Jakoś nie mam sentymentu do okrągłych rocznic.
Nie są w niczym ciekawsze, czy lepsze od nieokrągłych.
Dwadzieścia siedem lat, ależ to szmat czasu.
Mamy więcej kilogramów, lat, doświadczeń i przeżyć, a mniej włosów, sił, zdrowia, entuzjazmu i planów, ale na razie trwamy, he,he ;)
Kiedy to zleciało, jakby z bata strzelił, niesamowite.....
piątek, 24 czerwca 2011
wtorek, 21 czerwca 2011
Lato
W tym roku bez spływu, wyjazdu i odpoczynku. Bywa i tak. Czasem są sprawy ważniejsze, ale lato i tak zawsze będzie latem. Już jest ciepłe i słoneczne, a ma być jeszcze piękniejsze:)
Na letnie dni do zwiewnych sukienek przydadzą się kolorowe korale. Najlepiej z chłodnej ceramiki w kolorach słońca, piasku i turkusowej tafli jeziora,
Na letnie dni do zwiewnych sukienek przydadzą się kolorowe korale. Najlepiej z chłodnej ceramiki w kolorach słońca, piasku i turkusowej tafli jeziora,
albo pomarańczowo-zielone jak łebki leśnych kozaków w trawie srebrno błyszczącej kroplami porannej rosy:

A może lato zamknięte w ceramicznych koralach zostanie na dłużej ?;)
Koty też lubią lato, szczególnie te niegrzeczne i uciekające. Nawet jak wredna mamusia nie wypuszcza na samotne spacerki, to przecież można wyładować morderczy zapał na własnym szczurze w nagrzanym słońcem balkonowym fotelu, wyrwać mu wąsy i spróbować może jednak ta paskudna siatka, która dzieli Mrautak od wolności da się przegryźć, mrrrauu...
Koty też lubią lato, szczególnie te niegrzeczne i uciekające. Nawet jak wredna mamusia nie wypuszcza na samotne spacerki, to przecież można wyładować morderczy zapał na własnym szczurze w nagrzanym słońcem balkonowym fotelu, wyrwać mu wąsy i spróbować może jednak ta paskudna siatka, która dzieli Mrautak od wolności da się przegryźć, mrrrauu...
piątek, 17 czerwca 2011
Mordercze warzywa i krupnik.
Ostatnio gotuję częściej i więcej niż zwykle, bo na potrzeby dwóch domów. Mój pobliski warzywny bazarek i sklepy nie należą do najtańszych, a tu proszę ogórki po złotówce, a pomidory po dwa.
Ten cenowy cud zawdzięczamy morderczym warzywom.
I cóż z tego, że zostały wstępnie uniewinnione. Raz obrzucone straszną Escherichią zostaną podejrzane na dłuższy czas, tak na wszelki wypadek.
A może warto rozszerzyć krąg podejrzeń na np. cielęcinę i wołowinę, odpowiednio po czterdzieści i trzydzieści kilka złotych za kilogram, hę?
Mój portfel byłby bardzo wdzięczny;)
Swoją drogą jaka intrygująca nazwa starej-nowej oskarżonej pałeczki: werotoksyczny szczep Escherichia coli 0104STEC.
Jak na laika przystało kojarzy mi się werbalnie z velociraptorami przedstawionymi nam z nie najlepszej strony przez Spielberga w Parku Jurajskim.zdjęcie znalezione w sieci
Są nawet podobne. Atakują stadnie, śmiertelnie niebezpieczne, uwolnione spod nadzoru człowieka, uczą się w zastraszającym tempie coraz doskonalszych metod polowania. Escherichia zamiast się uczyć, mutuje.Jak to bakteria. I zabija.
A my, cóż, wystawiamy się jej jak na patelni.
Od małego karmimy dzieci sterylnymi słoiczkowymi papkami, jak dorastają pozwalamy im opychać się fast foodami, colą i chipsami, nafaszerowanymi konserwantami, chemią i aż kapiącymi od setek pustych kalorii.
Katar leczymy coraz to nowszymi generacjami antybiotyków i krok po kroku sami pozbawiamy się jakiejkolwiek obronnej bariery. Mówi się, że zakażenie pałeczką okrężnicy to choroba brudnych rąk. Z pewnością, ale również wyjałowionych i pozbawionych odporności brzuchów.
