sobota, 25 sierpnia 2012

Nie rozumiem po co w niebie potrzebny był jeszcze jeden mały łaciaty kot, skoro są ich tam niezliczone rzesze.
Tylko dwa lata moja ukochana koteczka była mi radością i pociechą.
Zdobyć kocie serce to zaszczyt. My zasłużyliśmy tylko na te dwadzieścia cztery miesiące.
Bez Mrautak nie umiem pisać. 
Nie mam też o czym i nie mam czasu.
Muszę umyć i schować kuwetę, miseczki i drapak. Muszę nauczyć się nie spieszyć do domu i zamykać drzwi w łazience. 
Jej małe serduszko przestało bić, a moje z bezradności i żalu pokruszyło się na kawałki. Rozsypały się też kartki kapryśnika.
Nie wiem czy będę umiała je pozbierać.
Nie piszcie proszę komentarzy. Nie dam rady ich czytać.




czwartek, 9 sierpnia 2012

Chory kot.

Jak kot jest chory, to cały dom jest chory:(
Wszyscy chodzimy z nosami na kwintę. Wyraźnie wiejskie eskapady nie posłużyły zdrowiu Mrautak, ale też nie były bezpośrednią przyczyną problemów.
Chorowita jest zresztą od małego kociaczka. Nigdy nie wiadomo jak trudną przeszłość miało takie przybłąkane kocie.
Niestety wstępna diagnoza jest fatalna, ale kaprysie i Mrautaki tak łatwo się nie poddają, więc może nie będzie tak źle, tym bardziej, że po podaniu leków osłonowych jest troszkę lepiej i panienka nawet ma ochotę na krótką zabawę i coś nie coś podjada. Ogólnie rzecz biorąc, kto ma pszczoły, to ma miód, kto ma kota to ma takie tam różne:(
A zaniepokoiły mnie senność, apatia, blady koci nos i opuszki łapek, zwykle różowiutkie jak cukiereczek. Bałam się, że weterynarz mnie wyśmieje, jak mu powiem, że kot jest blady, ale nasz pan doktor zrobił badania od ręki, a raczej od łapy, no i niestety wyszło co wyszło.
Wirusa kociej białaczki pokonać się nie da, ale przy silnym kocim organizmie, czasami udaje się uśpić jego aktywność nawet na lata.
Nie wyobrażam sobie, żeby nam się to z Mrautak nie udało.
Test na obecność wirusa powtórzymy zgodnie z zaleceniami jeszcze za miesiąc, a tymczasem obie z Mrautak będziemy wdzięczne wszystkim kociarzom za rady i ewentualne doświadczenia związane z tą kocią przypadłością.

niedziela, 5 sierpnia 2012

Miasta i miasteczka.

