wtorek, 24 maja 2011

Mrautaczy spacer i kilka ważnych słów.

Maj rozkwita. Nęci słońcem i długimi ciepłymi dniami. Zwyczajnie zawraca kotu w głowie.
Moich tłumaczeń, że mądry kot powinien zrozumieć, że nie mam czasu, ponieważ jestem zajęta bardzo ważnymi sprawami, Mrautak grzecznie wysłuchuje, a po chwili wraca pod drzwi w przedpokoju i niemiłosiernie drze swój piękny łaciaty pyszczek domagając się spacerów.
Już trudno, że w szelkach i na smyczy. Jest w stanie pogodzić się z tą okropną niewygodą, byle na dwór. Na trawniczku pod domem są robaczki, nieostrożne szpaki i wróbelki, chodzą małe sympatyczne pieski, na które można pofukać. Wszystko pachnie, porusza się na wietrze i jest fascynujące, a na parterze mieszka znajomy kot szczęściarz - właściciel ogródka, ach...
Mrautak bardzo mu zazdrości:)

 

Z uwagi na miękkie serce, wrodzony brak konsekwencji w wychowywaniu futrzaków i wrażliwy słuch (ach, jak ona się drze pod drzwiami, oj..) w napiętym rozkładzie majowych dni opracowałyśmy kompromis. Jeden spacer dziennie. Dla Mrautak to oczywiście trochę za mało, dla mnie trochę za dużo, w sumie średnio w sam raz;)))
Czasu barakuje mi nie tylko na mrautacze spacery, czasami tylko udaje mi się odwiedzić zaprzyjaźnione blogi. 
Życie dyktuje swoje warunki i raczej nie rozpieszcza, ale trzeba być twardym, a nie "miętkim" jak powiedział nie pamiętam kto;)))
Nie daję się więc, prowadzę batalie ciężkie, ale i czasem zwycięskie:) Nie o siebie, bo chyba by mi się nie chciało, a przeciwnika mam nie lada - to nasza ukochana publiczna "służba zdrowia". 
A swoją drogą, czy już aby nie czas, żeby zrezygnować z tej anachronicznej nazwy. Jaka służba?! Komu?! Bo przecież nie chorym, zaawansowanym w latach i bezradnym w swojej słabości, do cholery!
Na szczęście po przebiciu się przez limity, standardy, kontrakty, braki, formularze i wszystko co zafundował nam NFZ, gdzieś na końcu przy odrobinie szczęścia czasem udaje się spotkać człowieka. 

Wybaczcie zatem przedłużające się okresy milczenia i brak komentarzy. Jestem zajęta. 
Proszę, żądam, pluję jadem i bucham ogniem,
a dziś uśmiecham się i dziękuję.
Bardzo.

Numer konta: 73 1020 1042 0000 8502 0115 9532
KRS 0000218644

piątek, 6 maja 2011

"Chłopiec z latawcem" Khaleda Hosseiniego i chustecznik.

Jest oczywiste, że człowiek, a zwłaszcza kobieta, jak smutna, zmartwiona i depresyjna, to pochlipuje. Skutkiem pochlipywania jest zasmarkany nos generujący stałe zużycie jednorazowych chusteczek.
Odkąd bawię się decoupage obkleiłam sporo różnych chusteczników, ale sobie jakoś nie zrobiłam, a przydałby się:)
Znalazłam więc ładną serwetkę, pudełko i szybką żelazkową metodą, w przerwach w wieczornym gotowaniu, zrobiłam wiosenny chustecznik, a później przeczytałam książkę. Niezwykłą.
Khaled Hosseini napisał powieść bardzo prostą i głęboko poruszającą. 
Losy dwóch afgańskich chłopców układają się w niej w historię wielkiej przyjaźni, podłości i wyrzutów sumienia, które kształtują życie głównego bohatera.
Powieść Hosseiniego warto przeczytać  nie tylko dlatego, że tak bardzo mało wiemy o tragedii Afganistanu, czy też o muzułmanach i islamie w ogóle, ale dlatego, że tak prawdziwie opowiada o słabościach bliskich i znajomych każdemu, a przez to czyniących nas wszystkich bardziej podobnymi sobie niż mogłoby się nam wydawać.
Zdrada, odkupienienie, czy zbrodnia są uniwersalne.
Wartka akcja, prosty język i niezwykle wciągająca fabuła to atuty, które sprawiły, że "Chłopiec z latawcem" od lat króluje w czołówce list bestsellerów.
Wydana w ośmiu milionach egzemplarzy, przełożona na czterdzieści dwa języki to jedna z tych książek, na które warto wykraść dobie parę godzin, w którą można się schować przed codziennością i po której przeczytaniu poczułam się bogatsza.

