piątek, 6 marca 2015

Marzenie.

Podobno nie można ciastka zjeść i mieć. Można za to mieć dużo i zjeść dużo, jak ktoś lubi. W końcu jednak zawsze zostaje pusty talerzyk.
Dlatego chyba nie lubię ciastek. Lubię marzenia.
Każde raz spełnione mogę mieć znowu. Choćby i to samo.
Mam ich prywatny ranking, a jedno z samej góry listy jest i spełnione, i nadal aktualne. Wenecja.
Kilka wspólnych dni w tym niezwykłym mieście podarowała mi Młoda na imieniny. To się nazywa prezent. Marzenie:)))
Tu bura, lodowata plucha, tam cudowne 23 w cieniu, słońce i lekka bryza niosąca zapach morza. Zamglone poranki i magiczne, długie wieczory. Wenecja nie jest dużym miastem. Sto wysepek połączonych czterystoma mostkami na ośmiu kilometrach kwadratowych poprzecinanych sto siedemdziesięcioma czterema kanałami.
W kilka dni udało się nam obejść większość słynnych zabytków i urokliwych zakamarków oddalonych nieco od turystycznego zgiełku. Pierwszego dnia błąkałyśmy się w wąskich uliczkach szukając hotelu, głównie dlatego, że zupełnie nie ma tam jak rozejrzeć się i zorientować w terenie. Trzeba podporządkować się szlakom wytyczonym przez wąskie uliczki wciśnięte pomiędzy mury kamienic, które prowadzą bądź do kolejnych mostków przerzuconych nad kanałami, albo kończą się dojściem do kanału, tyle że bez mostka.
Wracamy więc szukając innej uliczki, a za nią kolejnego mostka, stając co chwila, bo kolejne mijane miejsca są zatrzymanymi na ułamek chwili obrazami, a każdy chciałabym na zawsze zapisać w pamięci.
Mimo niszczejących i połatanych coraz liczniejszymi plombami murów, a także tynków i zdobień wymagających niezwłocznych gruntownych konserwacji, Wenecja zapiera dech w piersi.
Kiedy rozbolały nas nogi korzystałyśmy z vaporetto, najwygodniejszej i najbardziej powszechnej formy weneckiego transportu.
Kanały są w Wenecji jedynymi arteriami komunikacyjnymi. Łodziami dowozi się towar, wodne są śmieciarki, karetki, hotelowe taksówki  i tramwaje.
Teraz kiedy choć na chwilę, chcę zapomnieć o nużącej pracy, zatłoczonym autobusie, czy innych smuteczkach szarej codzienności, przymykam oczy i wracam w myślach na Campo Dei Mori, które każdego poranka widziałam z hotelowego okna. Do małego sklepiku przy Fondamenta Della Misericordia, w którym kupowałam mleko i jajka na śniadanie, lub do małej winiarni dwie uliczki dalej, gdzie odkryłyśmy cudownie musujące Prosecco z kijka, rozlewane do butelek po wodzie mineralnej za całe 1,80 euro za litr. Nie będę pisała o historii i zabytkach, od tego są przewodniki.
Zapraszam na wspólny spacer moich marzeń:)
Widok z mostu Rialto
Plac Świętego Marka
Kościół Madonna Dell'Orto
Most westchnień
Targ Rialto
 Domofon:)
Panorama z aparatu Młodej
Przystanek vaporetto
Fondamenta Della Misericordia
 Canal Grande
Kilka zdjęć ilustrujących dzisiejszy wpis wybrałam przypadkowo. Nie udało mi się inaczej, ponieważ obie zrobiłyśmy ich ponad półtora tysiąca. Prócz Wenecji odwiedziłyśmy również sąsiadujące z nią wysepki Murano, Torcello i Burano, ale zdjęcia z bajkowego Burano zasługują na własne miejsce w kapryśniku, więc dziś dziękuję już za wspólny spacer i do zobaczenia :)
 

niedziela, 1 marca 2015

Leś - pieś.

