środa, 21 kwietnia 2010

Łucznica, część IV, czyli mongolski dywan

Najstarsze znane wyroby z filcu datowane są na około 500 lat przed naszą erą. Odkryto je na scytyjskich cmentarzyskach w Pazyryku na Syberii. W Azji środkowej od wieków z tradycyjnie wyrabianego filcu robi się jurty, dywany i ciepłą odzież. Technologia jego powstawania  jest od setek lat niezmienna.
Owieczki wprowadza się do rzeki i myje, następnie strzyże  i uzyskane runo rozkłada na płachtach materiału. Potem uderza się je kijami, aby usunąć resztki roślin i nieczystości. Oczyszczone i spulchnione runo rozkłada się naprzemiennie warstwami, skrapia gorącą wodą z mydłem i zwija w wałki, które ugniata się i depcze na wszelkie sposoby przez wiele godzin, zmieniając wielokrotnie kierunki zwojów. Po dniu pracy powstaje np. dywan.
Zrobiliśmy taki:)))
Mongolski dywan był naszą wspólną pracą na zakończenie kursu i napawa nas dumą, chociaż technologia nieco różniła się nam od mongolskiej;)
Nie mieliśmy owieczek i rzeki, żeby je umyć. Nie mieliśmy też koni do pomocy.
Mieliśmy za to ogromny worek baranich kłaków, leżący w jednej z łucznickich pracowni w kącie pod stołem od kilku lat, omijany szerokim łukiem przez kolejne kursy;) Kłaki po wyjęciu z worka wyglądały tak:

Brudne, zbite baranie loki miały dużą zawartość lanoliny, tak twierdziła Annemarie, choć ja widziałam w nich raczej sporą ilość owczych bobków, artystyczna dusza Annemarie kazała jej twierdzić, że jeśli nawet, to będzie się lepiej filcowało i nic nie szkodzi, bo mongolskie owce w rzece na pewno też są niedomyte, a proces będzie zachodził naturalnie i ekologicznie. Faktycznie potem zachodził;)  Widząc na co się porywamy, desperacko zdecydowaliśmy się na babranie w "lanolinie" pełni wiary we własne siły i cud filcowania, który pozwala stworzyć COŚ z kupy starych śmierdzących kłaków;)))
Tak oto przebiegał nasz historyczno-ekologiczny proces twórczy:


Rozłożone na płachtach kłaki okładalismy kijami. O dziwo, pomagało i po dłuższym czasie zaczynały przypominać runo nadające się do filcowania. Na przygotowanych wcześniej stołach rozłożyliśmy bawełnianą płachtę. Do niej przymocowaliśmy folię bąbelkową (trochę nowoczesności koniecznej z braku koni do deptania wałka filcu;) ), na której odrysowaliśmy kształt przyszłego dywanu


 i zaczęliśmy dachówkowato układać pierwszą warstwę runa.

Potem kolejne, wszystkie spryskując gorącą wodą z szarym mydłem,
Po ułożeniu i spryskaniu czwartej warstwy przykryliśmy ułożone runo jutowymi workami, solidnie je wyklepaliśmy i zwinęliśmy w ciasny rulon, który Małgosia postanowiła nowatorsko ubijać szczapami drewna. Annemarie natychmiast zaprotestowała i musieliśmy zgodnie z prastarą procedurą wszyscy na zmianę okładać rulon ramionami nieco się przy tym babrząc. Właściwie nie nieco, ale nawet bardzo :)))

 Potem było ugniatanie nogami


i kolejne zwijania, rozwijania i ugniatania poprzedzone jednak wstępnym wypraniem lekko ufilcowanego już dywanu, bo nie szło wytrzymać ani zapachu, ani widoku wyciekającej z rulonu, pardon, gnojówki, jak i latających wokół nas rojów muszek...

Przed ostatnim zwinięciem, mydlenie i wygładzanie
 
a to już  dywan  prawie gotowy
 
jeszcze jedno pranie i już suszenie :)
To już efekt naszej pracy. Piękny, nie piękny, ale ufilcowany, tradycyjny i po gruntownym wyschnięciu będzie leżał na którejś podłodze w łucznickim dworku do wglądu :)))

Jutro posta nie będzie, ponieważ z pewnością macie dosyć mojej upiornej aktywności, ja chwilowo również mam dosyć, ale po przewie oczywiście będą kolejne posty o Łucznicy oczywiście, choćby nikt nie chciał już ich czytać.
Trudno ;)))

Zdjęcia w poście są autorstwa Darii, Sławka i mojego.