Mam takie podejrzenie, że nie zapadną na tę chorobę osoby wychowywane na wsi lub choćby spędzające na niej od małego wakacje. Czy coś smakuje lepiej jak wyrwana z babcinej grządki marchewka, ledwo opłukana przed schrupaniem, lub co gorsza wytarta o spodnie ?
Warszawski maluch wychowany na słoiczkowych papkach, po takim spożywczym doświadczeniu zapewne ciężko by zachorował, jego rówieśnik ze wsi, raczej nie. Inaczej smakują truskawki i maliny prosto z krzaczka niż te sprzedawane na bazarach, z plantacji, pryskane i przetrzymywane kilka dni zanim trafią na stragany.
Myślę, że zdecydowanie warto poświęcić więcej czasu na ugotowanie normalnej zupy i utarcie marchewki ze znajomej grządki, warto spędzać więcej czasu na powietrzu, wybrać się do lasu, pozwolić czasem polizać się psu w nos, wytytłać w błocie, a potem wykąpać, albo zjeść upieczone w popiele ziemniaki.
Wiele lat temu któregoś dnia odebrałam swoją Młodą z przedszkola upapraną jak nieboskie stworzenie. Mądra wychowawczyni powiedziała mi wtedy: "Dziecko nigdy nie będzie szczęśliwe i zdrowe, jeśli od czasu do czasu porządnie się nie ubrudzi"
Święte słowa:)
Inna sprawa, że żyjąc w wielkich miastach jesteśmy skazani na to co oferują nam sklepy. Można co prawda starać się kupować żywność ekologiczną, ale właśnie to ekologiczne uprawy znalazły się na samej górze listy podejrzanych o zakażenie śmiercionośną pałeczką. Takie uprawy nawozi się w sposób naturalny, czyli gnojowicą, a ta pochodzi z wielkich gospodarstw hodowlanych od krów, którym dodaje się do karmy antybiotyki i czort wie co jeszcze, bo przecież muszą biedne krasule dawać tyle mleka, żeby były rentowne.
Nic dziwnego, że pałeczka okrężnicy mutuje.
Babcia mojego męża pod uprawę swojego małego warzywnego ogródka również dawała obornik, ale taki, który leżał w pryzmach przynajmniej kilka lat i przypominał wyglądem i zapachem próchniczą ziemię, nigdy pod uprawę warzyw nie dawała świeżych krowich placków.
Na dziś wystarczy już moich mikrobiologicznych przemyśleń znad garów. Mleko mamy jakie mamy, warzywa, owoce i ręce trzeba myć, a jeść też trzeba. Inna sprawa, że żyjąc w wielkich miastach jesteśmy skazani na to co oferują nam sklepy. Można co prawda starać się kupować żywność ekologiczną, ale właśnie to ekologiczne uprawy znalazły się na samej górze listy podejrzanych o zakażenie śmiercionośną pałeczką. Takie uprawy nawozi się w sposób naturalny, czyli gnojowicą, a ta pochodzi z wielkich gospodarstw hodowlanych od krów, którym dodaje się do karmy antybiotyki i czort wie co jeszcze, bo przecież muszą biedne krasule dawać tyle mleka, żeby były rentowne.
Nic dziwnego, że pałeczka okrężnicy mutuje.
Babcia mojego męża pod uprawę swojego małego warzywnego ogródka również dawała obornik, ale taki, który leżał w pryzmach przynajmniej kilka lat i przypominał wyglądem i zapachem próchniczą ziemię, nigdy pod uprawę warzyw nie dawała świeżych krowich placków.
Wracam więc do kuchni i do pitraszenia z nadzieją, że żadne werotoksyczne szczepy wrednych pałeczek nie zagoszczą w moim krupniczku:)
20-30 dkg żeberek cielęcych (mogą być wieprzowe, albo np. skrzydełka z kurczaka, albo inny kawałek mięska)
2-3 łyżki kaszy np. jęczmiennej
3-4 ziemniaczki
włoszczyzna
przyprawy
koperek
Mięso myję i wrzucam do średniego garnka razem z listkiem laurowym, kilkoma ziarenkami pieprzu i suszonym grzybkiem. Dodaję opłukaną w zimnej wodzie kaszę i gotuję około 0,5 godziny na średnim ogniu.
