niedziela, 30 stycznia 2011

Chrust


To jeden ze smaków mojego dzieciństwa.
W moim domu smażenie faworków było zawsze rodzinnym świętem i rytuałem. Mama zagniatała ciasto z kilograma mąki.
Taka ilość to kilka godzin wałkowania, smażenia i posypywania cukrem pudrem. Tata smażył, układał usmażone na talerzach i paterach w misterne piramidy, a ja posypywałam je cukrem pudrem.
Spędzaliśmy w kuchni razem kilka godzin. Co pewien czas trzeba było dokładać świeży smalec w miejsce wypalonego, robiliśmy przerwy na odpoczynek, rodzice opowiadali anegdoty, śpiewaliśmy kolędy, pieśni Moniuszki i przeboje Ordonki, warszawskie ballady i rosyjskie dumki, stare wojskowe piosenki i nowe przeboje, smalec skwierczał wesoło, a góry faworków rosły i rosły:) 
Kiedy już trochę podrosłam i to ja wałkowałam i kroiłam radełkiem faworki, a mama, już wtedy chora, przejęła posypywanie cukrem, próbowaliśmy też jesienią nastawianych nalewek. 
Zawsze przy faworkach było rodzinnie i wesoło. A potem oczywiście przychodzili goście.
Bardzo chętnie przychodzili :)))
Kilka dni temu zadzwoniła Młoda: "Mamo, kiedy robimy faworki?" 
To również smak jej dzieciństwa:)
Już dawno przeszła wszystkie stopnie wtajemniczenia, od posypywania, przez krojenie, przewijanie, wałkowanie i zagniatanie ciasta, aż do smażenia.
Za ileś lat przejmie radełko i przywoła własne wspomnienia.
Ależ to życie pędzi na oślep do przodu, przymykam oczy, a wspomnienia minionych lat jak widoki w oknie jadącego pociągu migają mi przed oczami.... 
Tylko faworki wciąż tak samo kuszą i wciąż trzeba po ich smażeniu dobre pół godziny solidnie wietrzyć mieszkanie;)

Przepis ( niezawodny ) za "Kuchnią Polską", wydanie z roku 1951

20 dkg mąki
3 żółtka, sól
3 - 4 łyżki gęstej śmietany
płaska łyżeczka proszku do pieczenia ( ja daję pół lub wcale )
1 łyżka spirytusu (solidna)
cukier puder z wanilią lub cukrem waniliowym do posypywania
tłuszcz do smażenia ( ja używam dobrego smalcu)

Z mąki wymieszanej z proszkiem do pieczenia i solą, śmietany, żółtek i spirytusu zagnieść ciasto o gęstości i konsystencji ciasta kluskowego.
Ciasto wałkować partiami, jak najcieniej i kroić radełkiem, bądź nożem na paski długości ok. 15 cm i szerokości 3 cm.
Każdy pasek przekroić wzdłuż na długości kilku centymetrów i przewinąć. Smażyć w głębokim bardzo rozgrzanym tłuszczu do uzyskania złotego koloru z obu stron, zwykle 20 - 30 sekund. 
Osączyć, ułożyć na talerzu i posypać cukrem pudrem z wanilią.
Faworki z garnka najlepiej wyjmować długimi ostro zakończonymi patyczkami, na jednym z patyczków trzymając je chwilę nad garnkiem, aż obciekną, a drugą ręką wkładając już do garnka kolejne.
Wymaga to trochę wprawy, ale nie palą się i nie chłoną w ten sposób dużo tłuszczu. 
Koniecznie trzeba pamiętać, żeby nie podsypywać pod wałkowane ciasto dużo mąki i bardzo uważać żeby do gorącego tłuszczu nie dostał się cukier. 
Z podanych proporcji wychodzi jeden solidny talerz chrustu.
Smacznego:)

19 komentarzy:

