wtorek, 4 stycznia 2011

W długie wieczory najlepiej poczytać:)

"Jaka to rozkosz, jaka słodycz życia - siedzieć w chłodnym domu, pić herbatę, pogryzać ciasto i czytać. Przeżuwać długie zdania, smakować ich sens, odkrywać nagle w mgnieniu sens głębszy, zdumiewać się nim i pozwalać sobie zastygać z oczami wklejonymi w prostokąt szyby. Herbata stygnie w delikatnej filiżance; nad jej powierzchnią unosi się koronkowy dymek; który znika w powietrzu, zostawiając ledwie uchwytny zapach. 
Sznureczki liter na białej stronie książki dają schronienie oczom, rozumowi, całemu człowiekowi. Świat jest przez to odkryty i bezpieczny. Okruszki ciasta wysypują się na serwetę, zęby dzwonią leciutko o porcelanę. W ustach zbiera się ślina, bo mądrość jest apetyczna jak drożdżowe ciasto, ożywiająca jak herbata"
- "Dom dzienny...; str. 244
Przed chwilą skończyłam czytać "DOM DZIENNY, DOM NOCNY" Olgi Tokarczuk i pomimo zachwycających fragmentów, jestem znużona.
W recenzjach zachwyty, peany, mistycyzm i magia, a ja przez tę lekturę chwilami brnęłam jak przez śnieg po kolana.
Rzadko tak długo czytam książkę, więc czemu tę akurat tak?
Zmęczona byłam do tego stopnia, że w trakcie czytania odłożyłam "domy" i sięgnęłam po "Prawiek i inne czasy" tejże autorki i "połknęłam" go przez jeden wieczór i większość nocy.
Zaskoczyło mnie porównanie tych dwóch książek, ponieważ obie powieści są bardzo podobnie skonstruowane i pisane w bardzo zbliżony sposób. Czemu więc tak różnie je odebrałam?
To pewnie dlatego, że jak wszyscy, lubię książki z obrazkami;)
Oczywiście powieści Olgi Tokarczuk nie są bogato ilustrowane.
Autorka obrazy rysuje słowem, bez pardonu wchodzi w wyobraźnię czytelnika, a ja nie lubię oglądać rozmazanych sennych wizji, nawet najciekawszych i najdoskonalej wkomponowanych w psychiczne, czy realne przeżycia, odczucia i wspomnienia bohaterów.
Zarówno w "Prawieku" jak i "Pługu" autorka czaruje obrazami. Kotlina Kłodzka jawi się czytelnikowi jako miejsce cudowne, magiczne i wymarzone, a ludzie zwykli niezwykłymi. W "Prowadź swój pług przez kości umarłych" narratorem jest bohaterka - Janina Duszejko, w "Prawieku i innych czasach" narrację prowadzi czas:), w "Domach" autorka.
Ciekawa jestem , w której z tych trzech książek najwięcej jest osobistych myśli i  doznań samej Olgi Tokarczuk:)
"Dom dzienny, dom nocny" odłożyłam troszkę rozczarowana. Może było dla mnie w tym pisarstwie za dużo filozofii i psychoanalizy.
Po skończeniu lektury "Prawieku i innych czasów" wrócił do mnie mój czas, wspomnienia, dawne chwile i wzruszenia. Zadziałała magia książki i niezwykły talent autorki.
Olgę Tokarczuk na pewno warto czytać, na pewno nie każdy też będzie się zachwycał jej prozą. Ja wrócę do niej z przyjemnością, ale za jakiś czas.
I to będzie znowu mój czas dla siebie i Olgi Tokarczuk:)


