środa, 19 sierpnia 2009

Lubię

Lubię jesień.
Tę wczesną z obfitością owoców , warzyw i kwitnącą nawłocią, ale lubię również tę późną listopadową, kiedy w długie chłodne wieczory zapalam świece i znajduję czas na chwile z książką w miękkim fotelu, czy też na porzucone latem nożyczki , pędzle, klej i serwetki. Jesienne dni przynoszą mi uspokojenie i wyciszenie. I choć w tym roku wraz ze wszystkimi odcieniami złota i obfitością, jesień niesie mi troski, nadal ją lubię.
Kiedy stawiałam dziś na stole zebrany dla niej na psim spacerze kolorowy bukiet, obiecała mi ,że postara się być łaskawa:)


czwartek, 13 sierpnia 2009

Tykocin

Rozpoczynając urlop nigdy nie jedziemy bezpośrednio do miejsca, w którym mamy go spędzać. Wymyślamy okrężne trasy i planujemy wycieczki w miejsca , do odwiedzenia których w ciągu roku brakuje czasu lub sposobności. Jeździmy zatem dużo, przeważnie kiepskimi drogami, mijając , zazwyczaj podobne do siebie, miasteczka i wsie. Trochę brudne i zaniedbane, z przypadkową zabudową, w której wyraźnie odbiło się piętno PRL-u. Niejednokrotnie ciekawe zabytki, które w nich przetrwały stoją obok klockowatych pawilonów GS-ów i domów zbudowanych we wszystkich możliwych współczesnych stylach odzwierciedlających gust i zamożność właścicieli.
Wśród małych polskich miast Tykocin jest perełką. Brak mu tylko sławy nadwiślańskiego Kazimierza. Położony nieco na uboczu wynagradza z nawiązką nadłożone kilometry ciekawskim turystom.
W dużej części stara, niska jednorodna zabudowa, czyściuteńkie uliczki i place, perfekcyjnie wypielęgnowane ogródki przy domach. Latarnie, ławeczki, zieleńce , nowe i wyremontowane budynki, nawet kramy na małym rynku, wszystko idealnie pasuje do charakteru całości.

W centrum miasteczka późnobarokowy kościół, z którym sąsiaduje Alumnat założony przez Władysława IV dla weteranów i inwalidów wojennych, obecnie kryjący knajpkę z oknami wychodzącymi na płynącą w dole Narew i sympatyczny hotel.
Dalej świetnie zachowana synagoga stanowiąca wraz z usytuowanym obok Domem Talmudycznym Oddział Muzeum Podlaskiego w Białymstoku i żydowska restauracyjka "Tejsza", gdzie jedliśmy cudownego kurczaka po żydowsku:)


Tykocin ,dziś senny i spokojny, ma imponującą historię sięgającą XV wieku. Był miastem królów i hetmanów. Słynął z jarmarków , a do II wojny światowej był siedzibą drugiej co do wielkości w Polsce ( po Krakowie) gminy żydowskiej.
Według przewodnika zabudowa zachowała dawny charakter miast żydowskich, jest w niej jednak coś co nasuwało mi skojarzenia z duńskimi miasteczkami , które zwiedzaliśmy w ubiegłym roku na Jutlandii. Później doczytałam się ,że w XVII wieku mieszkali i pracowali w Tykocinie osadnicy holenderscy stąd zapewne podobieństwa.
W muzeum prócz starannie zgromadzonych pamiątek dawnego życia tykocińskich Żydów zachwyciły mnie obrazy Andrzeja Rzepkowskiego malowane w mojej ulubionej słoneczno-jesiennej tonacji. Opłacając specjalny bilet mogłam zrobić zdjęcia w muzeum i synagodze, by kilkoma móc się z Wami podzielić.