Leś ma się dobrze.
Wiedzie szczęśliwy, ustatkowany psi żywot, rzec można, luksusowy.
Życie lesiowego stada podporządkowane jest kilku prostym zasadom:
psu, o psie, dla psa, z psem.
Jedyne troski, przyjmowane zresztą z urażoną godnością i bezgranicznym wyrazem potępienia i dezaprobaty na pysku, dotyczą godzin spędzanych w osamotnieniu. Stado czasami wychodzi z domu bez Lesia. Do pracy na przykład, albo sklepu. Skandal.
Na szczęście Leś szybko wybacza. Poza tym stado się stara, co Leś docenia. Łaskawie.
 Leś nadmorski
 Leś kajakowy
abstrakcyjny portret z psyjacielem
 z tymże w łóżku, cokolwiek miałoby to znaczyć;)
z dużym bratem przyrodnim w knajpie Piotra Najsztuba "Przegryź"
Jest więc rzeczą oczywistą i zrozumiałą, że stado jeździ tylko tam , gdzie właściciele proponują pobyt z psami, jeżeli odwiedza restauracje, to najchętniej te, gdzie psy są mile widziane, a czas wolny spędza na psich spacerach.
Słowem dwa lata szaleństwa, psiejstwa i lesiejstwa. Ot, co:))) 

*02 marca 2015 r. 
Dodatek specjalny do posta, czyli lista warszawskich psiestauracji:

Przegryź, ul. Mokotowska 52
słynie z domowego rosołu Piotra Najsztuba, psie menu: mała porcja mielonego mięska z rosołu z warzywami 250g - 7 zł, średnia 500g - 10 zł, duża 1kg - 13 zł

Biały Domek, ul. św. Andrzeja Boboli 11
dla czworonogów wędzone ucho lub mielone mięsko, ceny od 5 do 10 zł

Czyli Chili, ul. Oboźna 9
dla każdego szczekającego gościa kocyk gratis, w menu mięsko z warzywami od 10 do 20 zł za porcję plus specjalne psie ciasteczka z Psiekarni od 3 do 10 zł

Kafka, ul.Oboźna 3 i Grawitacja, ul.Browarna 6
dla każdego czworonoga woda i pałeczki ze skóry gratis. W menu karma sucha lub mokra w saszetkach

Życzliwe przyjęcie, głaski i miseczkę z wodą proponują również:

Biosfera, Al. Niepodległości 80
Pub Lolek, Pole Mokotowskie
Kawiarnia Relaks, ul. Puławska 48
Kępa Cafe, ul.Finlandzka 12
Misianka, Park Skaryszewski
La Strada, ul.Kłopotowskiego 23/25

I czekamy na więcej, bo miejsca urocze, ludzie zapsieni, a ceny do zniesienia:)
A kto wie, może, jak mnie z pracy wyrzucą, sama założę jakąś miłą Psiawiarenkę, albo może Lesiarenkę? ;) Kto wie...

 

środa, 25 lutego 2015

Recydywa.

"Tłumaczyć się nie będę.
O, nie.
Wrócę na chwilkę,
może na dwie.
Napiszę wierszyk,
albo i dwa.
Opowiem czasem 
o sprawach psa.
Obrazek wkleję
z jakiejś podróży
i znów ucieknę,
jak mnie blog wkurzy.
Proszę Kaprysi
nie sądzić srogo,
bo srogie sądy,
nic nie pomogą.
Takie już właśnie 
Kaprysie są,
że piszą tylko wtedy
gdy chcą,
więc recydywę rymem ogłaszam.
Kto ma ochotę,

poniedziałek, 30 września 2013

"zdmuchnęła mnie ta jesień całkiem.."

I o czym tu pisać, jak nie mam ochoty o niczym;) Ponarzekam sobie. 
Tak zawsze lubiłam jesień, a ta jakoś mnie nie lubi. Może by tak przespać? 
Działkowy weekend sprzyjał grzybobraniu. Ludzie wychodzili z lasu z pełnymi wiadrami, ja ledwo uzbierałam niewielki koszyczek. Może powinnam iść do okulisty. Do kilku innych specjalistów też, ale jakoś nie mogę się zebrać, jak zresztą do wszystkiego;) Realizuję program minimum, robię tylko to, co bezwzględnie muszę, a i tak sporo wolniej;)
Moją, przemiłą zresztą, panią doktor "ostatniego kontaktu" poprosiłam ostatnio o taką tabletkę, po której nawet mogłabym krócej żyć, ale za to przyjemniej i intensywniej. Powiedziała, że też by taką chciała, ale niestety z dostępnych jej znanych wszystkie działają zdecydowanie za krótko, a do tego są nielegalne;)))
Skoro nawet grzybobranie marnie mi idzie, to o robótkach jakichkolwiek nawet nie ma co pisać.
Umęczyłam ostatnio kolejne sznurkowe korale i coś tam poskładałam ze starych ceramicznych zapasów, bo zaległości mam imieninowe wśród "krewnych i znajomych Królika" i nie tylko, a filc leży, glina leży i wena leży. Położę się obok.
Albo z Lesiem do lasu sobie pójdziemy tradycyjnie. I tyle;)
 