sobota, 1 stycznia 2011

Życzenia

Kochane zaglądaczki i zaglądacze!
Tyle cudownych noworocznych życzeń krąży w sieci, że jest rzeczą oczywiście nierealną, żeby się spełniły.
Nie możemy wszyscy mieć samych szczęśliwych chwil, powodzenia, wspaniałego zdrowia, góry pieniędzy i satysfakcji w każdej dziedzinie życia, ale w Sylwestra i Nowy Rok wmówiliśmy sobie, że wszystko jest możliwe, a więc i ja Wam życzę byście trwali w wierze, że  wraz z pierwszymi styczniowymi dniami zaczną się  realizować  zamiary, plany i życzenia, bo jak to mówią - wiara czyni cuda:)
A, że ja jestem słabej wiary, to mimo życzeń, bark boli jak bolał, wszystko co było wczoraj do załatwienia w poniedziałek nadal będzie wrzeszczeć i dopominać się rozwiązania, śnieg leży jak leżał, kot śpi odreagowując nocne stresy i z pewnością brzydko myśli o ludzkich hucznych sylwestrowych zwyczajach i w ogóle kto to słyszał, żeby Nowy Rok był w sobotę.
Powinien być w piątek, wtedy do koszmarnego poniedziałku byłoby jeden dzień więcej. Tak.
Chciał, nie chciał mamy 2011. 
W skrócie ładna data : 01.01.11 :)
Ładniejsza będzie w listopadzie - 11.11.11 i to jakoś w okolicach urodzin Młodej i imienin Mrautak, a potem znowu zaraz święta i znowu Sylwester, a licznik tyka ;)
Właściwie nasz rok to kwestia umowna, jak bardzo słusznie i aktualnie, sto (umownych) lat temu, pisał Boy:
"By uniknąć ambarasu,
Wzięto rok za miarę czasu.
Dzielą go (bardzo wygodnie)
Na miesiące i tygodnie.
Tydzień znów z grubsza podzielę
Na zwykłe dni i Niedzielę."
A kalendarze są różne.
Z meksykańskich służbowych wojaży Młoda przywiozła mi bardzo "nośliwy" wisiorek z kalendarzem Majów.
To swoją drogą ciekawe, że kolejna konferencja klimatyczna COP 16 odbyła się w meksykańskim Cancun. W końcu to kolebka Majów, którzy tak starannie wyliczyli zakończenie piątego świata na 21.12.2012. Do tej pory światy były cztery, każdy zakończony jakimś efektownym kataklizmem.
Według Majów żyjemy pod koniec piątego.
Czyżby globalne ocieplenie jednak nas wykończyło, czy może opatrzność szykuje jakieś inne spektakularne bum, czy może już tylko po tej dacie nic nie będzie takie samo jak wcześniej ?;)))
W kalendarzu Majów każdy dzień , czyli kin ma swój opis i symbol, a całość rachuby czasu tworzą różne kalendarze: tzolkin - rytualny, czyli boski, w którym rok ma 260 dni i  haab - ziemski z 365 dniami podzielonymi na 18 miesięcy liczących 20 dni i pięcioma dniami świąt. Według wierzeń Majów czas boski płynął inaczej, a bogowie przybywali na ziemię odwiedzić dzieło swojego stworzenia według rytualnego czasu co 73 lata, czyli co 52 lata ziemskie. Wtedy właśnie, co 52 lata, oba kalendarze mogły mieć taki sam kin i był to dzień, w którym czas zataczał pełny krąg, a rachuba zaczynała się od nowa.
Więcej o kalendarzu Majów poczytacie tutaj.
A to dzisiejszy kin dnia. 

KIN 8 - Żółta Galaktyczna Gwiazda
2011.01.01




"Zaprowadzenie ładu i harmonii w życiu
jest celem mojego przeznaczenia. 
Dziś inspiruje mnie piękno. 
Dyscyplina, estetyka wewnętrzna, higiena osobista, 
umiar - to sprawy, na które zwrócę dziś szczególną uwagę. 
Zadbam też dziś o swój wygląd, 
pójdę do fryzjera lub sprawię sobie nowe stroje.
Piękno, porządek, kwiaty i muzyka dodają mi chęci do życia. 
Wniosę dziś do domu nowy akcent."