Pokażę dziś miasta i miejsca omijane. W drodze nad morze lub Kaszuby są dla podróżujących urlopowiczów kolejnym etapem drogi, punktem w atlasie lub miejscem, w którym przekracza się Wisłę. 
Do kilku z nich dziś Was zapraszam.
Na początek Chełmno. Miasto zakochanych.
Piękne, z imponującą historią, zadbane, z odrestaurowaną Starówką i gotycką farą kryjącą relikwiarz św. Walentego, a z której wieży zobaczyć można najpiękniejszy widok na Świecie.
To fakt i prawda niezaprzeczalna, ponieważ Świecie położone jest po drugiej stronie Wisły:)
Z przyjemnością przeszliśmy się urokliwymi uliczkami Starówki i przesłaliśmy pozdrowienia z ławeczki zakochanych:)
Ratusz miejski 
Lampa na remontowanej obecnie farze.
Kolejne miasto, które przedstawiam to położona w południowej części Pojezierza Kaszubskiego Kościerzyna. Siedziba powiatu kościerskiego, malownicza, ciekawa i już chętniej odwiedzana przez turystów z uwagi na bliskość otaczających ją jezior.
Na zdjęciach ukwiecony rynek z intrygującym wiernością detali pomnikiem żyjącego ponad 150 lat temu kaszubskiego barda i poety - Remusa.
A to kościerska pokrywa kanalizacyjna, jedna z licznej fotograficznej kolekcji miejskich pokryw, której zapewne kiedyś poświęcę osobny post.
Kolejne miasto, to Kartuzy. Trochę na uboczu turystycznych szlaków, mniej doinwestowane, za to z zapierającą dech XIV – wieczną Kolegiatą, przypominającą kształtem trumnę (Memento mori) i stanowiącą wspólnie z zabytkowym eremem i refektarzem pozostałość średniowiecznego zespołu klasztornego Zakonu Kartuzów.
Jadąc malowniczą Kaszubską Drogą trafimy do Chmielna z żywym Muzeum Ceramiki Neclów i do Ostrzyc, jednej z wiosek położonych wzdłuż brzegów Kaszubskiego naszyjnika jezior.
O tych i innych cudach Kaszub pisałam kiedyś tu.
W drodze ze Wdzydz Kiszewskich, w których czarterowaliśmy łódkę, skierowaliśmy się w stronę Borów Tucholskich i przedwojennej granicy Polski z Niemcami. Obejrzeliśmy modne letniskowe Swornegacie
i przepiękne Chojnice,
 
które w herbie mają dumnego słowiańskiego tura i do II Wojny Światowej były miastem granicznym.
Noc spędziliśmy w Babilonie, mieszczącym się w dawnej placówce granicznej, a położonym w pobliżu wsi Wolność i Pomoc. Nie jest to zajazd jakich wiele, to miejsce pełne historii, na nowo odkrywanej i dokumentowanej przez obecnego właściciela Bogdana Rapatta.
Wracając do Warszawy zatrzymaliśmy się w Bydgoszczy, by podziwiać nad Brdą "Idącego nad rzeką", a na Starówce napić się czystej kranówki:)
Wybierając się po toruńskie pierniki nie omijajmy Bydgoszczy. To jedno z tych polskich miast, których rzeka nie dzieli (jak niestety od lat stolicę warszawska Wisła), a łączy, co pięknie widać w Bydgoskiej Wenecji położonej na zrewitalizowanej w ostatnich latach Wyspie Młynskiej.
Na zakończenie tej nieznośnie już długiej wycieczki, zdjęcie do kolekcji dedykowane Bobe Majse, bo odkąd czytam jej niezwykle ciekawy blog,(pisałam o tym tu) bardziej uważnie przyglądam się domom i kamienicom mijanym w małych miasteczkach:)
Kamień Krajeński, ul. Główna 19.
I naprawdę już na koniec przekazuję serdeczne podziękowania autorom bloga Syberiada Adventure za wspaniałe wyróżnienie:)
Powinnam przekazać je wskazanym przez siebie blogom, ale oglądam i podziwiam ich tak wiele, że wybranie kilku byłoby niesprawiedliwe w stosunku do pominiętych, a wypisywanie wszystkich mija się z rozsądkiem:)
Wybaczcie zatem złamanie zasad, ale ten post i tak jest już skandalicznie długi:)

czwartek, 2 sierpnia 2012

Sielskie klimaty, czyli ciężkie przypadki wróbelka elemelka..