Kilka migawek z miasta:

środa, 12 sierpnia 2009

Piotruś

Spływy są ulubioną formą rekreacji dla nielicznych pasjonatów. To duży wysiłek nawet dla dorosłych, szczególnie gdy samemu taszczy się cały ekwipunek. Człowiek w wieku lat kilku ma prawo kaprysić, płakać i jęczeć. Piotrek prawo miał, ale z niego nie korzystał. Nie znam drugiego tak pogodnego, ciekawego świata i silnego duchem siedmiolatka.
Po pierwsze wiosłował jak stary. Nie cały czas oczywiście, to zbyt duże obciążenie dla małego dziecka. Kajakiem płynął czwarty raz, tatuś nauczył , ale nauczyć się trzeba chcieć. A on chce.


Po całych dniach uciążliwego płynięcia, gdy tylko znalazł się na brzegu z uśmiechniętą buzią zawierał rozliczne znajomości wśród osób w każdym wieku. Oglądał miejsce biwakowania i przybiegał do nas ze szczegółowymi relacjami.
Wujek zmontował mu leszczynową wędkę, pokazał technikę, wyjaśnił zasady skutkiem czego Piotruś zapewnił nam dwie solidne rybne kolacje.
Dokumentacja połowów poniżej.


Ostatniego dnia płynęliśmy dosyć długi odcinek po jeziorach, złapała nas ulewa,wszyscy przemokliśmy do majtek , zrobiło się zimno i wietrznie.
Po szczęśliwym przybiciu do przystani, w drewnianym barze na polu namiotowym o wdzięcznej nazwie "Sirocco", jakby nie mogło być bardziej po polsku "Wietrzysko", który ma nawet trzy zabudowane ściany, jest w miarę sympatyczny i oferuje od ręki gorącą herbatę, zasiedliśmy przy stołach, a Piotrula pijąc zagrzane w mikrofalówce mleko wygłosił następującą sentencję:

" Siedzę sobie przy stole w barze, jest mi ciepło, piję gorące mleko. Luksus! "

Tak oto kształtuje się młody charakter i jego skala wartości ;)
Jak długo ciotka utrzyma jeszcze pagaj w ręku możesz Piotrze ,póki chcesz, płynąć ze mną na koniec świata :)))
Chociaż post poświęcony jest Piotrkowi, to dwa słowa i jedna fotka o innym dziecku, starszawym co prawda, bo piędziesiątka stuknęła mu jakiś czas temu, a rzecz dotyczy jego skrzyneczki z zabawkami.
Oto spływowe skarby mojego mężusia w jego czarnej skrzyneczce ochrzczonej przez ekipę spływowiczów imieniem "Tilapia" , ponieważ firmowa nazwa "Peli" jakoś do nas nie przemawiała. Igor oczywiście również dysponował własną Tilapią. Faceci pozostają dziećmi niezależnie od tego ile mają lat.

Dla zainteresowanych kolejno umieszczone w cudownie szczelnej i wodoodpornej Tilapii znajdują się:GPS, telefon komórkowy , scyzoryk, solarna ładowarka do wszystkiego :) ,aparat foto,lornetka, czołówka, obok nieodłączna maczeta, w środku akumulatorki i pokrowczyki różnych maści.
Tu jeszcze jedno słowo pochwały dla Piotrka. Tylko raz miał powiedziane : "Nie ruszaj maczety, bo to niebezpieczne." Ani razu więcej jej nie tknął. To naprawdę wyjątkowy młodzieniec. Za lat kilka niewielu rówieśników zdoła mu dorównywać na każdym polu.

wtorek, 11 sierpnia 2009

Rospuda - ciąg dalszy

Wspólnie z Igorkami młodszymi od nas razem o około 40 kg ( a lat 15 ,każde z osobna, trudno powiedzieć co dla nas gorsze ) zrobiliśmy blisko 1000 zdjęć. Wrzucam dziś jeszcze kilka mieszanego autorstwa, bo siłą rzeczy , te na których jesteśmy my, robili oni i na odwrót:)) Osobny post poświęcę najmłodszemu członkowi wyprawy.
Mój cioteczny wnuk ( o matko , jak to brzmi) zasłużył sobie na własną dokumentację udziału w pierwszym życiwym poważnym spływie.