Sympatyczny prawda? Tylko jakoś nie jestem do końca pewna,
czy Majowie mieli fryzjerów, ale widać mieli.
Takie dzienne krótkie i praktyczne plany dnia mają 
największe szanse realizacji i spełnienia.
Udaję się więc wysłuchać noworocznego koncertu z Wiednia,
a potem pod prysznic i pogrzebać w szafie:)
Miłym kapryśnikowym gościom 
życzę pogody ducha, wypoczynku jak poniżej i pełnej 
realizacji każdego kina dnia, aż do końca piątego świata
i potem też:)))

 zdjęcie i nogi Młodej, plaża Cancun grudzień 2010
 





środa, 29 grudnia 2010

SZALeństwo

Nareszcie trochę wolnego. Kilka chwil zaległego urlopu, pełna lodówka, sprzątnięte. Ulubiony czas poświąteczny.
W planach miałam dużo aktywnego wypoczywania, w praktyce zrobiło się leniwie, ale też bardzo wypoczynkowo.
Aż za bardzo. Od dwóch dni nie robię nic.
Paskudnie boli mnie bark, właściwie cała lewa górna połówka człowieka. Nawet wiem od czego. Najpierw mnie zawiało, potem zaczęło boleć, a ponieważ okoliczny ortopeda rehabilitant również ma wolne, postanowiłam dolegliwość przełamać, czyli rozćwiczyć i ufilcowałam szal;)
Pokazuję:
Proszę dokładnie obejrzeć, bo drugiego szybko nie będzie. Zmuszenie wełny, żeby przeniknęła przez jedwab stając się nanofilcem nie jest zajęciem łatwym, lekkim, szybkim i przyjemnym przy bolącym barku. O, nie.
Miałam cichą nadzieję, że go rozgimnastykuję, ale zrobiło się gorzej;)))
Wykorzystałam czesankę rainbow od crafttrioszek i granatowy jedwabny szyfon, który się od lat walał po szafie. 
Wzór wymyśliłam sobie rajsko-cygańsko-abstrakcyjny, a zdjęć porządnych nie miałam jak zrobić, bo ciemno, tła jasnego w postaci płyty kartonowej dużej nie miałam siły targać z piwnicy, a na dokładkę długie to szalisko okropnie, ale coś tam mniej więcej widać. Ufff...


niedziela, 26 grudnia 2010

Prezenty, prezenty

Czas prezentów, pierniczków i kalendarzy. Pierniczki przyjechały od Inkwizycji. Prześliczne, pachnące i pyszne. Doprawione czułymi aromatami, pieczone z uczuciem, a dane z serca.
Dziękuję Iwonko:)
Od Beaty dostałam wylosowany kalendarz z pięknymi kocimi portretami. Będzie mi towarzyszył przez wszystkie dni 2011 roku, a odwiedziny w jej komputerowo-kocim świecie umilą wieczory.
Dziękujemy bardzo obie z Mrautak:)
 
A ja przyklejam dziś do każdego bajta wysłanego w internetowy świat, malutką paczuszkę z magicznym spełniaczem wszystkich życzeń, które dostali w ten świąteczny czas moi blogowi goście.
Dziękuję, że jesteście:)

niedziela, 19 grudnia 2010

Skrzaty

"Ku mojemu zdumieniu doszły mnie słuchy, że podobno są ludzie, którzy nigdy nie widzieli skrzata.
Jestem przekonany, że mają po prostu słaby wzrok."
 Axel Munthe