Jeszcze tak nie było, żebym wróciła z działki wypoczęta ;)
Tam zawsze jest coś do wypielenia, posprzątania, ugotowania i przetworzenia. Rozliczne zajęcia same się nakręcają, a mówią, że perpetuum mobile nie istnieje. Myślałby kto.
Nie daję się. Żeby nie wiem co znajduję czas dla siebie.
Przynajmniej na książkę i lepienie, a najmilsze chwile łapię z samego rana, kiedy rodzinka słodko chrapie. Siadam wtedy przy stole pod winogronami i smakuję sobie cichy, letni, wiejski, zamglony poranek popijając zieloną herbatkę, a Mrautak biega i łapie wszystko co się rusza. Czasem biedronki, a czasem co innego.
Kot jeździ z nami. Nie lubi, ale jeździ. To znaczy jeździć nie lubi, ale działkową wolność bardzo sobie chwali. Ostatnio za bardzo.
Byliśmy z nią wielokrotnie i nigdy do tego łaciatego łba nie wpadł pomysł oddalania się z podwórka. Do czasu.
Dzień, w którym szukałam kota od rana do nocy po całej wsi i okolicznych polach zapamiętam na długo. W końcu rodzina też zaczęła szukać.
Cała wieś szukała. Bite 14 godzin. Jeszcze na drugi dzień pani w sklepie, w miasteczku odległym od naszego domu o dwa kilometry pytała, czy kot tej pani z Warszawy, co tak chodziła tyle godzin z rozwianym włosem i czerwonymi oczami, w końcu się znalazł. Przynajmniej o mrautaczą cnotę, a właściwie o perspektywę zostania kocią babcią, byłam spokojna, bo szczęśliwie jest wysterylizowana, ale inne czarne wizje towarzyszyły mi dzień cały i kawałek nocy. Znalezienie kota w łanach dojrzewającego zboża graniczy z cudem. Nie znaleźliśmy.
Panienka przyszła sama późnym bardzo wieczorem z rozpaczliwie ćwierkającym wróbelkiem w zębach.
Młoda narobiła krzyku, kot otworzył pysk, a wróbelek zniknął nam z pola widzenia. Obrażona Mrautak uprzejmie się posiliła, wysikała do kuwety (te miejskie maniery;)) i poszła spać. My też.
A rano zza kredensu ćwir, ćwir, ćwir...
Upał, trzydzieści parę stopni, a my odsuwaliśmy wszystkie meble. Rozpierdziocha na całego, bo żeby ruszyć kredens trzeba było wszystko wyjąć, a to solidne stare, ciężkie, drewniane sprzęty są. Potem w ruch poszło łóżko z drewnianymi zagłówkami, lodówka, szafa i dywan.
Polowanie zajęło nam dwie godziny. Kota nie było na szczęście, bo też poszła polować, ale tym razem już widziałam dokąd. Blisko nawet. Do starej stodoły sąsiadów, w której trzymają mnóstwo kostek starej słomy, a spokojny żywot wiodło kilka mysich rodzin.
Raj dla kota po prostu. 
Ptaszek nawet nie był przetrącony i wrócił na wolność, zdjęcia mu nie zrobiłam, bo za bardzo mi się ręce trzęsły. Sprzątaliśmy potem kolejnych kilka godzin. Każdy spędza wolny czas, jak lubi;))) 
A potem nie mogliśmy jechać do Warszawy, bo cholera łaciata nie wracała, dopiero po dziewiątej wieczór była uprzejma się pojawić, zdziwiona niezwykle czego to się od niej chce, bo przecież myszki już nie przynosiła, skoro takie piękne łupy nam się nie podobają. Teraz kolejny dzień odpoczywa biedactwo.
Zanim kot dostarczył nam rozrywki zajmowałam się nowymi śmieciami (czytaj skarbami), albo jak kto woli, nowymi skarbami (czytaj śmieciami).
Na strychu dopadłam zniszczoną okienną ramkę, którą ocaliłam przed porąbaniem i spaleniem w węglowej kuchni. Mam ambitny plan przerobienia jej na lustro. Na zdjęciu jest już wstępnie oszlifowana,
a pan mąż pozyskał stary wojskowy kuferek, z przodu również po wstępnym szlifowaniu.
O takim Tomuś Czereśniak w Pancernych śpiewał, że już stoi zrychtowany:)
Kuferek wymaga solidnego czyszczenia, napraw i  konserwacji metalowych okuć. Gdyby nie akcja wróbelek pewnie bym się bardziej skarbami-śmieciami zajęła.
Przed akcją zdążyłam trochę polepić. Wysycha sobie wszystko pomału i czeka na jesienny wypał.
Z przedwakacyjnego została mydelniczka zrobiona według życzenia Sekutnicy i czeka na przekazanie w ręce nowej właścicielki. Poważne to było wyzwanie, do tego kaprysiowa profanacja Blue Nude II - Henriego Matisse'a, ale ładniej nie umiałam.
A tu znowu upałem straszą, a człowiek zasadniczo po urlopie.
Ale to nic. Na działkę może sobie znowu pojedziemy odpocząć;)))