Tak płynęliśmy, gdy świeciło słoneczko ,

a tak jak nie świeciło.


Tak biwakowaliśmy ,




a tak odpoczywaliśmy.



c.d.n...

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

Jestem

Jestem, jestem. Niestety już po urlopie. Zdecydowanie nie jestem typem pracocholika. Na im dłuższy czas uda mi się uciec z Warszawy, tym trudniejszy jest dla mnie powrót do codzienności. Pierwszy dzień w pracy po urlopie, ufff. Jedno , co miłe to spotkania z sympatycznymi współpracownikami, z niesympatycznymi też się spotkam , ha takie życie. Zaległości cała góra. Od prozaicznie pracowych, przez domowe, do towarzyskich.
Ilość wiadomości zawodowych , prywatnych i blogowych do przeczytania przekracza moje umiejętności czytania ze zrozumieniem w czasie ograniczonym jednym, czy dwoma wieczorami. Ale przeczytam, na pewno kiedyś przeczytam ;) i systematycznie zamierzam nadrobić opóźnienia i zaniechania.
Warszawę zastałam nieco pustawą, a mimo to zakorkowaną, dla człowieka z lasu to poważny szok.
Wrażenia urlopowe ,w większości pozytywne, opiszę w "odcinkach".Na początek pewnie Rospuda. Decoupage na miesiąc poszedł w kąt, nie robiłam dosłownie nic, nawet będąc na działce. Co gorzej jakoś nie bardzo mam ochotę za coś się zabierać.

No to na początek : Rospuda



Piękna, różnorodna , chwilami zmuszająca nawet stare wygi do solidnego wysiłku. Niestety zbyt rozreklamowana. Skutek : sobotnio-niedzielne spływy pewnych siebie amatorów z puszkami piwa w rękach i kilkoma następnymi w pokaźnych brzuchach. Puszki później oczywiście lądują w krzakach i wodzie, zresztą często razem z właścicielami. Na rzekach o łagodnej i wyrozumiałej naturze ,takich jak Krutynia, czy Wda to męczące i irytujące. Na Rospudzie niebezpieczne.
Mówi się człowiekowi : "Płyńcie do prawej", za chwilę wbija kajak po lewj w solidny pień i zaczyna nabierać wody. Mówi się: "Proszę nie wysiadać , w tym miejscu jest głęboko" Wysiadł oczywiście,wody ma po uszy i wyciągaj teraz takiego barana, a to nie proste , bo nurt jest tak pokaźny,że trudno utrzymać się na nogach. Właściwie może nie warto było wyciągać;)
Problem z Rospudą jest taki,że w najpiękniejszych miejscach trzeba uważnie wiosłować i sterować, a nie robić zdjęcia.
Na szlaku Rospudy zapomnijcie o przyzwoitych stanicach, nawet na polach namiotowych zalegają góry śmieci, których nikt nie wywozi, wodę mieliśmy zawsze ze sobą, bo pomp na polach też nie ma.WC w 80 % miejsc zastępowała nam saperka i wykopany nią dołek. Dwa chlubne wyjątki : gospodarstwo agroturystyczne przed mostem w Kotowinie i urocze pole namiotowe w Jaśkach, również przy gospodarstwie agroturystycznym. Władze gminne chyba się mszczą na Rospudzie za brak możliwości budowy autostrady przez jej bagna. A bagna są wspaniałe, zapierające dech w piersiach...




Przepłynięcie bagiennego odcinka zabrało nam cały dzień, potem jeszcze jeziora Rospuda, Necko, Białe i Studzieniczne skąd braliśmy kajaki dla części spływowiczów. Najwięcej wrażeń dostarczył górny odcinek rzeki z kamiennymi mieliznami, głazami w nurcie przegradzanym kilkakrotnie przez zwalone drzewa czychające za ostrymi zakrętami. Nie dało się odłożyć wioseł i spokojnie poopalać , o nie.





Ale były i chwile wytchnienia..




...i chwile burzowej grozy zakończone solidnym deszczem





c.d.n...