  1. ja tez pamietam moja mam zawsze robila je na boze narodzenie, sama kiedys tez probowalam ale cos mi nie wyszlo zrobily sie na drugi dzien jakies wilgotne, moze dlatego ze nie mialam spirytusu,tu w niemczech nie ma w sprzedarzy,co prawda przywiozlam sobie go z polski ale jakos ochota do ich smazenia mi przeszla,musze sprawdzic czy twoj przepis jest taki sam jak moj :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie spisz Blogu? U mnie dziś jakaś taka byle jaka "biała noc";)he, he. Bez spirytusu nie da rady, musi być, inaczej zawsze zwilgotnieją i do tego będą bardzo tłuste.Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Piękny post...
    Aż ciarki mi po plecach przeszły...
    Zgadzam sie, czas niemiłosiernie szybko się z nami "obchodzi"... Trudno za nim nadążyć...
    Bardzo mi ciężko z tym, że On tak pędzi, że żyjemy w takim niesamowitym biegu i na wiele rzeczy już Go brakuje:(
    W moim domu pieczenie faworków również było Świętem... Upieczenie ich dla czternastoosobowej rodzina (my, dzieci + dwoje rodziców) to było nie lada wyzwanie... Ale mama, a później nasza najstarsza siostra, ja i nasza młodsza siostra próbowaliśmy temu podołać...
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak mi się wydaje, że przez swoją praco- i czasochłonność i przez to, że ŻADNEJ znanej mi cukierni nie udało się usmażyć takich naprawdę "domowych" faworków (jedna jest bardzo blisko osiągnięcia ideału, krakowskim łasuchom służę adresem)to staja się one prawdziwym symbolem smaków dzieciństwa. Bo już ani "delicje" ani pomarańcze nie smakują tak, jak te zdobywane wówczas tylko przed świętami. Ani szynka już nie ta, a i pomidory tak nie pachną...A one, trwają... Nie wiem jak to się stało, że przy absolutnej odporności na domową wiedzę cukierniczą zapamiętałam przepis na faworki i umiem je zrobić tak, że smakują jak u babci. Cieniutkie i pękające w ustach jak chrust, jakże inne od sklepowych grubych "gnieciuchów" Z wrodzonego lenistwa co roku daje się skusić sklepowej produkcji i co roku zawiedziona ich wytworami staje przy stolnicy i przez pół dnia gniotę, wałkuje i smażę. Takie zrywy mam co najwyżej dwa na karnawał, więc i dla moich dzieci faworki staja się elementem domowej legendy :)))) A mój przepis ( dwa razy tyle, co u Ciebie i BEZ proszku) to porcję, która wystarcza nam najwyżej do następnego dnia :))) Dlatego zdjęć z tegorocznej nawet nie zdążyłam zrobić. Pozdrawiam Cię Kaprysiu cieplutko oblizując się na widok Twoich faworków.

    OdpowiedzUsuń
  5. Mireczko, te ze zdjęć robiłam również z podwójnej porcji, jeden zamach, a starczają na chwilę dłużej;) Zwykle robię z potrójnej, ale ostatnio też rzadko, bo czas, bo kalorie, bo itd.
    Faworki jak Twoje i moje kruszą się w rękach i rozpływają w ustach, takich się nie kupi za żadne pieniądze i dlatego w każdym karnawale je smażymy przynajmniej dwa razy, chociaż to dietetyczny koszmar:)Ze względu na zdjęcia wprowadziłam zakaz obżerania się w dniu smażenia, tylko próbowanie;) Zresztą na drugi dzień są lepsze.
    Pozdrawiam cieplutko i wiem już gdzie wproszę się na faworki jak kiedyś jakimś cudem zawitam w karnawale do Krakowa;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Jola-zola - witaj:)Widzę,że również miałaś białą noc:)Masz rację dla tylu osób potrzeba wielu gór faworków,to wyzwanie, ale i wielka przyjemność. Pozdrawiam cieplutko:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Uwielbiam faworki i dzisiaj będę je robić :)

    http://moniartbizu.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  8. O kurczę, wreszcie muszę je usmażyć, bo narobiłaś mi Kaprysiu ochoty ogromnej! Piękne wspomnienia i piękne rytuały :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie wiem czy wiesz Kaprysiu, ale cuda się zdarzają a w blogowym świecie to one są na porządku dziennym. :))) Stolicy do Krakowa przenosić nie chcemy, ale goście stamtąd są mile widziani wbrew jakimś dziwnym opowieściom o antagonizmach ;))) Daj znać a zakaszę rękawy :)

    OdpowiedzUsuń
  10. faworki wczoraj podarowane zniknęły magicznie w ciagu nocy:D PYSZNE!:D jak zwykle:*