wtorek, 31 lipca 2012

O żeglowaniu.

Kaprysie lubią pływać w wodzie i po wodzie, ale to Pan mąż jest poważnie opatentowanym żeglarzem z doświadczeniem, wiedzą i wszechstronnymi umiejętnościami.
Naprawdę miałam nadzieję, że pod żaglami będę pełniła głównie rolę wypoczywającego balastu, ewentualnie czasami pokładowego cooka, a do masztu będę się dotykać, żeby powiesić mokrą koszulę do suszenia, jak na obrazku powyżej, a tu zaraz pierwszego dnia słyszę: 
"No, chyba nie myślisz, że sam poprowadzę pięcioosobowy jacht!!!
Ja nas odepchnę od pomostu, a Ty wiosłujesz (całe szczęście, że umiesz solidnie machać wiosłami), jak odpłyniemy parę metrów ja steruję, a ty rzucasz pagaj i lecisz wciągać grota. Tylko szybko, bo stracimy wiatr! I co robisz z tym fałem na knadze?! Ostatecznie może być. Dobrze, to teraz sklaruj cumy i idź na dziób naszykować kotwicę. Na bom uważaj, no przecież mówiłem żebyś uważała! A ten żagiel to jednak musisz poprawić i na icki patrz, to będziesz widziała skąd wieje. I szoty zawiąż na foku, bo przecież go nie postawię, jak chcesz się opalać , a nie żeglować po ludzku."
A wiało jak głupie, jak na kaprysiowe wymagania trochę za bardzo. 
Ludzie dzwonili do nas zaniepokojeni, że na Kaszubach szaleją powietrzne tornada, ale szczęśliwie kaszubski krzyż zahaczyły tylko bokiem.
Za to po jeziorach przemieszczaliśmy się w ekspresowym tempie. Chyba nawet z silnikiem nie byłoby szybciej;)  Szkolona byłam również w żeglarskim języku.
Spałam na koi w kubryku, ciuchy miałam w bakiście, szoty foka wybierałam korzystając z kabestanu, a jak padało przy kei, na bomie rozciągałam tent.
Kiedyś podejmowano próby spolszczenia żeglarskich nazw skutkiem czego przemianowano saling i jumpsaling na rozpier górny i rozpier dolny. Jakoś się nie przyjęło. W nowoczesnych jachtach jest za to talia obciągacza grota.Też ładnie:)
Tak to już jest, że opatentowani żeglarze lubią ostre przechyły, a kaprysie tak średnio, więc najwspanialej i najpewniej czułam się przy cudownie pustych, cichych i urokliwych brzegach wysp kaszubskiego morza i kiedy w czasie płynięcia wichura odpuszczała, a zza chmur wyglądało słońce.
Nareszcie był czas na książkę, oglądanie chmur, spacery po lesie i pływanie w jeziorze, którego się nie wyrzekłam nawet przy 15 stopniach ciepła. 
Wejść było trudno, za to woda, jak zwykle była sporo cieplejsza od powietrza i mogłam się wypływać za wszystkie czasy i tak jak lubię, bo pusto było wokół zupełnie:)
Jak już szczęśliwie oddaliśmy żaglówkę, natychmiast poprawiła się pogoda i zaczęły upały, ale nie zrażeni zaczęliśmy krótką wycieczkową część urlopu po miasteczkach i miastach Kaszub i Kociewia, ale o tym opowiem już innym razem:)

środa, 25 lipca 2012

Chmury.