wtorek, 17 września 2013

Winnie-the-Pooh

Ten krótki post niech będzie świadectwem, że w blogu poruszam również tematy kontrowersyjne. Zaraz na początku oświadczam, żeby nie było, że jestem niezwykle tolerancyjna.
Otóż jestem w stanie zaakceptować fakt, że bycie dziewczynką lub chłopcem może być odwracalne. Ale człowiek ułomny jest i jak się raz przyzwyczaił za sprawą pani Ireny Tuwim, że Kubuś Puchatek to chłopak, to nawet niezaprzeczalny fakt, że tak naprawdę jest inaczej, może zachwiać światopoglądem. Tenże, jak wiadomo, kształtowany jest od dziecka, a Kubusia Puchatka czyta się dzieciom.
W roku 1986 moja Młoda była malutka, a ja nieświadoma konsekwencji, nowy przekład Winnie-the-Pooh pióra Moniki Adamczyk-Grabowskiej zbyłam wzruszeniem ramion, bo mi się zwyczajnie nie podobał, bo co to za tytuł dla Kubusia Puchatka : "Fredzia Phi-Phi". Dziecku swojemu twardo czytałam książeczki o Kubusiu Puchatku, znaczy chłopczyku i faktu uświadomienia szerokiej opinii publicznej prawdziwej płci misia w ogóle nie roztrząsałam.
Po latach jednak, mimo natłoku codziennej dorosłej Bardzo Ważnej Pracy, Młoda przypadkiem odkryła prawdę, po czym natychmiast wykonała telefon z pytaniem: Mamo!!!!! Jak to?
No i weź tu się człowieku tłumacz teraz.
I cóż z tego, że tłumaczenie z roku 1986 jest bliższe oryginałowi?
Jeden z krytyków Fredzi Phi-Phi napisał, że Monika Adamczyk - Grabowska wykonała kawał rzetelnej roboty, tyle, że nikomu do niczego nie potrzebnej.
A poza tym, powiedzcie same, Wy, wszystkie moje drogie czytelniczki, czy wizerunek sympatycznego, ale niezwykle jednak łakomego misia o bardzo małym rozumku może przystawać do dziewczynki?
Odpowiedź jest jedna: W żadnym wypadku !!! :)))
Zainteresowanych odsyłam do źródeł, a Ciebie moje drogie dziecko upraszam o wyrozumiałość, bo to się przecież zupełnie w głowie nie mieści, żeby Kubuś, był Kubusią, że już nie wspomnę o tym, jak to rzutuje na wzajemne relacje między zwierzątkami;)
Ten temat szczegółowo rozważali w tle bohaterowie polskiej czarnej komedii "Ciało", który to film jednych bawi, a innych drażni. Oboje z mężem zaliczamy się do fanów tej niedocenionej produkcji, ale to już całkiem inna sprawa:)
Kończę, ponieważ brzuszek mi mówi, że nadszedł czas na małe co nie co;)))
 Niedźwiedzica Winnie, od której wziął imię Kubuś Puchatek - źródło

piątek, 13 września 2013

Rymowanka terapeutyczna sklecona w celu poprawienia wyjątkowo paskudnego nastroju i zdjęcie jesiennych ogników zamieszczone w celach ilustracyjnych, chociaż nie na temat.


Dlaczego dni są za krótkie,
dlaczego znów boli mnie pięta,
dlaczego myśli mam głupie
dlaczego nie cieszą mnie święta?

Dlaczego lustro odbija
twarz obcą, zmęczoną i smutną,
dlaczego lato przemija
i czemu przed sklepem jest brudno?

Dlaczego drażnią mnie ludzie
i po co zegar wciąż tyka?
Pójdę wyrzucę ten wierszyk,
i pytań stos do śmietnika.

A wtedy słońce zaświeci
i Lesio śmietnik obsika,
a później błogość blogowa
znów wróci do kapryśnika.



wtorek, 10 września 2013

Ble, ble, ble...