A tak prezentuje się wiosenny chustecznik, który Mrautak wyjątkowo upodobała sobie do ocierania pyszczka. Bardzo praktyczna rzecz. Będzie służyć nam obu:)

wtorek, 3 maja 2011

Maj

Jak to się stało, że już maj?
Za kilka dni minie dwa lata odkąd zamieściłam pierwszego posta. Pomyślałam, że jeśli dziś nie opublikuję choć kilku słów i zdjęć, to do bloga być może już nie wrócę.
Jestem znużona. To chyba najodpowiedniejsze określenie. 
Zbyt wiele spraw mnie martwi, zabiera zapał i czas na blogowe przyjemnostki. Wiosna w tym roku dokuczyła mi wyjątkowo.
Mam takie odczucie, że całą energię potrzebną drzewom do zmiany malutkich rachitycznych listeczków w duże normalne liście zabrała ode mnie. Nie od dziś za sobą nie przepadamy. Królewna wiochna i królewicz kwiecień od zawsze działali mi na nerwy;)
Pomimo, że plany i pomysły na zmiany poszły precz w kąt, coś tam czasem obkleję, coś przeczytam, głaszczę kota i z niechęcią myślę o kolejnym dniu.
Biedną Mrautak pozbawiłam atrybutów płci. Zapewne nigdy mi tego nie wybaczy. Ja bym nie wybaczyła. Gryzie mnie częściej i mniej się przytula. Rozumiem.
Łykam różne mało skuteczne tabletki i zastanawiam się jaki sens ma opisywanie na forum smutków. Blog powinien tchnąć optymizmem, zapałem, humorem i inspiracjami.
Albo prowokować, intrygować i pobudzać, ale w żadnym wypadku nie powinno się w nim smędzić i nudzić. A już szczególnie nudzić siebie;)
Nie warto czytać nudnego kapryśnika. Warto przeczytać dobrą książkę. 
Na przykład "Chłopca z latawcem" Khaleda Hosseiniego.
O tej i innych książkach napiszę może innym razem, a teraz już tylko zdjęcia ostatnich obklejonych korali dla mnie na pociechę, kota dla urozmaicenia i mojej czarnej melancholii z odrobiną czerwieni zamkniętej w koralach dla dziecka.



niedziela, 13 marca 2011

Znikające jajka.

Dokucza mi ostatnio brak czasu. Z zapałem też nie najlepiej;)
Zaniedbałam kapryśnik i całe blogowisko. Rzadkie wolne chwile umilam sobie zdobieniem pisanek. Zrobiłam im nawet zbiorowe zdjęcie, które przez pomyłkę samo się opublikowało;)
Zaraz wyrzuciłam omyłkowego posta, ale i tak zdjęcie pokazuje się we wszystkich zaprzyjaźnionych blogach, co zapewne wkurza zagladających. 
Niby jest, a nie ma, zaraz więc będzie i przepraszam za zamieszanie:)

 

Chciałam też podziękować Dysiaczkowi za przemiłe piątkowe spotkanie:) To zupełnie niesamowite ile wspaniałych, sympatycznych i życzliwych osób poznałam pisząc bloga.
Miło było się poznać i pogadać:)
Marzy mi się takie spotkanie w większym zaprzyjaźnionym blogowym gronie, może jak zrobi się cieplej i czas trochę zwolni.... 
A tu jutro znowu poniedziałek i praca, itd, oj...
Kaprysie nie lubią poniedziałków, ostatnio coraz bardziej i bardziej. Lubią robić pisanki, albo naszyjniki z różowym górskim kryształem, albo różowe dredy w prezencie dla koleżanki.
Lubią robić to co lubią, a nie lubią robić tego czego nie lubią. 
Muszę się jednak nad tym głębiej zastanowić;) , a wszystkim zagladającym życzę miłego tygodnia.
Mimo wszystko:)


sobota, 26 lutego 2011

Sobotnie filcowanie.

Co jeszcze można nowego wydumać obmyślając ciekawe formy filcowej biżuterii? Chyba już niewiele;) 
Filc tworzony z czesanki jest materiałem łatwym i za razem trudnym.
Kulkę zrobić łatwo, udydłanie dreda też nie stanowi problemu, przy szalu trzeba się już bardzo napracować, ale głównie fizycznie, bo technologia też jest prosta.
Ciekawe możliwości daje robienie kapelusików, ale co jak ktoś kapelusików nie nosi?;)
Można jeszcze powyżywać się w broszkach łącząc różne materiały i dzięki temu uzyskiwać ciekawe i niepowtarzalne efekty, ale ja najbardziej lubię robić naszyjniki, albo korale.
Pomysły mam najróżniejsze, gorzej z realizacją, bo czesankowy filc bywa również krnąbrny i za nic nie chce uformować się w taki sposób jaki sobie wymyślę, choć teoretycznie powinien;)
Z ostatnich filcowych zmagań na razie do pokazania nadaje się tylko dred-obroża, w który udało mi się wfilcować ażurową metalową kulę i duże sztuczne perły:


Metalowa kula oczywiście za bardzo wylazła z filcu i musiałam ją doprowadzić do stałej i sztywnej pozycji kilkoma pociągnięciami igły, ale perły siedzą jak należy:) Później dla odreagowania zrobiłam jeszcze korale, tym razem niebieskie i znowu przekładane lubianą przeze mnie ażurową kulką.