W tym roku urlop mnie zaskoczył;) Musiało być już i teraz, albo wcale, więc było już i teraz. Misterne plany runęły w gruzy, ale okazało się, że w zaprzyjaźnionej kaszubskiej stanicy czeka na nas żaglówka.
Co prawda starsi ludzie powinni pływać nowoczesnymi jachtami, w których żagle same się rolują, są wyposażone w silniki i inne takie, ale chcąc mieć to wszystko, jacht czarteruje się z wyprzedzeniem. Na nas czekał zacny Nesh, który ma już swoje lata i brak w nim nowoczesnych udogodnień, ale za to lekko chodzi w nim miecz, ma dużą, wygodną kabinę i baliowatą, bezpieczną konstrukcję.
Własny żeglujący domek, jeziora i las, a do tego absolutna cisza i spokój przy wyspach kaszubskiego krzyża, całkowicie wystarcza kaprysiom do szczęścia.
Zaskoczyła nas też pogoda. Do wyjazdu pakowaliśmy się w upale, a Kaszuby powitały nas chłodem, za to wiało solidnie, a wiatr przeganiał nam nad głowami chmury. Nie mogłam się na nie napatrzeć i chociaż czasem z nich padało i tak mnie zachwycały. Pierwszy z serii urlopowych postów poświęcam więc im w całości:)
W południe pozornie niegroźne i malownicze, wieczorem zasnuwały już całe niebo,
które w blasku zachodzącego słońca płonęło niezwykłą łuną, zapowiadającą kolejny pochmurny, wietrzny i burzowy dzień,
co żeglarzowi w niczym nie przeszkadzało w wędkowaniu:)
Rano otwierałam luk na dziobie i leżąc jeszcze na koi patrzyłam jak wiatr goni je po niebie.  
Czasem też zza niskich, zwiastujących deszcz cumulonimbusów pokazywały się rozwiane i delikatne strzępki wyższych pięter chmur stratocumulus i cirrostratus, które z kolei zwiastowały niezmienność kapryśnej pogody, ale za to wyglądały fantastycznie.

Często po kilku godzinach ustępowały jednak miejsca niskim burzowym chmurom niosącym gwałtowne szkwały i deszcz,
by znowu pod wieczór rozwiać się w malownicze obłoki,
a innego dnia w bezwietrznej ciszy zasnuć niebo i odbijać się w gładkiej tafli jeziora,
 aż do kolejnego zachodu słońca.

Chmury towarzyszyły nam też w drodze powrotnej, która tym razem trwała trzy dni. Coraz mniej gęste i groźne, zapowiadające poprawę pogody, bo przecież jest ogólnie wiadome, że jak kaprysie pływają po rzekach lub jeziorach, wszystko jedno czym, to musi padać i być zimno;) Mimo wszystko miło było zwiedzać omijane zazwyczaj miasta i miasteczka przy słońcu i ładnej pogodzie. Ale o tym już w którymś kolejnym urlopowym poście, a jak zwykle pewnie będzie ich kilka, tylko za jakiś czas, bo dziś jestem tylko przelotem i na chwilę. Ku uciesze stęsknionego kota, jutro rano ruszamy na działkę:)
Tam też bywają ciekawe chmury. Proszę bardzo, takie na przykład. Brrr.
Tym razem niestety nie ma takich cudów, żebym zdołała nadrobić blogowe zaległości. Przed wyjazdem nie zdążyłam z żadnym wpisem, Wasze blogi przeglądać będę pewnie z miesiąc, a tematów do swojego, przy aktualnej częstotliwości publikowania postów, wystarczy mi do grudnia, ale zaraz po powrocie z działki obiecuję, że będę się starać.
A jeśli urlop jeszcze przed Wami, to umówmy się, że chmury zostają w kapryśniku, a dla Was już tylko piękne słońce i błękitne niebo:)