Następnie dodaję pokrojoną w słupki włoszczyznę i obrane ziemniaki pokrojone w kostkę. Po kolejnych 15 minutach gotowania, solę i dodaję posiekany koperek. Dla taty mojego męża jeszcze kilka usmażonych skwarek i krupnik gotowy. Najprostszy i najzwyklejszy. Z młodej włoszczyzny mój ulubiony.
Smacznego:)
niedziela, 12 czerwca 2011
Warszawskie Spotkania Ceramiczne i Mrautak wędrowniczek (-czka;).
W sobotę 11-go czerwca odbyły się Warszawskie Spotkania Ceramiczne. Zabiegana i zmęczona zapomniałam zabrać ze sobą aparatu, ale przynajmniej nacieszyłam oczy i odchudziłam portfel:)
Zdjęcia z telefonu nie są najlepszej jakości, ale coś tam widać.
Zachwyciły mnie prace łódzkiej pracowni ceramicznej: makowy serwis i kwieciste wazony. Niestety nie dostałam wizytówki i nie mogę przedstawić autora, a szkoda.
Na makowe filiżanki nie mogłam sobie pozwolić, ale za to nakupiłam koralików i zaraz po powrocie do domu połączyłam kupione ze starymi zapasami i poskładałam nowe naszyjniki.
Dawno nic nie robiłam, ale pomysły siedziały mi w głowie i kiedy dokupowałam poszczególne elementy wiedziałam już jak je połączę w nową ceramiczną przyjemność.
Trochę relaksu i kilka godzin dobroci dla zestresowanych zwierząt pociągowych - tego mi właśnie było trzeba:)
To korale,
to makowy serwis i kwieciste wazony:
A to Mrautak zmęczona spacerkiem, tym razem samotnym.
Dała nogę wredna i dopiero po kilku godzinach zwabiona smakołykami uprzejmie pozwoliła zabrać się do domu.
Wyraźnie doszła do przekonania, że ogródek pod naszym balkonem należy się jej na równi z kocim sąsiadem z dołu.
Sąsiad na imię ma Klapek i przyjął tę bezczelną wizytę z rezygnacją. Bardzo uprzejmy koci gentleman.
A ja, cóż, albo muszę paskudy lepiej pilnować, albo pogodzić się z jej wędrowniczą naturą, oj..
Errata ;)
Jak słusznie zauważył Pan Darek w komentarzu w sobotę był 11, poprawiłam błąd ( to najlepszy dowód jaka jestem ostatnio zakręcona ;), a piękne makowe filiżanki i kwieciste wazony są dziełem pracowni Twórcze ego z Łodzi.
Dziękuję za podpowiedź:)
Zdjęcia z telefonu nie są najlepszej jakości, ale coś tam widać.
Zachwyciły mnie prace łódzkiej pracowni ceramicznej: makowy serwis i kwieciste wazony. Niestety nie dostałam wizytówki i nie mogę przedstawić autora, a szkoda.
Na makowe filiżanki nie mogłam sobie pozwolić, ale za to nakupiłam koralików i zaraz po powrocie do domu połączyłam kupione ze starymi zapasami i poskładałam nowe naszyjniki.
Dawno nic nie robiłam, ale pomysły siedziały mi w głowie i kiedy dokupowałam poszczególne elementy wiedziałam już jak je połączę w nową ceramiczną przyjemność.
Trochę relaksu i kilka godzin dobroci dla zestresowanych zwierząt pociągowych - tego mi właśnie było trzeba:)
To korale,
to makowy serwis i kwieciste wazony:
A to Mrautak zmęczona spacerkiem, tym razem samotnym.
Wyraźnie doszła do przekonania, że ogródek pod naszym balkonem należy się jej na równi z kocim sąsiadem z dołu.
Sąsiad na imię ma Klapek i przyjął tę bezczelną wizytę z rezygnacją. Bardzo uprzejmy koci gentleman.
A ja, cóż, albo muszę paskudy lepiej pilnować, albo pogodzić się z jej wędrowniczą naturą, oj..
