy od I do III stopnia organizuje Łucznica, są też pracownie ceramiczne np. w Warszawie.
Ja skorzystałam z możliwości udziału w zajęciach w jednej ze szkół wyposażonych w sprzęt i kadrę, w ramach programu finansowanego ze środków unijnych. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i zajęcia zakończyły się wraz z rokiem szkolnym:((( Tańszych lub nawet bezpłatnych zajęć warto poszukać w miejscowych ośrodkach kultury, ogniskach lub właśnie szkołach.
Kończąc ten techniczny post odpowiadam na pytanie Aty. Wszystkie wzory na "dekupażowych" koralach są wycięte z serwetek.
Najprzyjemniejsze dla mnie w zabawie z gliną jest to samo, co daje mi decoupage i filc.
Możliwość wyciszenia, oderwania od codzienności i pełen psychiczny odpoczynek, a w efekcie dodatkowo możliwość tworzenia drobiazgów cieszących oko:)
Tak naprawdę od dziecka wszyscy uwielbiamy babrać się w błotku, tylko z wiekiem jakoś nie wypada;)
Jeśli tylko znajdziecie możliwość i czas, to szczerze zachęcam do zmierzenia się z gliną. Mnie efekty dały ogromną frajdę :)))

niedziela, 20 czerwca 2010

Ceramika i decoupage

Podstępnie i zupełnie  niepostrzeżenie złapałam ceramicznego bakcyla. Po powrocie z Łucznicy, przez kilka kolejnych wtorków miałam okazję brać udział w warsztatach ceramicznych. Zaraziłam też Młodą.   
Obie nawet nie przypuszczałyśmy jak trudne może być lepienie w glinie, prawidłowe wypalenie , a szczególnie szkliwienie, którego efekt końcowy zawsze jest niewiadomą.
Nie będę nigdy profesjonalnym ceramikiem, nie starczy mi dnia, tygodnia i życia na kolejną zachciewajkową pasję, ale chociaż tak troszkę chciałam spróbować;)
Wymyśliłam, że  najłatwiej poradzę sobie z prostymi formami i tak powstały  koraliki różnych kształtów , mydelniczka i krzywa miseczka;)
Po wielu próbach udało mi się nareszcie osiągnąć efekt, który mogę pokazać.

Powyżej naszyjnik z własnoręcznie ulepionych i poszkliwionych koralików, a niżej koraliki moje i Młodej w krzywej miseczce i mydelniczka "moja duma" ;)




Koraliki w kształcie makaronu znajdą zapewne zastosowanie nadziane na filcowe dredy, kulki uzupełnią filcowe korale. W kolejce czekały drewniane korale i bransoletki do zdobienia decoupage, do którego znowu mam ostatnio mniej serca, ale i je poobklejałam. Filc czeka na jesień;)

Takie różne kaprysy na początek lata;))) 

piątek, 11 czerwca 2010

Upał, żuczek i "Niezwykła podróż Pomponiusza Flatusa"

Zimno źle, deszcz źle, upał źle. 
Każdy malkontent powinien być usatysfakcjonowany;)  Jest na co ponarzekać;)))
Jakby ktoś miał wątpliwości co do ocieplenia klimatu, to proszę bardzo. Rzut oka na termometr powinien starczyć za argument.
Co robić przy temperaturze 35 stopni w cieniu? 
Najlepiej nic:)))
Leżymy więc w przeciągu i sobie wegetujemy.Wegetację można pouprzyjemniać.  Do wyboru mamy lody, zimne napoje, chłodnik ( jak komuś się chciało i sobie wcześniej przygotował).
Jeśli leżymy w cieniu na trawce możemy obserwować czerwonego żuczka

lub poruszane lekkim wietrzykiem różowo-biało-zielone listki japońskiej wierzby na tle błękitnego nieba. 


Przy okazji gryzą nas komary i meszki, trawka kłuje w tyłek, każde ubranie parzy, a lody upaćkały wszystko wokół na słodko i marząco;)

Tak więc  wspaniale się składa, że nie mamy do dyspozycji trawki  w ogrodzie i jesteśmy aktualnie w  rozpalonej do czerwoności Warszawie. 
Asfalt prawie płynie ulicami, a my w chłodnym domku wegetację uprzyjemnić możemy książką.
Na tropikalne warunki atmosferyczne zalecana jest lektura lekka, łatwa i przyjemna, czyli prawie wakacyjna.
Proponuję niezastąpionego na takie okazje Eduardo Mendozę, na przykład w "Niezwykłej podróży Pomponiusza Flatusa".
Wątek po trosze sensacyjny i prawie historyczny, do tego wciągająca fabuła i narracja wywołująca salwy śmiechu, to świetne antidotum na upał.
Opowieść o wspólnej przygodzie bardzo młodego Jezusa i wędrującego po starożytnej Judei rzymskiego kronikarza, nie ma w sobie żadnych obrazoburczych treści, za to napisana jest z szelmowskim przymrużeniem oka, a do tego zgrabnie i lekko.
Sama przyjemność:)

niedziela, 6 czerwca 2010

U Ori.

Internet ma wszelkie cechy używki. Pisanie bloga, to już uzależnienie. Prócz cech negatywnych, takich jak chroniczny brak czasu, pieczenie oczu, zaniedbywanie wcześniejszych uzależnień, jak każdy nałóg ma strony przyjemne:) 
W końcu dlatego wpadamy w nałogi, że są fajne;) Miewają też nieprzewidywalne pozytywne skutki uboczne:) 
Najkrócej rzecz ujmując w ciągu ostatniego roku, poznałam wirtualnie mnóstwo osób ciekawych, twórczych i życzliwych. 
Internetowe nitki sympatii zaczęły się powoli skręcać i skracać, aż udało im się połączyć kilka z nas wspólną ochotą na prawdziwe spotkania.
A czy może być coś sympatyczniej urozmaicającego codzienność jak grupowy babski spęd przy kawusi?  A jeszcze kiedy takie spotkanie ma miejsce u Ori, to uatrakcyjnia go  możliwość nieograniczonego głaskania i drapania za uszami tymiankowego stadka:)
Nie ulegając blogowemu nałogowi zapewne nigdy byśmy się nie spotkały.
Na  fotorelacje zapraszam do Pełni lata w domu Tymianka i do Atteo , a autorką ciasta z truskawkami była Joanna szukająca inspiracji.
U mnie jedno z ujęć z serii ciasto i nos, koci portret i letni kubek z pelargonią. Też sobie taki kupię, a co, w końcu każda babska lojalność ma jakieś granice, u mnie kończy się na budzącej emocje porcelanie;) 




No, dobrze zwalczę w sobie jędzę i podzielę się adresem sklepu.
Miło było się spotkać:)