16 komentarzy:

  1. Muszę powiedzieć że dzisiejsza opowieść jest nieco przerażająca...brudna i kiepsko pachnąca wełna brrrrrrrrrrrrrr !!!
    Ale efekt końcowy o niebo lepszy niż od tego co było na początku... czyli jednak można zrobić coś z "prawie" niczego niepotrzebnego...
    Gratuluję wytrwałości !!!
    Pozdrawiam Aga

    OdpowiedzUsuń
  2. hahahahahahahahahaha wspaniala zabawa,chetnie tez bym taki dywan podeptala,moze tylko przy innej pogodzie,a nikomu nie przyszlo do glowy zeby polaczyc go z jakimis kolorami??

    OdpowiedzUsuń
  3. Mongolskie robione na stepie nie były kolorowe, hehehehe :)))

    OdpowiedzUsuń
  4. Przepraszam, nie sądzę, żeby ktokolwiek miał dosyć opisów Twojej aktywności. Dla mnie to super ciekawa sprawa. Pisałam już, że uwielbiam dowiadywać się jak coś powstaje, czy to w kuchni czy np. filcowe cudeńka. Polecam wszystkim podobnie ciekawskim książkę "Dama z jednorożcem" autorstwa Tracy Chevalier (autorka "Dziewczyny z perłą"), w której jest mnóstwo ciekawostek dot. powstawania gobelinów, takich jak np. wawelskie arrasy. Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja tam nie mam dość czytania!
    A dzisiejszy wpis pochłonęłam szybciej niż kanapkę na drugie śniadanie!
    Faja zabawa! Przy tym tłuczeniu dywanu można sobie wyobrazić, ze walimy jakiegoś nielubianego osobnika ;-D

    Pisz Kaprysiu! Pisz :-))

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja chce więcej takich postów! Czytam z zapartym tchem bo ciągle mam kłopoty na przykład z farbowaniem. Stanowczo więcej postów z Łucznicy poproszę :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Na sam widok zdjęc dostaję ataku astmy. Chciałabym natomiast wiedzieć, czy spiewałyście przy tym prastare scytyjskie pieśni, popijając kumys?

    OdpowiedzUsuń
  8. A ja bym tez tak chciala... swietna zabawa!
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Mongolski dywan po polsku z domieszką Annemarie - sądząc po imieniu cudzoziemka - wybuchowa mieszanka!!! A efekt uroczy w swojej prostocie :-)

    OdpowiedzUsuń
  10. Ależ jesteście wytrwałe:))) Ewuniu, sama nie wiem kiedy, ale podczas wyjazdu przeczytałam połowę "Wody dla słoni" Sary Gruen, teraz kończę, super lektura choć nie o gobelinach;),Ato - waląc dostatecznie nie lubiłyśmy dywanu, żeby sobie wyobrażać;), Olu - przepis jak na torebce tylko więcej soli, a ilość octu zależnie od intensywności barwy, no i musi się gotować przynajmniej 20 min.,Ori - śpiewaliśmy i piliśmy tylko co innego;), Wildrose - na jesieni ma być kolejny kurs, może się skusisz?, Kingo - Annemarie jest Szwajcarką o włoskich korzeniach, mówi " po polski z trudami, ali wszyskiego zrozumi";). Ja również wszystkie Was serdecznie pozdrawiam, a napiszę jeszcze o Łucznicy jak złapię oddech :)))

    OdpowiedzUsuń
  11. Kaprysiu :) muszę przyznać, że takie dywanu w domu bym mieć nie chciała ;p i to jeszcze zważając na Twoje opisy bobków :P jednak co musiało być wspaniałe to ta cała zabawa przy tym... Generalnie zdjęcia w dużej ilości mnie nudzą... ale te aż miło się oglądało :)
    Ściskam i życzę miłego wieczoru :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Ale tak gotować w garze na ogniu fest żeby wrzało? Dziecko nowoczesności... zawsze używam mikrofali ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Mała Mi - ja też bym go w domu nie położyła, no może na działce po kilku kolejnych praniach;)
    Olu - gotowaliśmy w garach na kuchence elektrycznej i wrzało solidnie,potem płukanie do czystej wody i ostatnie w wodzie z octem, szklanka na duży gar, no i farby Durolu, paprze się tylko przy tym niestety, cóż :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Hihi :) a właściwie, dlaczego on się nazywa mongolski?

    OdpowiedzUsuń
  15. świetny opis i fotorelacja. Dobrze, że jednak Internet zapachu nie przewodzi ;-) Chociaż domyślam się, że zabawa była przednia.

    OdpowiedzUsuń
  16. wydaje mi się fascynujące ze można było poznać historię filcu.. a nie tylko współczesną wersję filcowania ślicznej chemicznej wełenki...
    Niedawno widziałam w TV tkaninę z V wieku p.n.e. wydawało prawie niemożliwe ze ta tkanina ma tak piękny kolor ........chemia nigdy nie da tej szlachetności koloru co naturalne barwniki. Czy ktoś wie czy w Polsce można kupić naturalny barwnik indygo????? marzy mi się odzienie filcowe w takim właśnie kolorze

    OdpowiedzUsuń