Errata ;)
Jak słusznie zauważył Pan Darek w komentarzu w sobotę był 11, poprawiłam błąd ( to najlepszy dowód jaka jestem ostatnio zakręcona ;), a piękne makowe filiżanki i kwieciste wazony są dziełem pracowni Twórcze ego z Łodzi.
Dziękuję za podpowiedź:)
wtorek, 24 maja 2011
Mrautaczy spacer i kilka ważnych słów.
Maj rozkwita. Nęci słońcem i długimi ciepłymi dniami. Zwyczajnie zawraca kotu w głowie.
Moich tłumaczeń, że mądry kot powinien zrozumieć, że nie mam czasu, ponieważ jestem zajęta bardzo ważnymi sprawami, Mrautak grzecznie wysłuchuje, a po chwili wraca pod drzwi w przedpokoju i niemiłosiernie drze swój piękny łaciaty pyszczek domagając się spacerów.
Już trudno, że w szelkach i na smyczy. Jest w stanie pogodzić się z tą okropną niewygodą, byle na dwór. Na trawniczku pod domem są robaczki, nieostrożne szpaki i wróbelki, chodzą małe sympatyczne pieski, na które można pofukać. Wszystko pachnie, porusza się na wietrze i jest fascynujące, a na parterze mieszka znajomy kot szczęściarz - właściciel ogródka, ach...
Mrautak bardzo mu zazdrości:)
Z uwagi na miękkie serce, wrodzony brak konsekwencji w wychowywaniu futrzaków i wrażliwy słuch (ach, jak ona się drze pod drzwiami, oj..) w napiętym rozkładzie majowych dni opracowałyśmy kompromis. Jeden spacer dziennie. Dla Mrautak to oczywiście trochę za mało, dla mnie trochę za dużo, w sumie średnio w sam raz;)))
Czasu barakuje mi nie tylko na mrautacze spacery, czasami tylko udaje mi się odwiedzić zaprzyjaźnione blogi.
Życie dyktuje swoje warunki i raczej nie rozpieszcza, ale trzeba być twardym, a nie "miętkim" jak powiedział nie pamiętam kto;)))
Nie daję się więc, prowadzę batalie ciężkie, ale i czasem zwycięskie:) Nie o siebie, bo chyba by mi się nie chciało, a przeciwnika mam nie lada - to nasza ukochana publiczna "służba zdrowia".
A swoją drogą, czy już aby nie czas, żeby zrezygnować z tej anachronicznej nazwy. Jaka służba?! Komu?! Bo przecież nie chorym, zaawansowanym w latach i bezradnym w swojej słabości, do cholery!
Na szczęście po przebiciu się przez limity, standardy, kontrakty, braki, formularze i wszystko co zafundował nam NFZ, gdzieś na końcu przy odrobinie szczęścia czasem udaje się spotkać człowieka.
Wybaczcie zatem przedłużające się okresy milczenia i brak komentarzy. Jestem zajęta.
Proszę, żądam, pluję jadem i bucham ogniem,
a dziś uśmiecham się i dziękuję.
Bardzo.
Numer konta: 73 1020 1042 0000 8502 0115 9532
KRS 0000218644
piątek, 6 maja 2011
"Chłopiec z latawcem" Khaleda Hosseiniego i chustecznik.
Jest oczywiste, że człowiek, a zwłaszcza kobieta, jak smutna, zmartwiona i depresyjna, to pochlipuje. Skutkiem pochlipywania jest zasmarkany nos generujący stałe zużycie jednorazowych chusteczek.
Odkąd bawię się decoupage obkleiłam sporo różnych chusteczników, ale sobie jakoś nie zrobiłam, a przydałby się:)
Znalazłam więc ładną serwetkę, pudełko i szybką żelazkową metodą, w przerwach w wieczornym gotowaniu, zrobiłam wiosenny chustecznik, a później przeczytałam książkę. Niezwykłą.
Khaled Hosseini napisał powieść bardzo prostą i głęboko poruszającą.
Losy dwóch afgańskich chłopców układają się w niej w historię wielkiej przyjaźni, podłości i wyrzutów sumienia, które kształtują życie głównego bohatera.