I tak dredowo-koralowo działając życzę miłego weekendu wszystkim zaglądającym:)

środa, 23 lutego 2011

Na mróz trochę duńskich wspomnień.

Niezależnie od wyznawanej teorii powstania rodzaju ludzkiego bezsporny pozostaje fakt, że człowiek został stworzony do życia w cieple.
Ciepło było w biblijnym Edenie, ciepła była afrykańska kolebka Homo erectus, nawet okolice Cro-Magnon we Francji są raczej ciepłe.
Prawie wszyscy pozbawieni jesteśmy gęstego futra z puszystym podszerstkiem. Przy minus 22 stopniach dobrze może się czuć niedźwiedź polarny pod warunkiem, że jest najedzony, a nie drepcząca na autobusowym przystanku kapryśnica.
Muszę powiedzieć, że bóstwa odpowiedzialne za stan pogody okazały się niezwykle złośliwe.
Słońce jest, śniegu nie ma, a te minus 22 to taki gratis do zamówienia. Bardzo głupi dowcip. Naprawdę.
Na złość, na mróz, i sobie na otuchę dziś trochę wspomnień i obrazków z dawnej letniej podróży po Jutlandii.
Latem w Danii termometr pokazuje 20 - 24 stopnie ciepła i to jest moja ulubiona temperatura, nie za ciepło i nie za zimno.
Na dodatek żyje się tam spokojnie, ludzie są uśmiechnięci i życzliwi, a autobus, który według rozkładu na przystanku ma pojawiać się o godzinie 12.23, od pięćdziesięciu lat nie spóźnił się ani razu i można sobie według niego wyregulować zegarek.
Wybrałam dziś kilka migawek, które pokazują Danię taką jaką ją zapamiętałam i za jaką czasem sobie tęsknię.
Zapraszam na krótką wycieczkę. 


Aarhus, Den Gamle By - skansen miejski
Aarhus, Den Gamle By - skansen miejski 
Hvide sande, plaża
 
Morze Północne - Hvide sande
Viborg
Aarhus, regaty w Riskov
Aarhus, port południowy
 
Aarhus, rowery do wynajęcia za 10 koron, jak  u nas wózki w marketach, po oddaniu monetka wraca do kieszeni, a słupki z rowerami stoją co kilkaset metrów. U nas by nie postały , ani słupki, ani tym bardziej rowery.
Kopenhaga, parking rowerowy:)
Kopenhaga, Nyhavn
Aarhus, Dyrehaven, urokliwy park wolnożyjacych jeleni 
Viborg
A na koniec pamiątkowy chodaczek, który padł oczywiście ofiarą mojej wyklejankowej manii:)
  
Wyszukując zdjęcia do posta z przyjemnością wróciłam do duńskich wspomnień.
To kraj głównie morski, a więc o łagodniejszym klimacie. Wieje tam za to całkiem solidnie i często. Za to piwo mają świetne;)
Są tacy, którzy twierdzą, że Dania jest za spokojna, za bardzo uporząkowana i stateczna, słowem nudna. O naszej drogiej ojczyźnie można powiedzieć różne rzeczy, ale na pewno, nie to, że jest nudna;) 
A ja tak bardzo bym chciała chociaż trochę tej duńskiej "nudy" przenieść w nasze codzienne piekiełko, ech... Jak to jest, że nie ma możliwości spędzenia na poczcie w Aarhus z najbardziej skomplikowaną sprawą więcej jak 5 minut.
I komu by to u nas przeszkadzało pytam się donośnie?
I mrozu mniej poproszę:)

niedziela, 20 lutego 2011

Filcowe korale, kot i słońce.

Czyżby jednak zdecydowane żądanie miało moc sprawczą, czy też skutek zbiorowych praktyk z pogranicza magii przyniósł taki zadowalajacy efekt?
Tak, czy inaczej niedzielę mieliśmy słoneczną:)
Co prawda śnieżną i mroźną, ale słoneczną:)
Mrautak, jak wszystkie koty lubi ciepło, a plamy słońca na parkiecie zawsze są zachęcająco nagrzane.
To ulubione miejsca kocich zabaw. Do tego nowa zabawka od cioci Asi (zabawki od cioć są najwspanialsze) i mrautakowe niedzielne przedpołudnie można zaliczyć do udanych:)
Ostatnio zajmuję się głównie koralami i kotem, więc ilustracją do posta bedą korale i kot. 
Bardzo mało oryginalnie. Trudno;)