Święta za chwilę, a ja jestem nieprzygotowana.
Z najróżniejszych powodów przez najbliższe dni też niewiele zrobię. Zaczynam się denerwować, niedobrze:(
W końcu pewnie ze wszystkim zdążę, ale bez ich pomocy byłoby to niemożliwe.
Często trzymają się ich psoty. Chowają mi okulary, albo klucze, które znajduję po jakimś czasie na samym środku stołu, ale przed świętami zawsze mogę na nie liczyć. 
Kiedy więc przed wieloma laty zobaczyłam w księgarni księgę szczegółowo omawiającą fizjologię, występowanie, zwyczaje, historię i życie codzienne Skrzatów, kupiłam ją bez namysłu.
Była prezentem gwiazdkowym dla mojej córeczki i choć minęło od tamtej pory wiele lat, obie nadal uwielbiamy do niej zaglądać.
Z wielką znajomością tematu "Skrzaty" napisał Wil Huygen, a przepięknymi ilustracjami zapełnił Rien Poortvliet.
Wil Huygen opisał skrzacią populację na przykładzie najliczniej dziś występującego w Europie Skrzata leśnego, moi niezawodni przyjaciele to Skrzaty domowe. Nie lubią rozgłosu i bardzo cenią sobie prywatność, opublikuję więc dziś kilka podobizn ich leśnych braci, którzy tak uprzejmie pozowali do książkowych ilustracji.

Jak widzicie siedem razy silniejsze od człowieka Skrzaty zimą i latem pomagają zwierzętom,
choć czasem  muszą też przed nimi uciekać, ale biegają tak szybko, że nawet Mrautak nie mogłaby ich dogonić, gdyby miała taki zamiar, ale nie goni ich nigdy. Któż by wtedy tak czule drapał ją za uszami podczas długich godzin nieobecności pozostałych domowników;)
Niestety nakład Instytutu wydawniczego PAX wyczerpał się wiele lat temu, wznowień nie było, ale warto poszukać tej książki w antykwariatach i na internetowych aukcjach.
Jest urokliwa i pięknie pasuje do świątecznego klimatu. Jeśli chcecie zaś poszukać Skrzatów to przedstawiam fotografię mapy występowania  opracowaną przez autorów i zamieszczoną w książce.
Krasnoludkowym tematem zaraziła mnie Raincloud pokazując śliczne świąteczne obrazki namalowane ręką Lennarta Helje.
I chociaż brak mi na wszystko czasu, to  nocą odreagowując dzienne stresy,  ufilcowałam  proste skrzatopodobne ozdoby na choinkę, bo na tegorocznej choince nie będzie szklanych bombek. Przecież mogłyby stłuczone pokaleczyć delikatne różowe kocie łapki. Choinka będzie mrautakoodporna:)
I może tak być, że na tegoroczne święta będzie tylko choinka, no chyba, że Skrzaty pomogą:)

niedziela, 12 grudnia 2010

Kocie historie i dobra książka


Zastanawiałam się ostatnio, która z nas bardziej potrzebuje tej drugiej i zdałam sobie sprawę, że bez codziennych seansów mrautaczenia moje starobabskie depresyjne humory panoszyłyby się całkiem bezkarnie:)
A tak, śnieg za oknem raz pada, raz się rozpuszcza, zamiecie szaleją, mokra paciaja na chodnikach to zamarza w wymyślne grudy, to babrze się między nogami, a ja słucham wymruczanych w samo ucho kocich historii.
Potem czarno-biały kłębuszek usypia z nosem pod moją pachą.
Mrautak śpi, a ja czytam.
Nareszcie znalazłam czas i sposobność, żeby poznać Janinę Duszejko. Wielka to była dla mnie przyjemność.
W książce Olgi Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych" można doszukiwać się kryminału, analizy psychologicznej, czy wręcz, literackiej prowokacji. Myślę, że w zamyśle autorki, powieść ma drażnić i niepokoić.
Ja znalazłam w niej ukojenie:)
Pisana w pierwszej osobie historia emerytowanej nauczycielki nie zawiera zbędnych zdań. Olga Tokarczuk po mistrzowsku rysuje postać głównej bohaterki. Wplecione w akcję cytaty z  Williama Blakea dodają opowiadanej historii poetyckiego, trochę nierealnego wymiaru.
Ale rzeczy wokół bohaterki dzieją się prawdziwe, konkretne, zagadkowe i straszne...
Rozwiązanie akcji nie zaskoczyło mnie, bardziej je wyczułam, niż wyczytałam z treści. I to właśnie zakończenie i klimat książki podziałały na mnie tak kojąco. 
Jeśli więc cenicie dobry literacki warsztat i kochacie zwierzęta, lektura sprawi wam wielką przyjemność. 
Jeśli zaś gardzicie astrologią i zwariowanymi, śmiesznymi starszymi paniami, które charakteryzuje pasja realizowana z  żelazną konsekwencją, a co gorzej zdarza się wam tolerować lub czynić ZŁO wobec zwierząt, przeczytajcie również tę książkę. I strzeżcie się.

sobota, 4 grudnia 2010

Łucznica ta sama, ale nie taka sama, czyli nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło i pierwsze pocieszajki.