Odkąd bawię się decoupage obkleiłam sporo różnych chusteczników, ale sobie jakoś nie zrobiłam, a przydałby się:)
Znalazłam więc ładną serwetkę, pudełko i szybką żelazkową metodą, w przerwach w wieczornym gotowaniu, zrobiłam wiosenny chustecznik, a później przeczytałam książkę. Niezwykłą.
Khaled Hosseini napisał powieść bardzo prostą i głęboko poruszającą.
Losy dwóch afgańskich chłopców układają się w niej w historię wielkiej przyjaźni, podłości i wyrzutów sumienia, które kształtują życie głównego bohatera.
Powieść Hosseiniego warto przeczytać nie tylko dlatego, że tak bardzo mało wiemy o tragedii Afganistanu, czy też o muzułmanach i islamie w ogóle, ale dlatego, że tak prawdziwie opowiada o słabościach bliskich i znajomych każdemu, a przez to czyniących nas wszystkich bardziej podobnymi sobie niż mogłoby się nam wydawać.
Zdrada, odkupienienie, czy zbrodnia są uniwersalne.
Zdrada, odkupienienie, czy zbrodnia są uniwersalne.
Wartka akcja, prosty język i niezwykle wciągająca fabuła to atuty, które sprawiły, że "Chłopiec z latawcem" od lat króluje w czołówce list bestsellerów.
Wydana w ośmiu milionach egzemplarzy, przełożona na czterdzieści dwa języki to jedna z tych książek, na które warto wykraść dobie parę godzin, w którą można się schować przed codziennością i po której przeczytaniu poczułam się bogatsza.
Wydana w ośmiu milionach egzemplarzy, przełożona na czterdzieści dwa języki to jedna z tych książek, na które warto wykraść dobie parę godzin, w którą można się schować przed codziennością i po której przeczytaniu poczułam się bogatsza.
wtorek, 3 maja 2011
Maj
Jak to się stało, że już maj?
Za kilka dni minie dwa lata odkąd zamieściłam pierwszego posta. Pomyślałam, że jeśli dziś nie opublikuję choć kilku słów i zdjęć, to do bloga być może już nie wrócę.
Jestem znużona. To chyba najodpowiedniejsze określenie.
Zbyt wiele spraw mnie martwi, zabiera zapał i czas na blogowe przyjemnostki. Wiosna w tym roku dokuczyła mi wyjątkowo.
Mam takie odczucie, że całą energię potrzebną drzewom do zmiany malutkich rachitycznych listeczków w duże normalne liście zabrała ode mnie. Nie od dziś za sobą nie przepadamy. Królewna wiochna i królewicz kwiecień od zawsze działali mi na nerwy;)
Pomimo, że plany i pomysły na zmiany poszły precz w kąt, coś tam czasem obkleję, coś przeczytam, głaszczę kota i z niechęcią myślę o kolejnym dniu.
Biedną Mrautak pozbawiłam atrybutów płci. Zapewne nigdy mi tego nie wybaczy. Ja bym nie wybaczyła. Gryzie mnie częściej i mniej się przytula. Rozumiem.Mam takie odczucie, że całą energię potrzebną drzewom do zmiany malutkich rachitycznych listeczków w duże normalne liście zabrała ode mnie. Nie od dziś za sobą nie przepadamy. Królewna wiochna i królewicz kwiecień od zawsze działali mi na nerwy;)
Pomimo, że plany i pomysły na zmiany poszły precz w kąt, coś tam czasem obkleję, coś przeczytam, głaszczę kota i z niechęcią myślę o kolejnym dniu.
Łykam różne mało skuteczne tabletki i zastanawiam się jaki sens ma opisywanie na forum smutków. Blog powinien tchnąć optymizmem, zapałem, humorem i inspiracjami.
Albo prowokować, intrygować i pobudzać, ale w żadnym wypadku nie powinno się w nim smędzić i nudzić. A już szczególnie nudzić siebie;)
Nie warto czytać nudnego kapryśnika. Warto przeczytać dobrą książkę.
Na przykład "Chłopca z latawcem" Khaleda Hosseiniego.
O tej i innych książkach napiszę może innym razem, a teraz już tylko zdjęcia ostatnich obklejonych korali dla mnie na pociechę, kota dla urozmaicenia i mojej czarnej melancholii z odrobiną czerwieni zamkniętej w koralach dla dziecka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