    OdpowiedzUsuń
  11. Dzięki Twojemu postowi przeszłość wróciła jak zaczarowany obraz. Mama przy stolnicy i ja dzieciak jeszcze z sitkiem i cukrem pudrem w dłoni. Potem to była również robota dla mojej córci. Twój przepis do naszego b. podobny. Mnie uczono jeszcze, że ciasto na faworki musi być "wybite" wałkiem przez co najmniej 10 min. do czasu aż po przekrojeniu zobaczy się w środku pęcherzyki powietrza. Poza tym czasami z braku spirytusu dawałam sok z cytryny (2 porządne łyżki) z podobnym skutkiem. Bardzo serdecznie pozdrawiam wszystkich faworkowych łasuchów ;)))

    OdpowiedzUsuń
  12. Moja babcia robiła faworki. Spraszała całą rodzinkę na domowe obiadki, a był nas wtedy całkiem niezły tłumek. Pamiętam, że ja jako najmłodsza w rodzinie (bo reszta to już była kawalerka;) miałam przywilej posypywania ich cukrem-pudrem. I to wszystko w przedpokojowej wnęce, bo babcia po wojnie nie miała już kuchni z prawdziwego zdarzenia. Niestety przepis babci się nie uchował, bo mama nie paliła się to tej roboty. Dzięki Kaprysiu. Chyba Twój wypróbuję ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Nie tylko faworki pyszne, ale i ta opowieść...

    OdpowiedzUsuń
  14. Tak to już jest, kochana Kaprysiu, że z biegiem lat nasze zegary przyspieszają... Ale wspaniałe jest to, że rytuały z dzieciństwa są wciąż obecne w naszym życiu, przekazywane z pokolenia na pokolenie i tak ważne dla nas. To pozwala się odnaleźć w tym pędzie życia.
    U mnie to "jajówka" na niedzielne śniadanie, obowiązkowo z białą kawą "zbożówką". Potrawy wigilijne takie "jak u mamy". Wspólne z córcią pieczenie pierników i ozdabianie pisanek, ważniejsze od wypucowanych okien...
    Mój przepis na faworki jest taki sam. Nie do podrobienia w żadnej cukierni!Tylko na Plancie smażę, bo dziecko wege ;-)
    A zdjęcia... mhmmm... mniammm...
    Ściskam Cię czule...

    OdpowiedzUsuń
  15. Ojej jak dobrze, ze mi przypomnialas o faworkach, w raqmach diety malo co pieke, jak mamy ochote raczej idziemy do kawiarni na cos slodkiego, bo ile by nie bylo w domu, to zawsze zjadamy!
    No ale takie rarytasy musze zrobic ktoregos dnia, bo coz to za karnawal bylby?
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  16. U mnie też już gościły faworki - onegdaj robiła je babcia w okolicach moich urodzin i jeszcze pączki z konfiturą z róży....eeech... :-)

    OdpowiedzUsuń
  17. O, a ja właśnie wczoraj nasmażyłam i dziś będziemy dojadac pozostałości.
    Faworki kuszą, uwielbiam je....
    Całuje Cię gorąco

    OdpowiedzUsuń
  18. O jaaaa!!!!!!!!!! Tego właśnie nie znosze w wirtualnym świecie! Dlaczego nie mogę zjeść mojego monitora?!
    Przestałam jeść chruściki od kiedy mieszkam w mieście, nigdy już od tej pory nie jadłam takich jak wtedy, kiedy miałam kilka lat...
    Przepiękny post, uwielbiam Twój styl pisania, lekkość, chumor i wrażliwość.
    A wiesz, że właśnie wczoraj jedliśmy na kolację donaty mojej roboty i co rozczuliło mnie najbardziej, to reakcja moich dzieci, ich rozanielone twarze i te cmoknięcia i westchnienia no i radość, bo to była niespodzianka. No i pomyślałam sobie... ech, chyba właśnie tworzę niezapomniane chwile i wspomnienia... bezcenne... Dzięki Ci za ten post.

    OdpowiedzUsuń
  19. Nie będę oryginalna, dla mnie to też smak domu. Zwykle raz do roku w karnawale, mama postanawiała, że trzeba smażyć faworki. Ciasto robiła z tego samego przepisu - też z kuchni polskiej! Ja wtedy jej pomagałam w biciu ciasta (im dłużej bite i walone o stół tym więcej ma powietrza), krojeniu i przekręcaniu. A potem posypane cukrem pudrem z cukrem waniliowym... Mmm...

    OdpowiedzUsuń