Z wielu różnych powodów nie pojechałam na jesienny kurs filcu do Łucznicy, ale pojechała Małgosia, z którą byłyśmy razem w kwietniu. Wróciła rozczarowana kursem i zachwycona nowymi znajomościami:)
Kurs miał być II stopnia dla zaawansowanych, a nie wnosił niestety niczego nowego, za to przesympatyczne nowe znajome przekazały Gosi "wiedzę tajemną"  i pokazały technologię robienia filcowych szali:)
A że Małgosia jest bardzo dobrą nauczycielką, to jest nadzieja, że i mnie może, pod jej wprawnym okiem, nareszcie uda się udydłać jakiś szaliczek.
Tak również cudnie się złożyło, że w Łucznicy Gosia poznała Martę, która razem z koleżankami prowadzi sklepik internetowy z własnoręcznie gręplowaną i farbowaną czesanką. Znajdziecie w nim również jedwabny laps, włókna soi, bambusa i lnu, które stanowić mogą świetną bazę do filcowania szali, najróżniejsze loki i kłaczki, akcesoria i serwetki do decoupage, co nie co z pasmanterii i dobre farby do barwienia wełny.
Mnie zachwyciła wełna czesankowa, którą miałam możliwość na żywo obejrzeć i pomacać. Jest mięciuteńka, delikatna, ma równiutkie, puszyste włókna, piękne trwałe kolory i łatwo ją filcować. Od Marty wyszłam z siatką wełny i silnym postanowieniem znalezienia wolnego dnia na ufilcowanie szala na jedwabiu. 
Wszystkie te cuda znajdziecie pod adresem sklepu:
http://crafttrioszki.pl/
Tymczasem pomału, acz systematycznie wytwarzam obiecane pocieszajki dla uczestniczek wrednego candy. Co prawda miałyście wybrać broszkę lub kolczyki w dowolnej kolorystyce, ale postanowiłam zrobić dla wszystkich i jedno i drugie, ponieważ kompleciki miło się robi i ładnie wyglądają na zdjęciach:)
Jeżeli któraś z Was chciała tylko i wyłącznie np. broszkę, to kolczyki-filcyki może wrzucić na dno szuflady i już.
Zwrotów nie przyjmuję, biorąc udział w mojej marnie zorganizowanej zabawie podjęłyście ryzyko znoszenia moich kaprysów;)

Poniżej komplecik Aty,
Artemisi,

Miry,
Joanny,
Dużej Małej Mi,
Nadal czekam na wiadomości od pozostałych uczestniczek:) Wszystkie dziewczyny, proszę również o podanie w mailu do mnie, adresu, na który mam wysłać pocieszajki.
Do tych z Was, które podały mi już adres, gotowe kompleciki postaram się nadać w poniedziałek.

Zdjęcia wyszły takie sobie, za oknem pochmurno, światło marne, do tego robiłam je dziecka aparatem, który jest niby świetny, ale obcy;)
Dzisiejszą sobotę zaplanowałam jako jeden z nielicznych ostatnio (niestety) dzień dobroci dla zwierząt pociągowych.
Rano blog, szlafroczek, herbatka, Olga Tokarczuk prowadząca swój pług przez kości umarłych;) (nareszcie, dotąd się jakoś nie składało), a wieczorkiem zaległe andrzejki w miłym gronie:), czyli w planach sympatyczny, wypoczynkowy weekend, czego i Wam życzę:)