środa, 8 lipca 2009

Deszczyk

Zdarzyło się wam kiedyś zastanowić nad odwrotnym znaczeniem słów deszczyk i nieboszczyk. Zdecydowanie deszczyk jest nieboszczykiem, a nieboszczyk deszczykiem. To oczywiste. Błąd odwróconych znaczeń przydarzył się kiedyś komuś roztrzepanemu i tak już zostało. Może powalczmy z tym bałaganem. Popatrzmy za okno, a tam znowu nieboszczyk. Kiedy siąpi nieboszczyk chwytam za pędzel , klej , farbę i podarte serwetki. Ponieważ jutro spotkam się z Ewcią (cieszę się od dwóch dni na to spotkanie ) zabiorę ze sobą zrobione z myślą o niej niespodziankowe doniczki w sałatę. Sałata lubi jak pada , dobrze wtedy rośnie. Posta opublikuję po spotkaniu, bo nici będą z niespodzianki. Poniżej uwiecznione doniczki , moja balkonowa konewka i balkon zarastający winogronowo-kwiatowym bałaganem.






To zapewne ostatni wpis przed wyjazdem, żegnaj kapryśniczku na trzy tygodnie :(

Stephenie Meyer "Zmierzch"

Obiecałam Młodej, że to napiszę.
"Mamo, napisz , że czytam Salingera , Vonneguta , Marqueza i że ostrzegałam Cię kładąc tę książkę na stole. I niekoniecznie musisz pisać,że czytałam ją jednym tchem przez półtora dnia, nie mówiąc już o kolejnych częściach" Napisałam, jestem w porządku ;)
Cóż , właściwie to jest okropny wstyd przyznać się do tej lektury. To beznadziejna książka. Wszystko w niej jest zupełnie nie dla mnie. Temat : miłość ( odwzajemniona , o matko ! ) do wampira. Główna bohaterka : siedemnastolatka. Narracja, składnia , język : poprawne, ale nic specjalnego. Fabuła : rozwleczona. Dialogi wampira i siedemnastolatki na temat diety tego pierwszego tak beznadziejne, że prawie śmieszne itp. itd.
I co z tego wszystkiego skoro nieopatrznie otworzyłam tę książkę ,zaczęłam ją czytać i całkiem wsiąkłam. Wprawiła mnie w fantastyczny nastrój, uśmiecham się na myśl o czytaniu dalszych części. Właściwie sama się z siebie śmieję, ale czytam.
Na czym polega magnetyzm tego romansidła? Otóż prawdopodobnie chodzi o to,że wspomniany powyżej wampir jest idealnym facetem. Nierealnym, ale idealnym. Mało,że ma boskie oblicze i klatę, niesamowite umiejętności, jest szarmancki i taktowny,tajemniczy, wrażliwy i powściągliwy , a za razem gwałtowny, silny i opiekuńczy , no i cudownie romantyczny. Wszystko co robi ( może to być np. ratowanie życia ukochanej, pocałunek - cudownie ryzykowny - czy cokolwiek innego) wykonuje właśnie tak,jak każda z nas mogłaby sobie wymarzyć. Właściwie chyba nie jest facetem, ponieważ takich nie ma , choćby się Wam nawet wydawało,że są - moje sporo młodsze i świeżo zakochane koleżanki :))))) Jedyne, co mnie nieco odstręcza od tego idealnego wampira, to fakt,że jednak musi jeść, właściwie pić krew, tak więc poluje na zwierzęta i oczywiście je zabija. No cóż, pomijając ten przykry fakt moja wiedza o wampirach ( zwyczaje, pochodzenie, wrażliwość na słońce itp.) została gruntownie wzmocniona. Ta książka nic, kompletnie nic nie wnosi, nie zostawia żadnej trwałej wartości w pamięci. Za to daje kompletnie nieuzasadnione, bezczelnie cudowne odprężenie i wspaniałe samopoczucie. Jeśli ktoś chce przeczytać to niech wspomni,że ostrzegałam. Cóż, wstyd nie dym, w oczy nie gryzie. Miłej lektury ;)