Gość w dom, Bóg w dom. Wypada, więc przynajmniej posprzątać. Oczywiście perfekcyjna pani domu ma posprzątane zawsze i wszędzie. Dni gorszych i rozlazłych nie miewa, zawsze zwarta i gotowa może ugościć każdego i o każdej porze.
Mnie z każdym rokiem ubywa perfekcyjności i to niestety w postępie geometrycznym. Najlepiej więc, jak goście wpadają bez uprzedzenia i są krótkowzroczni.
Wizyta zapowiedziana na kilka dni wcześniej mobilizuje mnie do gruntowniejszych porządków, niezapowiedziane odwiedziny, goście podejmują na własne ryzyko.
Bywają jednak niezapowiedziane wizyty zapowiedziane, czyli telefon o treści: "Wpadniemy za pół godziny. Dosłownie na chwilkę".
To zazwyczaj najbardziej aktywne pół godziny tygodnia, pot kapie mi z nosa, a cały wysiłek starcza zwykle na powierzchowny lifting. Podłoga w łazience, bo białą ceramikę utrzymuję jednak w czystości na bieżąco, nigdy nie wiadomo komu nagle się przyda (to tak jak o nogach mawiała Janina Duszejko: "wieczorem trzeba umyć, żeby nie wiem co, bo jestem już w takim wieku, że zawsze w nocy może zabrać mnie pogotowie"), obrusy, ręczniki, wieszak z praniem, ubrania z krzesła, pościel z łóżka, itp. itd.
I jeszcze coś na stół. W Warszawie pod nosem jest sklep i cukiernia, na działce nie ma. Na taką okoliczność staram się mieć żelazny zapas kruchych babeczek (czasem mam, czasem nie mam), do których można w parę minut dorobić budyniowy krem lub bitą śmietanę z owocami. Miałam, dorobiłam. Jeszcze tylko zmiana działkowego ciucha na mniej znoszony i rozciągnięty. Gotowi czekamy. Telefon: "Przepraszamy, nie wpadniemy". Cóż.
Kiedyś pewnie bym się zirytowała. Ostatnio ubytki perfekcyjności uzupełniam stoickim spokojem. Babeczki zjedliśmy, obrus ze stołu pod winogronami sprzątnęłam i odpoczywając powymyślałam sobie przetwory z tego co miałam pod ręką, a przydadzą się przy okazji kolejnej niezapowiedzianej wizyty:) 
Na zaprzyjaźnionych drzewkach śliwek w tym roku jest jak na lekarstwo, więc w occie, na próbę, zamarynowałam mirabelki. Zobaczymy co wyjdzie. Pięknie obrodziła jeżyna. Zrobiłam z niej kilkanaście słoików dżemu. Wyszedł pyszny i oryginalny.
Odpoczywając patrzyłam na winogrona. Mnóstwo winogron. Dojrzewają. Nieuchronnie.
Wino mam jeszcze z 1993 roku, a i tak wolę dobre gatunkowe ze sklepu. Nasze wychodzą ciężkie, mocne i słodkie, a lubię lekkie, półwytrawne i to jeszcze najlepiej białe. Wino więc nie.
Zapas soków starczy na kilka lat. Galaretka nie cieszy się wzięciem ze względu na cierpki smak. W zeszłym roku próbowałam zrobić na winogronach nalewkę. Wyszła dziwnie. Więc co?
Zerwać winogrona muszę, tylko wtedy, po odpowiednim przycięciu, będą zdrowo rosły i miały dorodne liście, a to nasz żywopłot i baldachim nad stołem i huśtawką.
A swoją drogą, sama sobie nieustannie wynajduję coraz to nowe zajęcia zamiast odpocząć i pomyszkować po blogach. To jesień tak na mnie działa swoją obfitością owoców, warzyw i złotymi kolorami, które lubię zamykać w słoikach. Na nic więc, jak zwykle, nie mam czasu, bo Lesio niezmiennie lubi chodzić na długie spacery i brykać ze swoim psyjacielem, i góra prasowania rośnie, i szarlotki dawno nie było, a przecież niestety, stety pracuję.. 
A koraliki, wyklejanki i glina ???
Do tego kilka dni temu koleżanka mi powiedziała: "Zajrzałam do Twojego kapryśnika, a tam samo słodkawe ble, ble, ble..." Fakt. To w takim razie na dziś wystarczy. Pa.